Procesja Eucharystyczna wśród bombardowania

Odpowiadając na apel "Rycerza" z maja [1986] r., pragnę i ja opisać swe przeżycie związane z Najświętszym Sakramentem, jakie miałam 24 lipca w 1944 roku w Radzyniu Podlaskim.

Przebywałam wtedy w zakładzie sierot, który prowadziły siostry albertynki. Jednego wieczoru przyszedł ksiądz niemiecki, aby w naszej kaplicy odprawić Mszę św. Po Mszy mówi: - Siostry, uciekajcie z dziećmi, bo tej nocy Radzyń zostanie zniszczony.

Więc zakonnice zabierają dzieci i uciekają za miasto. Z kaplicy zaczęłyśmy wynosić szaty liturgiczne, ale było mało czasu, bo Radzyń zaczął się już palić. Zdecydowano uratować tylko Najświętszy Sakrament. Gdy nie można było znaleźć kluczyka, siostry zabrały ze sobą tabernakulum.

I tak kilka sióstr i kilka nas starszych dziewcząt idziemy jakby matą procesją, a za miastem przyłączają się do nas inni ludzie. Coraz to musimy przystawać i chować się to w żyto, to w kartofle, bo samoloty bombardowały całą okolicę. Każdy chronił się, gdzie mógł.

Gdyśmy zrobiły ze trzy kilometry, a blisko już była jakaś wioska, siostra mówi do mnie: - Chodź tam, na Jąką, tam postawimy tabernakulum, ty przy nim zostaniesz, a ja pójdę szukać dzieci. I tak się stało. Zostałam sama z Jezusem Eucharystycznym. Siostra odchodząc nakryła mnie i białe tabernakulum płaszczem, by nie było widać.

Przytuliłam się do tabernakulum i jak umiałam, tak się modliłam, nucąc też pieśni. Że żyję, to łaska Boża, bo w pewnej chwili niedaleko wybuchła bomba, zasypując mnie piachem. Kiedy oprzytomniałam, jeszcze więcej uczciłam Najświętszy Sakrament modlitwą i pieśniami.

O świcie przyszła siostra. Wzięłyśmy tabernakulum i poniosły je do wioski, znów jakby w procesji, bo zaczęli napływać ludzie, a również siostry z dziećmi się pozbierały. Zaniosłyśmy do stodoły, bo więcej już nic nie było. Jak ongiś w stajence betlejemskiej, Jezus w tabernakulum spoczął na sianie. Słyszało się tylko szloch i śpiew przez łzy.

Siostra Melodia Wesołowska, przełożona, podważyła drzwiczki tabernakulum, otworzyła puszkę i łyżeczką rozdała każdemu, kto czul się godny, po kilka Hostii. Jeszcze płynęły łzy i wyrywały się szlochy, ale też do serca napływała radość i rozlegały się pieśni dziękczynne.

Szybko wróciłyśmy do Radzynia. Na miejscu naszej kaplicy zastaliśmy spalenisko. Pozostał tylko cały kamień ołtarzowy z relikwiami.