Pomyśl o mnie inaczej

Z notatek psychologa

Przyjaźń między wychowankami zakładu poprawczego a mną zawiązała się dwa lata temu. Byłam wówczas studentką III roku psychologii. Z Sądu Wojewódzkiego otrzymałam pozwolenie na przebywanie w zakładzie i prowadzenie rozmów z wychowankami, odbywającymi karę pozbawienia wolności. Wiedziałam, że umieszczenie w zakładzie poprawczym jest najwyższym rodzajem kary zastosowanej przez Sąd w stosunku do osoby nieletniej, popełniającej z rozeznaniem czyn przestępczy. Pamiętałam jednocześnie rekolekcje, jakie odbyłam będąc jeszcze licealistką u jezuitów w Kaliszu. Mówił do nas wówczas psycholog-wychowawca. Nie znam jego nazwiska ani nazwy jego zakładu. Pamiętam jednak uśmiech jego oczu, gdy mówił o swoich podopiecznych, i prośbę: "Mam odwagę prosić was o modlitwę za młodzież z zakładu poprawczego, w którym pracuję, i w ogóle za tę młodzież. Jesteście też za nią odpowiedzialni. Razem niesiemy ciężar życia". Modliłam się za nich, chciałam znaleźć się wśród nich, poznać ich świat znaczony karnym paragrafem, liczbą dni do wyjścia na wolność, numerem grupy zakładowej. Chciałam poszukać odpowiedzi na pytania, które stawiali sobie autorzy prac psychologicznych, socjologicznych i prawniczych: Kim są rodzice chłopców z "poprawczaka"? W jakich warunkach domowych i atmosferze rodzinnej wychowali się, zanim trafili tutaj? Co zrobili, że nie można było wyjaśnić tego w domu, w szkole, z sąsiadami, ale dopiero na rozprawie sądowej? Orzeczenie Sądu: zakład poprawczy - wydaje się przekreślać szanse rozwoju psychicznego, moralnego i społecznego, zwłaszcza u trzynasto- i czternastolatków. Kim są ci chłopcy? Jacy są w chwili popełniania przestępstwa, przyjścia do zakładu i po zwolnieniu z niego?

[22]

Podałam kilka pytań, które często sobie stawiałam, myśląc o młodych ludziach spędzających najpiękniejszy okres życia w środowisku specyficznym - w zakładzie poprawczym.

Nadszedł umówiony dzień moich pierwszych odwiedzin. Z oddali powitał mnie napis: Zakład Poprawczy i Schronisko dla Nieletnich. Zgłosiłam się u dyżurnego. Pusty plac przed budynkiem i puste korytarze wskazywały. że chłopcy byli w szkole i w warsztatach. Pierwsze spotkanie z nimi odbyło się inaczej, niż planowałam. Czekając na dyrektora, który miał mnie przedstawić wychowankom, przyglądałam się zakratowanym oknom, siatce zabezpieczającej schody, napisom na drzwiach: gabinet lekarski, izolatka.

Nagle zrobiło się głośno: tupot butów, rozmowy połączone ze śmiechem. Grupa chłopców otoczyła mnie, jak gdyby zamierzała mnie przed kimś ukryć. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Zawstydziłam się, że zbyt głośno bije moje serce i że boję się ich. Po co ja tu przyjechałam? Ich wygląd mnie niepokoił i dziwiła: krótko przystrzyżone włosy lub całkiem zgolone, wytatuowane na piersiach "credo": Śmierć jest zbawieniem, Umrę śmiejąc się. U kilku zauważyłam blizny albo jeszcze świeże rany na przedramieniu. Później dowiedziałam się, że to są "sznyty". Cięli się czasami, dla zademonstrowania swojej odwagi i odporności na ból.

Wiedza, jaką zdobyłam z książek o nieletnich przestępcach, uwarunkowaniach i genezie przestępczości, okazała się bezużyteczna. Miałam przed sobą kilkunastu młodych ludzi, o których nic nie wiedziałam. Jak dotrzeć do ich serc, do tego, co najważniejsze a niewidoczne dla oczu?

Uśmiechnęłam się wreszcie i przedstawiłam się podając rękę wszystkim chłopcom. Starałam się popatrzeć na każdego, zapamiętać imię i twarz.

I tak się zaczęło.

Podczas pierwszych dni chłopcy byli moimi przewodnikami po zakładzie. Oprowadzali mnie po warsztatach i gospodarstwie, przyszłych działach ich pracy zawodowej. Byłam na kilku lekcjach w szkole. Czasami graliśmy w piłkę i spożywaliśmy wspólnie drugie śniadanie.

Najbardziej lubiłam z nimi rozmawiać. Cichutko pukali do drzwi, bezszelestnie, pojedynczo wślizgiwali się do mojego pokoju, zapewniając: "Wychowawca pozwolił". Rozmawialiśmy o ich życiu.

Podczas niedzielnych odwiedzin - widzeń, które chłopcy nazywali "patrzonko", poznałam ich od innej strony. Odświętnie ubrani czekali na przyjazd kogoś bliskiego. Przyjeżdżało mało osób z rodzin, w zasadzie tylko do niektórych. Częściej pojawiali się koledzy, czasami dawni wychowankowie lub równie zagubieni, jak ci, do których przyjeżdżali.

Wołałam na nich imionami z dzieciństwa. Zdrobnienia: "Robcio", "Włodek", "Janek" - kontrastowały z zawartością nierzadko pękatych akt sądowych.

Najbardziej lubili wspominać swoje dzieciństwo. Dla wielu z nich wspomnienie o matce czy o dziadku to jedyny skarb. Mówili o tym z przejęciem, przyciszonym głosem. Być może w dzieciństwie czuli się bezpieczni, mieli "czyste konto życia".

Janek zgodził się, abym o nim napisała. Jego mama miała 17 lat, gdy on się urodził. Ojca nie zna. Z mamą spędził tylko sześć miesięcy. Potem znalazł się u babci, u której było mu dobrze, dopóki nie zaczęły się o niego kłótnie. Dziadek zaczął pić. Wówczas babcia postanowiła oddać go do Domu Dziecka. O powrocie do mamy nie było mowy. Wyszła za mąż. Urodziły się dzieci inne niż Janek lepsze i ładniejsze. Janka odwiedziła dwukrotnie. Minęło kilka lat. Drugi mąż mamy zaczął pić. Któregoś dnia zabrała Janka do domu, na próbę, na rok. Okazało się, że ojczym i Janek nie "pasują" do siebie. Janek wrócił do Domu Dziecka całkiem inny. Zaczął kraść, wagarować, pić alkohol, na wzór ojczyma. Pił, chociaż miał tylko dwanaście lat. Udało mu się zbiec z Domu Dziecka. Przez jeden rok przebywał u "jakiejś pani". Nikt go nie poszukiwał. Potem pani się znudziła. Następne kradzieże, noclegi u przygodnych [23]ludzi, na dworcach. Janek miał już trzynaście lat i kilka miesięcy. Stanął przed Sądem dla nieletnich. Rozprawa i zakład wychowawczy. Kolejne ucieczki i przekroczenia prawa. Ponownie rozprawa sądowa i na mocy art. 210 § 1 i art. 256 § 1 - zakład poprawczy.

Siedzimy z Jankiem w milczeniu. W ręku trzymam jego list - pisze do mnie, mimo że widujemy się dość często. Ostatnio tak napisał: "Pomyśl o mnie inaczej niż wszyscy. Tęsknię za domem. Tęsknię tak, że on mi się śni po nocach. Wierzę, że kiedyś przyjdzie taka chwila, iż będę miał dom, zobaczysz. Widzę go tak, jakby to miało być już teraz".

Dzisiaj Janek jest smutny. Wkrótce zostanie zwolniony z zakładu. Nie ma do kogo wracać. Przekonuje mnie, że "ludzie pobierają się niedojrzali, nieodpowiedzialni za siebie i za dzieci". Nie czeka na moją odpowiedź. "Wydaje im się - mówi - że maleństwo nic nie rozumie, że można je urodzić i rzucić, gdzie się da. Ono rozumie i czuje, choćby miało ileś tam lat. Ty - tu popatrzył na mnie - zapamiętaj raz na zawsze, że dla dziecka sprawą najważniejszą są rodzice, którzy go kochają i żyją razem. A na stole to może być chleb ze smalcem lub suchy". Milczałam. Janek kończył szeptem: "Gdy wchodziłem do mieszkania matki, czułem się jak listonosz. Nie wiedziałem, czy mogę wejść dalej, czy zostać przed drzwiami".

To była moja ostatnia rozmowa z Jankiem w zakładzie poprawczym. Teraz mogę odwiedzać go w więzieniu.