Sługa Boży Stefan Wincenty Frelichowski 1913-1945
zwany "Jasnym promieniem Dachau"
Stefan Wincenty Frelichowski urodził się 22 stycznia 1913 roku w Chełmży, w rodzinie piekarza. Był wzorowym uczniem, harcerzem, prezesem Sodalicji Mariańskiej. Od dziecka przejawiał kult do Matki Bożej, który tuż po maturze zawiódł go na Jasną Górę dla odbycia tam rekolekcji. Królowa Polski utwierdziła go w zamiarze wyboru kapłaństwa jako drogi życiowej. Jesienią 1931 roku wstąpił do Seminarium Duchownego w Pelplinie, gdzie od razu przejawiał bardzo szerokie zainteresowania. Poza filozofią i teologią pociągały go problemy społeczne, sport, harcerstwo, ruch abstynencki, misje. Pracował wiele w seminaryjnym kole charytatywnym. Był zawsze pogodny i życzliwy dla ludzi.
Święcenia kapłańskie przyjął 14 marca 1937 roku. Przez pewien czas byt kapelanem i sekretarzem biskupa Okoniewskiego. W lipcu 1938 roku został mianowany wikariuszem przy kościele Najświętszej Maryi Panny w Toruniu, gdzie bardzo szybko zyskał sobie powszechny szacunek. Zasłynął z gorliwości kapłańskiej, sumienności, umiłowania bliźniego, stał się powiernikiem i przyjacielem młodzieży, która swego katechetę darzyła wzajemną miłością. Nie szczędził czasu chorym i umierającym, przesiadując przy nich godzinami, pocieszając i modląc się w ich intencji.
W styczniu 1939 roku zapisał się na Wydział Teologiczny Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Wojna przerwała studia. W październiku 1939 roku podzielił los wielu Polaków, w tym kapłanów: został uwięziony.
Diecezja chełmińska została wcielona do tzw. "Warthegau" - Kraju Warty, mającego stanowić nieodłączną część "wielkich Niemiec". Już 20 października 1939 roku hitlerowcy aresztowali w Pelplinie całą kapitułę - 16 księży następnego dnia rozstrzelano. Od października do listopada 1939 roku w diecezji aresztowano 650 księży, spośród nich 323 zamęczono, reszta powędrowała do obozów i więzień.
Ksiądz Frelichowski bezpośrednio po aresztowaniu osadzony został w tzw. VII forcie, stanowiącym jedno z ogniw starej pruskiej fortecy w Toruniu. Kilkuset więźniów stłoczonych na małej powierzchni nie ogrzewanego i brudnego fortu, głodzonych, otoczonych przez robactwo, szczury i myszy - przeżyło tutaj prawdziwą gehennę. W forcie tym ksiądz Frelichowski nie był jedynym kapłanem, było ich tu nawet kilkudziesięciu, wielu jednak popadło w identyczne jak ludzie świeccy otępienie i załamanie. Dryl pruski, szykany strażników, poniżające bicia - wszystko to czyniło wstrząsające wrażenie. Ksiądz Frelichowski, podówczas zaledwie 26-letni, szybko wyzwolił się z uczucia lęku. Nie dbając o prześladowania ze strony strażników, otaczał opieką współwięźniów, budził wiarę w Boga, inicjował wspólne modły, odprawiał Mszę św., załamanych i smutnych wyrywał z marazmu, myśli ich kierował ku Bogu.
10 stycznia 1940 roku ksiądz Frelichowski został przewieziony do obozu przejściowego w Nowym Porcie Gdańskim, a następnie do Stutthofu. Wszystkie szykany esesmanów znosił z godnością i spokojem. Gdy pewnego dnia hitlerowcy skazali grupę księży na chłostę za zbyt wolne odśnieżanie, ksiądz Frelichowski, chociaż nie należał do tej grupy, przybiegł, by solidarnie poddać się kaźni.
W kwietniu 1940 roku księdza Frelichowskiego przeniesiono do obozu w Sachsenhausen. Tamtejszy blokowy, były kryminalista, nie mogąc znieść wiecznie rozpromienionego księdza, mianował go dla drwiny swoim przybocznym "biskupem". Polecił ubrać go w "sutannę" z worka, cudacznie ostrzyc i asystować sobie, szczególnie wówczas, gdy prześladował więźniów. Gdy znudziły mu się te parodie, podczas których nierzadko bił księdza Frelichowskiego, skierował go do kostnicy, gdzie miał nosić zwłoki. Ksiądz cieszył się z tej pracy, gdyż miał możność konających jednać z Bogiem.
W grudniu 1940 wywieziony został do obozu koncentracyjnego w Dachau. Przebywało tam około 3000 kapłanów z całej Europy, w tym 1600 księży polskich. Ksiądz Frelichowski otrzymał numer [53]obozowy 22492. Bezpośrednio po przybyciu do Dachau został, podobnie jak inni współwięźniowie, pobity, zgodnie z hitlerowską zasadą maksymalnego zastraszenia nowo przybyłych.
Początkowo księża mieli prawo uczestniczenia raz w tygodniu we Mszy św., używani też byli do pozornie lżejszej pracy, czyli do roznoszenia kotłów z jedzeniem. Kotły były bardzo ciężkie, odległość od kuchni około 400 m, a więźniowie wycieńczeni z głodu i zimna. Drewniane chodaki ślizgały się zimą na oblodzonych ścieżkach, dźwigający nierzadko przewracali się, wylewając na siebie wrzątek, łamiąc ręce lub nogi. 15 września 1941 r. kapłani odmówili przyjęcia obywatelstwa niemieckiego. Zostali wówczas pobici i skierowani do katorżniczej pracy, gdzie ich szczególnie prześladowano, nawet w czasie wolnym urządzając im apele, rozrzucając posłane łóżka, każąc rozbierać się do naga i czołgać po ziemi. W wyniku tych prześladowań wielu księży całkowicie opadło z sił - tych zabijano. Wzrosła też zapadalność na rozmaite choroby, lecz kapłani, podobnie jak wielu innych więźniów, mężnie znosili cierpienia, zachowując godność prawdziwie chrześcijańską.
Ksiądz Wicek - bo tak go wszyscy nazywali - swój krzyż niósł z wielkim samozaparciem. Ryzykując życiem, każdego miesiąca przekradał się do wszystkich trzydziestu istniejących w obozie baraków zamieszkałych przez kilkadziesiąt tysięcy ludzi. A przecież i on, podobnie jak wszyscy więźniowie, ciężko pracował fizycznie, ale nie ustawał w niesieniu pomocy innym. Wszelkie szykany znosił mężnie, jawnie przyznając się do Chrystusa. Modlitwy, konferencje duchowe, prelekcje wygłaszał nocami. Również nocami spowiadał, był też inicjatorem zorganizowania konspiracyjnego seminarium duchownego dla więźniów kleryków. Szczególną opieką otaczał młodzież, najbardziej podatną na zdeprawowanie. Dzięki znajomości języków francuskiego, niemieckiego i włoskiego stał się prawdziwym kapelanem całego obozu. "Często znużony, wyczerpany, jednak im służył, spowiadał ich, na obłożone od gorączki języki składał Wiatyk święty. Otaczał troską chorych, wynędzniałych, pokrytych strupami, biednych...". - wspomina jeden ze współwięźniów. Do posługi koło chorych na ściśle odizolowanych od reszty obozu tyfusowych blokach epidemicznych, skąd szansa powrotu była mała, namawiał innych księży. "Żeby wyspowiadać chorych, jeden nie podoła zadaniu... Tam nie ma kto rozdzielać nawet zupy...". Na apel księdza Wicka odpowiedziało 32 księży, większość Polaków, ale także Czech, Niemiec, dwóch Austriaków i dwóch Francuzów.
Tam gdzie przydzielono księdza Frelichowskiego, atmosfera wśród chorych i umierających była dziwnie inna: "...Nie słychać narzekań, wyzwisk, głośnych przekleństw. Wśród nas jest wielu niewierzących, a przecież osobiście przekonałem się - wspomina jeden z ozdrowiałych więźniów - że to Chrystus, który zamieszkał od kilku dni pod naszym dachem, sprawił tę cudowną w nas przemianę...".
Bez reszty oddany dziełu miłosierdzia ksiądz Wicek zaraził się i mimo troskliwej opieki lekarzy więźniów (do tyfusu dołączyło się zapalenie płuc) zmarł 23 lutego 1945 roku.
Rzeczą bezprecedensową było wystawienie na widok publiczny zwłok ofiarnego kapłana. Władze obozowe zgodziły się na złożenie hołdu pośmiertnego przez tych, którzy doznali wielkości serca księdza Wicka. Następnego dnia zwłoki spalono w obozowym krematorium, przedtem jednak zdjęto z twarzy maskę pośmiertną, która obecnie znajduje się w bazylice chełmżyńskiej, w której ksiądz Frelichowski modlił się jako chłopiec i gimnazjalista.
Proces kanoniczny w sprawie beatyfikacji księdza Stefana Wincentego Frelichowskiego został rozpoczęty w roku 1964.

