Podziękowania

Żyrzyn, 16 maja 1990

Poczuwam się do obowiązku podziękowania Matce Bożej Niepokalanej za opiekę nade mną w długim życiu i uzdrowienie mnie z różnych chorób. W roku 1937 znalazłam się w sytuacji bez wyjścia. Pomimo że ukończyłam szkołę, nie mogłam dostać pracy. Moje przygnębienie było tym większe, że mój ojciec bardzo się tym przejął. Matki nie pamiętam, gdyż umarła, kiedy miałam jeden rok i parę miesięcy. Było nas dzieci pięcioro. Mój ojciec nie pił, nie palił i ciężko pracował w gospodarce. W naszym domu był zawsze "Rycerz Niepokalanej" i "Gazeta Świąteczna". Czytając "Rycerza" myślałam sobie: "Ja matki ziemskiej nie mam, to Matka Boża Niepokalana będzie moją Matką. Jeżeli innych wysłuchuje i pomaga, to i mnie pomoże w moim utrapieniu i sierotą nie będę". Ponieważ mieszkaliśmy blisko kościoła a wkrótce miały się zacząć nabożeństwa adwentowe - "Roraty", postanowiłam codziennie być na tej Mszy św. Słowa dotrzymałam i jeszcze odmawiałam nowennę do Matki Bożej Niepokalanej. W niedługim czasie wprost niespodziewanie otrzymałam pismo o zgłoszenie się do pracy. Napisałam podziękowanie do Niepokalanowa i zaczęłam pracować.

Rok przed wojną pracowałam na Zamojszczyźnie. Tam dzięki Matce Bożej przeżyłam szczęśliwie całe piekło hitlerowskie: łapanki, wysiedlanie Polaków, wywożenie do obozów zagłady, prześladowanie nauczycieli. Mój mąż był już w obozie w Zwierzyńcu, a ja z małym dzieckiem na rękach jeszcze w domu. Pewnego dnia weszło trzech gestapowców uzbrojonych, splądrowali mieszkanie, zabrali co kosztowniejsze rzeczy i pognali mnie z dzieckiem do samochodu. Na rynku było już dużo ludzi, Polaków, przeznaczonych do wywozu. Zaczęłam się modlić i prosić Matkę Bożą o ratunek. Wiedziałam, co zrobią z dzieckiem i ze mną. Z placu wyszłam i pomału szłam ku domowi z myślą, że gdy zauważą, to będą strzelać do mnie. Doszłam do domu, skryłam się i zostałam.

W swoim życiu przeżyłam dużo chorób, począwszy od tyfusu po pierwszej wojnie światowej, aż po ostatnie dwa zawały serca. Gdy przebywałam w szpitalu, nie rozstawałam się z różańcem i książeczką do modlitwy. Zostałam uzdrowiona i jeszcze żyję, chociaż jest mi trudno chodzić nawet o lasce. Nie narzekam jednak na cierpienia i proszę jeszcze Boga o życie. Swoje cierpienia ofiarowałam za Papieża Jana Pawła II, za ciężko chorych, za naszą Ojczyznę i za swoją rodzinę.

Zofia Białata

Golesze, 18 sierpnia 1990

Jestem od dawna stałą czytelniczką "Rycerza". Z wdzięcznością kieruję myśl do Matki Bożej otrzymując to pismo czy wspaniałe listy misyjne od br. Patrycego Gumiennego z Zambii. Jemu to głównie zawdzięczam, że utrzymałam się na właściwej drodze życia i że postawiłam na Maryję. I nie zawiodłam się. W czasie stanu wojennego pozbawiono mnie pracy, a dziś pracuję w tym samym miejscu, skąd mnie wyrzucono, i z tym samym człowiekiem, który o tym zadecydował. Najbardziej dziękuję Bogu za to, że nie ma we mnie nienawiści. Były choroby dzieci i zawsze, gdy lekarze nie mogli pomóc, pomogła Maryja. Trudne to do udowodnienia, ale ja wiem, że jak cień stoi Ona przy mnie zawsze. W drugi dzień świąt wielkanocnych 18-letni mój syn Maksymilian wziął samochód bez naszej wiedzy i z trójką kolegów wybrał się na zabawę taneczną. Ulegli wypadkowi. Samochód został rozbity, nie nadaje się do remontu, a oni wyszli cało i bez skaleczenia; mogli wrócić do domu. W pierwszej chwili zdębiałam, a potem przyszła refleksja, że to przecież Maryja i mój św. Maksymilian czuwali nad nimi. Odtąd jeszcze gorliwiej odmawiam modlitwy do Niepokalanego Serca Maryi i św. Maksymiliana, które zaczęłam zaraz po urodzeniu tego syna. Za wszystko niech będzie Bóg uwielbiony i - cześć Niepokalanej!

Maria F.

Warszawa, 6 września 1990

Chcę podać do publicznej wiadomości to, co mi się wydarzyło w Wilnie dziesięć lat temu, a co uważam za wielką łaskę, jakiej doznałem od Matki Boskiej Ostrobramskiej. Mieszkałem wtedy u syna 40 km od Wilna. Często jeździłem do miasta w różnych sprawach i pierwsze kroki kierowałem zawsze do Ostrej Bramy, by złożyć hołd Matce Bożej. Tak też zrobiłem owego pamiętnego dnia - było to zimą 1979 r. Po zrobieniu sprawunków przed powrotem wstąpiłem do podziemnej ubikacji przy ul. Mużejos. Miałem na sobie dobry zimowy płaszcz i futrzaną czapkę, a w ręku torbę pełną zakupów. Zauważyłem tam ośmiu mężczyzn jednakowo prawie ubranych z teczkami pod pachą. Myślałem, że to studenci. Wkrótce zorientowałem się, że robią na mnie zasadzkę. Jedni zamykali drzwi wyjściowe, drudzy już zbliżali się do mnie z tylu, szykując się do uderzenia. Dosłownie w ostatniej chwili wpadł do ubikacji tęgi mężczyzna, krzycząc dlaczego drzwi zamknięte. Chwyciłem wtedy za torbę i zacząłem uciekać, a za mną pospieszył zaraz i ów mężczyzna. Wyjaśnił mi, że poprzedniego dnia w tejże ubikacji znaleziono zabitego człowieka rozebranego do naga, a coś [350]podobnego zdarzyło się i w innej ubikacji. Mogło by się podobnie stać i ze mną, gdyby nie to opatrznościowe wejście owego człowieka. Składam Matce Bożej serdeczne podziękowanie za ocalenie.

Piotr Dedel

Brzeg, 15 października 1990

Każdy budzący się dzień w Kazachstanie zwiastował nam nadzieję. Życie jednak było przerażające.

Pamiętam, jak jednego dnia byliśmy tak wygłodzeni, że mama nie mogła na nas patrzeć. Byłam ja, 15-letnia dziewczyna, i mój brat po przebytym tyfusie. Często mama bez słowa wychodziła na wieś szukając dla nas pożywienia. W owym dniu pożyczyła u Rosjanki saneczki i wyruszyła do wioski odległej od nas 16 km. Był mroźny zimowy dzień. Co chwila spoglądałam na drogę, którą powinna była wrócić. Nie mogąc się doczekać jej powrotu, wyszłam na spotkanie. Na drodze wymijała mnie karawana wielbłądów, więc poprosiłam powożącego Kazacha o podwiezienie mnie. Gdy się zorientowałam, że jestem od domu bardzo daleko, a mamy nie spotkałam, postanowiłam wrócić się. Słońce kryło się za linią horyzontu. W stepie nie było żywego ducha. Gdy doszłam do domu, było już ciemno. Teraz modliłam się o szczęśliwy powrót mojej mamy. Po chwili otworzyły się drzwi i weszła biedna mama, zmęczona, zatroskana podwójnie, gdyż nie dość, że niczego nie przyniosła do jedzenia, to skradziono jej jeszcze pożyczone saneczki.

Na wsi jeszcze ludzie nie spali, jeszcze świeciły się światła w kazachskich domach, gdzie było zwyczajem ucztować wieczorem do późnych godzin, a gdy zabito wołu czy barana, to do rana. Mama właśnie poszła do "zamożniejszej" Kazachki proponując kupno spódniczki drogą wymiany za cokolwiek. I stał się "cud": kupująca dała mamie około 8 kg pszenicy i kazała szybko wyjść w obawie przed mężem, który mógłby jej zabronić takiej transakcji. Nie muszę opisywać, jaka była radość w naszym domu. Wiadomo, że nie mogliśmy jeść całej pszenicy jak wróble, ale sąsiadka Rosjanka pożyczyła nam żarna, na których zmełłam część ziarna, i jeszcze tego wieczoru jedliśmy placki upieczone na kuchennej płycie.

Dziękowaliśmy Matce Bożej Ostrobramskiej za Jej wstawiennictwo i opiekę nad nami w tym dniu.

Dziękowaliśmy i w wielu innych podobnych dniach przez całe sześć lat. Dziś ponawiamy swe dzięki.

Izabela

Warszawa, 19 X 1990

Maryja, Matka Pana naszego Jezusa i Matka nasza, od dziecka była mi miłością, ucieczką i pomocą.

W latach dorastania bez Jej pomocy nie rozpoczynałam żadnej ważnej sprawy. Przysłane nam, na naszą prośbę, medaliki poświęcone w Niepokalanowie towarzyszyły nam podczas zdawania matury, a na egzaminach ustnych krążyły z rąk do rąk. Potem przyszła dalsza nauka, dalsze zmaganie z życiem, które nie oszczędza, ale opieka Maryi była zawsze z nami.

Wojna, tak trudna dla wszystkich Polaków, i mnie nie oszczędziła. Moje przeżycia opisałam w książce pt. Przeżyłam... Ile w tym trudnym okresie pięciu lat było zmagań ze złem, ile walki z samą sobą, ocierania się o śmierć, bólu, upodlenia i męki, trudno powiedzieć. Ale nigdy nie było zwątpienia w opiekę Maryi ani pytania, dlaczego tak muszę cierpieć. Maryja ze swoim Synem, a naszym Panem, Bogiem i Zbawicielem, czuwała, dawała siły i pełną świadomość, że tak trzeba, że ogarnęła mnie wielka łaska, która każe mi cierpieć, abym się stała człowiekiem o pełnej wierze, pełnym zawierzeniu w miłość Boga. Opieka Maryi była tak namacalna, tak nieraz natychmiastowa, gdy brakowało mi sił, i tak mobilizująca mnie, gdy już zdawało się, że nie zdołam oprzeć się złu! Ale stały niemilknący szept w moim sercu i umyśle powtarzał: jestem przy tobie, wytrzymasz, tylko wierz, że tu jestem, że wszystko, co się dzieje, jest z woli Syna Mojego i jest Miłosierdziem. Ufaj, ufaj, a będziesz żyć. I tak się stało, rewizje które powinny mnie obciążyć, razy, które mogły zabić, i wyrok śmierci, którego z woli Pana Niemcy w Oświęcimiu nie zdążyli wykonać, pozwoliły mi przeżyć i wejść w nowe życie, tak inne, ale zawsze bliskie Pana i Maryi, Matki Jego, tak pełne świadomości, że ów okres, trudny ponad siły człowieka, wprost miażdżący, zdołałam przetrwać pod opiekuńczym płaszczem Matki Niepokalane Poczętej ze świadomością wyróżnienia i łaski.

Dziękuję Ci, o Matko. Spraw, abym dalszym życiem umiała Ci służyć, okazać wdzięczność, miłość i oddanie Tobie, a przez Ciebie Bogu w Trójcy Je[dy]nemu.

Wanda Ossowska

[351]

BOGU W TRÓJCY ŚWIĘTEJ JEDYNEMU PRZEZ POŚREDNICTWO NIEPOKALANEJ I ŚW. MAKSYMILIANA DZIĘKUJĄ: za powrót do zdrowia i szczęśliwą operację - 2013 osób; za nawrócenie - 562 osoby; za odzyskanie wiary - 391 osób; za powstanie z nałogów - 409 osób; za pojednanie rodzinne i sąsiedzkie - 328 osób; za szczęśliwe rozwiązanie - 301 osób; za pomoc w nauce i zdanie egzaminów - 320 osób; za dobrą pracę - 640 osób; za przydział mieszkania - 216 osób; za odnalezienie zguby - 223 osoby; za opiekę Bożą i wysłuchanie innych próśb - 2369 osób.

POLECAJĄ NASZYM MODLITWOM SWE PROŚBY: o zdrowie - 2729 osób; o nawrócenie - 654 osoby; o odzyskanie wiary - 428 osób; o powstanie z nałogów - 423 osób; o zgodę i miłość w rodzinie - 448 osób; o szczęśliwe rozwiązanie - 439 osób; o pomoc w nauce - 509 osób; o dobrą pracę - 524 osoby; o przydział mieszkania - 262 osoby; o znalezienie zguby - 245 osób; o błogosławieństwo Boże i prośby w innych intencjach - 3009 osób.