Uprzejmie prosimy Czytelników, którzy pragną publicznie wyrazić swą wdzięczność za łaski otrzymane od Boga przez pośrednictwo Matki Bożej Niepokalanej i św. Maksymiliana, aby zechcieli opis niezwykłego zdarzenia uwierzytelniać podpisem księdza proboszcza oraz lekarza, opiekującego się chorym. Podpisy te na życzenie zainteresowanych mogą być zastrzeżone tylko do wiadomości redakcji.
Poznań, 16 IX 1982
Bardzo wiele zawdzięczam O. Maksymilianowi i jego wstawiennictwu u Matki Najświętszej. Cieszę się, że mogę skorzystać z możliwości publicznego opowiedzenia o doznanych łaskach.
Przez dwa i pół roku nie mogłam dostać żadnej pracy. Mimo iż miałam bardzo dobre przygotowanie, poparcie, świadectwo i zdolności do podjęcia pracy, odmawiano mi jej. Gdy skończyły się do grosza moje zasoby po zmarłych śp. rodzicach, zrozpaczona poszłam przed obraz O. Maksymiliana w kościele i bez dłuższych modlitw powiedziałam do niego: "Chleba!". Wyszłam z kościoła, kupiłam gazetę codzienną, przeczytałam ogłoszenie i udałam się do instytucji pod nim podpisanej. Natychmiast przyjęto mnie do pracy.
Gdy już pracowałam, mieszkałam w wynajętym czasowo mieszkaniu. Termin jego opuszczenia zbliżał się, a ja nie miałam innego. Modliłam się do Matki Bożej i prosiłam o wstawiennictwo O. Maksymiliana o możliwość wynajęcia innego pokoju, ale bliżej kościoła. Całkiem nieoczekiwanie, ale legalnie, choć dziwnym zbiegiem okoliczności dostałam całe małe mieszkanko przy samym kościele!
Praca była wyczerpująca. Przy minimalnym wynagrodzeniu wymagano maksimum wysiłku. Brakowało mi sił. Gdy ciągnęłam resztkami, znowu zwróciłam się do O. Maksymiliana. Prosiłam o przejście na emeryturę. Wkrótce ogłoszono ustawę o wcześniejszych emeryturach. Odetchnęłam. Inaczej musiałabym się męczyć jeszcze dwa i pół roku.
Nauczyłam się nie zaczynać żadnej sprawy ważniejszej lub trudniejszej sama. Wpierw zwracam się zawsze do św. Maksymiliana o błogosławieństwo i jestem wysłuchiwana. Obecnie proszę go o nawrócenie bliskiej mi osoby.
K.Z.
Gdańsk 8 VIII 1982
Słuchając dziś Mszy św. z warszawskiego radia (od 5 lat jestem inwalidką i poruszam się tylko w domu) usłyszałam, że bł. Maksymilian Kolbe ma być ogłoszony świętym. Ucieszyłam się tym bardzo, bo ja od dawna jestem przekonana, iż on jest święty. Jego modlitwa jeszcze za życia wiele mogła u Boga i ja mam na to dowód z mojego życia.
Było to w 1937 roku. Mieszkałam w zapadłej wiosce z dwojgiem małych dzieci. 3 lata licząca córka nie chodziła. Mąż mnie zostawił i znalazł inną. Załamałam się psychicznie. Do rodziców mieszkających we Włodzimierzu wstydziłam się zwrócić ze swoją biedą, bo sama chciałam wyjść za tego człowieka. W przystępie bólu spisałam wszystkie swoje żale i chciałam wysłać, ale do kogo. Zaadresowałam, tak jak to słyszy się czasem w opowiadaniach, do Matki Boskiej Niepokalanej i rozpoczęłam nowennę. Nie wiem, jak to się stało, ale list mój trafił do Ojca Kolbego. W ciągu tygodnia otrzymałam pocieszającą odpowiedź. Przysłał mi medaliki, dy- plomik i kilka modlitewek oraz przyrzekł, że będzie się za mnie modlić. Odtąd wszystko zaczęło się zmieniać na lepsze: córka zaczęła chodzić, a mąż się zmienił i pamiętał o nas. Gdy zginął podczas wojny, bardzo się tym zasmuciłam.
Teraz, gdy jest mi ciężko, zwracam się do Maksymiliana Kolbego: "Pomagałeś mi zawsze, pomóż i teraz". Niepokalana udzieliła mi dużo łask za jego przyczyną; wierzę, że i teraz mnie nie opuści. Za wszystko z serca dziękuję.
Feliksa Pec
