Uprzejmie prosimy Czytelników, którzy pragną publicznie wyrazić swą wdzięczność za łaski otrzymane od Boga przez pośrednictwo Matki Bożej Niepokalanej i św. Maksymiliana, aby zechcieli opis niezwykłego zdarzenia uwierzytelniać podpisem księdza proboszcza oraz lekarza, opiekującego się chorym. Podpisy te na życzenie zainteresowanych mogą być zastrzeżone tylko do wiadomości redakcji.
Łódź, 18 I 1983
Pragnę opisać nawrócenie naszego znajomego za pośrednictwem św. Maksymiliana. Człowiek ten, choć cechowała go wielka życzliwość i uczynność dla ludzi oraz wielka kultura bycia, był niepraktykującym. Gdy zachorował, lekarze stwierdzili, że to rak. Po operacji, którą zniósł dosyć dobrze, wydawało mu się, że powoli wróci do zdrowia i pełni sił. Myśmy jednak wiedzieli, że to już ostatnie dni jego życia. Chory ani myślał o pojednaniu się z Bogiem. Wówczas wręczyłam jego żonie medalik z wizerunkiem św. Maksymiliana i prosiłam, by włożyła go mężowi do kieszeni ubrania, a równocześnie, chociaż sama nie wierzy, niech się modli do św. Maksymiliana o łaski dla męża, gdyż ten Święty jest bardzo wrażliwy na ludzką niedolę. Ja również modliłam się w tej intencji. Stan zdrowia chorego pogarszał się w szybkim tempie. Żona zawiozła go do szpitala. Gdy następnego dnia weszła do sali, gdzie leżał, powitał ją radośnie rozpromieniony, oświadczając, że przed chwilą przyjął sakrament pokuty. To był już ostatni moment, bo zaraz utracił świadomość i wkrótce nastąpił zgon. Byłam głęboko wstrząśnięta tym przypadkiem miłosierdzia Bożego okazanego choremu w ostatniej chwili. Jestem głęboko przekonana, że to stało się za przyczyną św. Maksymiliana. Składam mu za to gorące podziękowanie.
Dziękuję mu również za łaskę, którą wyjednał dla mnie. Poprzedniego roku musiałam się poddać poważnej operacji. Bałam się; byłam pełna złych przeczuć. W tym niepokoju modliłam się do Świętego, obiecując, że jeśli wyzdrowieję, podziękuję w "Rycerzu". Operacja się udała, a ja szybko wróciłam do zdrowia. Z wdzięcznością wypełniam przyrzeczenie.
Wanda Warska
Pokrzywnica, 24 II 1983
Gdy miałem lat 12, zacząłem czytać "Rycerza Niepokalanej", którego prenumerowała moja ciocia. Zaprzyjaźniłem się z nim. On wszczepił w moje serce miłość do Niepokalanej. Dziś oczekuję nadejścia mojego pisma z bijącym sercem. Gdy przyjdzie, całuję i czytam je jak dawniej. Wydaje mi się, że razem z nim przychodzi sama Matka Najświętsza. Niepokalana okazała mi wiele dobroci. Z wdzięcznością opowiem o jednej z otrzymanych łask. W roku 1939 powołano mnie jako rezerwistę do wojska. Brałem udział w obronie Modlina i Warszawy w okolicach Palmir, Cybulicy, Zaborowa... Na szyi miałem medalik Matki Bożej, ale podczas czołgania się zgubiłem go. Zmartwiłem się tym. Lecz kiedy wszedłem do pewnego domu, żeby znaleźć coś do pożywienia - byliśmy głodni, czasem i trzy dni nic nie jedliśmy - zamiast chleba znalazłem porozrzucane na podłodze zeszyty "Rycerza Niepokalanej". Ucieszyłem się. Jeden zeszyt włożyłem pod mundur na piersi zamiast medalika, by mnie bronił w czasie walki. W tym dniu padł rozkaz: przedzieramy się do Warszawy. O zmroku wyruszyło nas kilkuset żołnierzy. Szliśmy szosą. Po bokach las. Ukryci w gęstwinie Niemcy szyli do nas z broni maszynowej. Z tyłu ostrzeliwała nas niemiecka artyleria. Żołnierze padali jak zboże pod kosą. Dostałem i ja kulą w brzuch. Krwi miałem pełne buty. Niepokalana nie dała mi zginąć, bo Niemcy wnet wzięli nas do niewoli i z Łomianek zawieźli do Błonia. Umieścili nas w kościele, a tam przyszli dobrzy ludzie, opatrzyli nasze rany i udzielili pomocy. Po kilku tygodniach zwolnili mnie jako rannego z obozu w Skierniewicach. Zdrowych wywieźli do stalagów lub na roboty do Niemiec. Z trudem wprawdzie, ale powróciłem do domu. Za uratowanie życia serdecznie dziękuję Niepokalanej.
Henryk Pielach
PONADTO DZIĘKUJĄ NIEPOKALANEJ:
Za uzdrowienie 8 osób, nawrócenie 1, za opiekę 3, urodzenie dziecka 1 i za ocalenie 3.
ŚWIĘTEMU MAKSYMILIANOWI DZIĘKUJĄ:
Za uzdrowienie 5 osób, za opiekę 2, oraz za ocalenie 1.
