Uprzejmie prosimy Czytelników, którzy pragną publicznie wyrazić swą wdzięczność za łaski otrzymane od Boga przez pośrednictwo Matki Bożej Niepokalanej i bł. Maksymiliana, aby zechcieli opis niezwykłego zdarzenia uwierzytelniać podpisem księdza proboszcza oraz lekarza, opiekującego się chorym. Podpisy te na życzenie zainteresowanych mogą być zastrzeżone tylko do wiadomości redakcji.
Augustów, 28 VIII 1978
Chciałam złożyć serdeczne podziękowanie Matce Najświętszej i bł. Maksymilianowi za otrzymaną łaskę. Mam syna, który się dość często upijał, a jest żonaty i ma troje dzieci. Moja prośba, płacz i wyrzekanie nic nie pomagały. Chodziłam pieszo na Jasną Górę pięciokrotnie w jego intencji, ale to nie przynosiło poprawy. Tak chciałam, aby mój syn był dobrym człowiekiem. Owszem, chodził do spowiedzi, chodził w niedziele na Mszę świętą, chociaż nie zawsze, ale wódka była wszystkim. Stale myślałam, dlaczego on jest taki. Często mówiłam: "Dlaczego pijesz? Pomyśl, co twoje dzieci o tobie powiedzieć mają, gdy podrosną?!" Wtedy odpowiadał mi: "Mamo, przyjdzie czas, kiedy nie będę pił". Kiedy ten czas przyjdzie? - myślałam sobie. Modliłam się codziennie za niego. Pewnego razu dostałam list z Niepokalanowa, w którym pisano, że tyle tysięcy próśb tam wpłynęło o różne łaski za przyczyną bł. Maksymiliana. Miałam i ja od ręki swoją prośbę napisać. Pomyślałam jednak, że sama muszę wyprosić u Błogosławionego to, co mi najbardziej leży na sercu. W pokoiku mam powieszony obrazek bł. Maksymiliana i postanawiam, że odtąd tak długo będę go prosić, aż otrzymam tę łaskę. Codziennie przy wieczornym pacierzu i innych modlitwach odmawiam jedno Ojcze nasz i Zdrowaś, a ponadto proszę go swoimi słowami i swą prośbę zraszam gorzkimi łzami. Tak trwało kilka miesięcy, aż przyszła synowa i powiedziała »Heniek postanowił więcej nie pić ani piwa, ani wódki, ani wina. I syn mój już nie pije. Ja tymczasem nie przestaję się modlić i dziękować Matce Najświętszej za pośrednictwem bł. Maksymiliana. Wiem przecież, że Błogosławiony wysłuchał mą prośbę. Na podziękowanie Matce Najświętszej odbyłam w tym roku pielgrzymkę po raz szósty, szłam dziękować, nie prosić.
Maria Ż.
Lublin, grudzień 1980
Dnia 23 V 1979 roku udałam się do szpitala z bólem biodra. Stan mego zdrowia stale się pogarszał. Zapadłam na trzustkę, wątrobę i nerki, dostałam zapaści. Po kilku tygodniach nieco mi się polepszyło, ale ból nogi nadal nie ustępował. Stosowano więc zastrzyki znieczulające. Próbowano także leczyć mnie dziewięciokrotnie akupunkturą. Po ostatnim zabiegu tego rodzaju rozbolała mnie głowa do tego stopnia, że zawołałam: "Umieram! Siostro, lekarza!" Podłączono tlen, dano zastrzyki, a ja tymczasem straciłam przytomność. Po oprzytomnieniu nastąpiły torsje. Dostaję wylewu. Na moją prośbę zabierają mnie do domu. Nogi nie czuję, stała się bezwładna. Dostaję drugiego wylewu: lewa strona jest porażona. Znowu do szpitala. Różne badania i skierowanie do innego szpitala. Dostaję zapaści. Przez dziewięć godzin leżę nieprzytomna w ciemnym korytarzu. Bełkocząc proszę, aby mnie zabrano do domu. Spełniono mojr;, prośbę. Poprosiłam o podanie mi wody z Lourdes. Po jej wypiciu mogłam stopniowo przyjmować pokarm. Lekarz widząc, że mam całą nogę spuchniętą i czarnosiną od skrzepów, kilkakrotnie zalecał amputację.
Śni mi się Ojciec Święty Jan Paweł II, który mówi: "Nie płacz, módl się i jedź na Jasną Górę, a będziesz chodzić". Rano domagam się, aby mnie zawieźli na Jasną Górę. Lekarz zaaprobował tę podróż, ale nie widział praktycznie możliwości przewiezienia mnie w takim stanie tak daleko. Powiedziano mi więc, że zostanę zawieziona do Częstochowy na wiosnę, gdy się ociepli, ale ciągle odkładano datę wyjazdu. Tymczasem stan mego zdrowia stale się pogarszał. Lekarze w dalszym ciągu domagali się ode mnie zgody na amputację nogi.
W końcu oznajmiłam rodzinie, że na Jasną Górę pojadę 22 czerwca. Rano byliśmy na miejscu. Chciałam być obecna podczas uroczystego odsłonięcia obrazu. Wsparta o kule usiłuję dostrzec przez kraty cudowny obraz, ale słyszę tylko granie. Odprawia się Msza święta, a ja modlę się gorąco, proszę, błagam. Po Mszy trochę się rozluźniło, więc z wielkim trudem, przy pomocy kul i bliskich z rodziny obchodzę ołtarz. Wyspowiadałam się u jednego z ojców paulinów. Ten zachęcił mnie do ufności w pomoc Matki Najświętszej, dodając, że niedawno dziecko odzyskało tutaj wzrok.
O godzinie 11:30 zasłonięto obraz, a ja dalej się modlę. Mówią mi, że czas już odejść. Modlę się jeszcze. Wtem widzę jasność ogromną. Krzyczę. Zdaje mi się, jakby mnie ktoś pociągnął za rękę. Kule opadają, a ja już bez nich idę przez całą bazylikę do kaplicy cudownego obrazu i tam obchodzę bez kul ołtarz, a następnie złożywszy sznur korali jako wotum wdzięczności, udałam się do zakrystii, gdzie dopiero opadłam z sił. Odjechaliśmy do domu. Domownicy ze łzami w oczach podeszli do samochodu, aby mnie powitać i przyprowadzić do mieszkania. Radość nasza udzieliła się całej parafii.
Błagam Cię, Matko Najświętsza, o dalszą opiekę nade mną, a przede wszystkim dziękuję Ci.
K. Więcek
Wydarzenie zostało sprotokółowane przez ojców paulinów na Jasnej Górze i udokumentowane odpowiednimi zdjęciami. Kule zawieszono na kracie.
