Dnia 13.12.1979 r. syn nasz, Grzegorz, uczeń IV kl. szkoły podstawowej po powrocie ze szkoły, na polecenie mamy pojechał motorowerem do sklepu. W drodze został uderzony przez samochód, Nysę. Natychmiast przewieziono go do powiatowego szpitala w Tychach.
Lekarze stwierdzili uszkodzenie obydwu płatów skroniowych, przeciętą tętnicę, urwanie lewego płuca, pęknięcie mostka i żeber, stłuczenie osierdzia i siedem dziur w policzku. Nastąpił obustronny paraliż i zupełna nieprzytomność.
Na trzeci dzień od wypadku nastąpiło zatrzymanie akcji serca. Na czwarty dzień serce zaczęło zamierać, a w piątym
dniu syn miał operację głowy. Szóstego dnia znów stanęło serce, ale na krótki czas. Cały czas, to jest przez osiem tygodni Grzegorz był nieprzytomny.
W trzecim tygodniu miał drugą operację głowy. Na nasze prośby i pytania lekarze odpowiadali, że nie ma żadnych szans na uratowanie życia chłopcu.
Pamiętam, że już od trzeciego dnia po wypadku codziennie wieczorem gorąco modliliśmy się wspólnie w domu o jego zdrowie. Codziennie cała nasza rodzina uczestniczyła we Mszy św. Po upływie 10 dni mogłem być przy nim w szpitalu i modląc się zwilżałem twarz i oczy syna wodą z Lourdes, którą dostaliśmy z Niepokalanowa. Dolewałem również kropelkę cudownej wody do jego pokarmu i modliłem się, żeby odzyskał przytomność i przejrzał.
W czwartym tygodniu po wypadku pojechaliśmy na Jasną Górę i modliliśmy się o jego zdrowie. Modliliśmy się tymi słowami: Matko Boża, jeśli już tak gorąco chcesz go nam zabrać, niech się dzieje Wola Boża, ale jeśli można, przywróć memu dziecku zdrowie. Przyrzekłem również: Matko Boża, jeśli Grześ wyzdrowieje i dobrze skończy szkołę, to oddaję Ci go na Twoją służbę, żeby został księdzem lub zakonnikiem.
Po powrocie z Jasnej Góry codziennie byłem w szpitalu. Lekarze ze zdumieniem oświadczyli: "Zdrowie syna polepsza się bardzo intensywnie". Teraz zacząłem wierzyć w możliwość wyzdrowienia Grzesia.
Minęły trzy miesiące od tego czasu. Nasz Grześ powrócił do domu, ale nie zaraz mógł mówić i nikogo nie poznawał, nawet z rodziny. Bał się wszystkiego. Stopniowo wracał jednak do normalnego stanu i obecnie jest już prawie dobrze. W sierpniu [1981] r. poszedł do szkoły ponownie do czwartej klasy, bo przed wypadkiem ją dopiero rozpoczął.
Po trzech tygodniach pobytu w domu pojechałem z nim do szpitala, aby przedstawić lekarzom, którzy go najpierw leczyli i mieli pod swoją opieką. Byli to: docent Tadle i docent Łukasiewicz. Gdy wszedłem do pokoju doc. Tadle, poznał Grzegorza i powiedział: "Gdybym go nie zobaczył, nigdy nie uwierzyłbym, że to on jest tak zdrowy i tak dobrze wygląda. Podobnie mówił doc. Łukasiewicz.
Cała nasza rodzina jest bardzo wdzięczna Matce Bożej za uzdrowienie Grzesia. Modliliśmy się o jego zdrowie i Ona nam powróciła zdrowe dziecko.
Dziś oboje z żoną i Grzegorzem przyjechaliśmy do Niepokalanowa, aby osobiście złożyć u stóp Matki Bożej podziękowanie, co też czynimy niniejszym pismem.
20.09.1980 | Jerzy i Irena Mateja | rodzice Grzesia
