Matka Boża w moim życiu (32)
W pierwszych latach po wojnie brałem udział w dwutygodniowej misji świętej w jednym z dużych miast na Ziemiach Odzyskanych. Już w trzecim dniu zwróciła moją uwagę młoda kobieta, stojąca zawsze blisko ambony. Po skończonych naukach czy nabożeństwach modliła się długo i jako jedna z ostatnich opuszczała kościół.
Minął tydzień misji dla kobiet, rozpoczęliśmy głoszenie nauk dla mężczyzn. Na początku tegoż tygodnia ksiądz proboszcz zakomunikował mi, iż w kancelarii parafialnej pragnie ze mną rozmawiać pewna osoba. Była to znana mi z kościoła młoda kobieta.
- Nabrałam do ojca misjonarza zaufania i pragnę mu zawierzyć moją wielką tajemnicę - powiedziała po przywitaniu. -Naprawdę, nie mogę już sama udźwignąć tego ciężaru. -Poprosiłem ją, by usiadła. Rozejrzała się niespokojnie po kancelarii. Zapewniłem ją, że nikt nam tu nie przeszkodzi, ale na wszelki wypadek możemy usiąść dalej od drzwi.
I rozpoczęła się opowieść, z jednej strony tragiczna, z drugiej zaś pełna wiary, ufności i dowodów niezwykłej opieki Niepokalanej.
- Jestem Żydówką - powiedziała młoda osoba cicho. Popatrzyłem na nią uważnie i dopiero teraz spostrzegłem, że istotnie ma {85} pewne rysy semickie. -Pochodzę z małego miasteczka Małopolski Wschodniej - ciągnęła. -Rodzice moi mieli jedenaścioro dzieci. Ojciec był krawcem. Od wczesnego ranka do późnego wieczora słuchałam stukania maszyny krawieckiej. Mamusia pomagała ojcu wykańczając przyjęte prace. Byłam siódmym dzieckiem. Chociaż w naszym miasteczku zdecydowaną większość stanowili Żydzi, od najwcześniejszego dzieciństwa przyjaźniłam się tylko z dziewczynkami chrześcijańskimi. One też często prowadziły mnie do kościoła, gdzie bardzo mi się podobało. Na początku muzyka organowa napełniała mnie lękiem, zdawało mi się, że to Bóg chrześcijan wśród grzmotów wypędza mnie z kościoła. Czasem, wystraszona, uciekałam. Ale zdarzało się, że melodia była tak słodka, iż zdawało mi się, że jestem w przedsionku nieba. Dziś wiem, że było to "Ave Maria" Schuberta lub Gounoda. Obchodziłyśmy różne ołtarze, przy każdym dziewczynki coś szeptały. Na moje pytanie odpowiadały, że się modlą. Wiedziałam, że Żydówka nie może modlić się w kościele byłby to grzech. Jednak koleżanka od serca nauczyła mnie w tajemnicy "Zdrowaś Maryjo" i tę modlitwę zaczęłam odmawiać przed piękną figurą - jak mi dziewczynki powiedziały - Niepokalanej. "To jest Matka Boża Niepokalana" - mówiły. I odtąd lubiłam przychodzić do Niepokalanej.
Od pierwszej klasy szkoły powszechnej znów miałam przyjaciółki katoliczki i to bardzo pobożne. Chodziłam z nimi do kościoła, nawet na Mszę świętą. Podobno dziewczynki pytały swojego księdza, czy wolno mi im towarzyszyć. Odpowiedział, że tak, jeśli zachowuję się poprawnie. Byłam bardzo zdolna, pamięć miałam wprost fenomenalną, toteż szybko nauczyłam się całego pacierza, litanii do Matki Bożej Loretańskiej i wielu innych modlitw.
W trzeciej klasie wszystkie moje przyjaciółki przygotowywały się do pierwszej Komunii świętej. Uczyły się pytań i odpowiedzi z małego katechizmu. Ponieważ pięknie czytałam, prosiły mnie o głośne czytanie poszczególnych rozdziałów. Nawet je przepytywałam. Pod koniec nauki okazało się, że ja najlepiej opanowałam katechizm. Powiedziały o tym swojemu księdzu, a on chciał mnie poznać, ale do spotkania nie doszło. Jeden z moich starszych braci zauważył, że często chodzę do kościoła i powiedział o tym rodzicom. Ojciec i mama najpierw spokojnie zapytali mnie, czy to prawda, a kiedy im wszystko opowiedziałam, ojciec targał sobie brodę, jęczał i płakał, wreszcie pobiegł do rabina. Tymczasem mama starała wymóc na mnie przyrzeczenie, że więcej tego robić nie będę. Ale ja wiedziałam, że do Niepokalanej znów pójdę, więc jedyną moją odpowiedzią był płacz. Kiedy ojciec wrócił z rabinem, musiałam znów opowiedzieć swoją straszną - jak mówili zbrodnię i znów żądali ode mnie przyrzeczenia, że już nigdy do kościoła nie pójdę i nie odstąpię od wiary ojców. I chociaż tatuś bil mnie paskiem, a rabin krzyczał, ja uparcie milczałam. Wreszcie ojciec wezwał mamę i rodzeństwo i kazał mnie pilnować. Nie wolno mi było wychodzić z domu bez opieki.
Przez dwa tygodnie czułam się w domu jak w więzieniu. Litanię i "Zdrowaś Maryjo" odmawiałam jednak codziennie. Rygory więzienne wreszcie zelżały - siostrom i braciom znudziło się pilnowanie, a rodzice pewnie sądzili, że kościół wywietrzał mi z głowy. Skorzystałam z tego i pobiegłam do Niepokalanej, ale nie mogłam wypowiedzieć przed Nią żadnej modlitwy, gdyż ciągle płakałam. Mówiłam tylko: "ja kocham Niepokalaną".
Udało mi się czterokrotnie przemknąć do kościoła, ale za czwartym razem przy wyjściu natknęłam się wprost na mamę. Na nowo zaczęło się bicie, wymuszanie przyrzeczeń, zamykanie w domu. Ale byłam uparta. Kochałam Niepokalaną.
Bicie i krzyki nie zmieniły mego stosunku do rodziców. Kochałam ich nadal, tylko nie mogłam ich zrozumieć: dlaczego zabraniają mi chodzić do kościoła? Byłam dobrą uczennicą i starałam się być dobrą córką. {86} Pomagałam mamusi w pracy i ona często nazywała mnie swoją najlepszą córunią.
Nadszedł wrzesień trzydziestego dziewiątego roku. W naszym miasteczku są już Niemcy. Ojciec nie ma pracy, rodzice wysyłają mnie z prośbą o wsparcie do bogatszych krewnych. Pierwszy i drugi raz dawali chętnie, nawet ugościli. Potem nie otwierali drzwi, kiedy dzwoniłam, choć wiedziałam, że są w domu.
Rok 1940. Po raz pierwszy pada w naszym domu słowo "getto". Nie rozumiałam, co ono znaczy, ale czułam, że jest straszne. I stało się. Pewnego dnia, wiosną, część naszego miasteczka zaczęto otaczać kolczastymi drutami, a w kilka dni później spędzano tutaj wszystkich Żydów. Do naszego mieszkania dokwaterowano jeszcze dwie rodziny. W przeddzień moje trzy siostry i trzej bracia nagle zniknęli. Wiem, że odchodząc chcieli zabrać mnie z sobą, ale mamusia się nie zgodziła. Mój najmłodszy braciszek kochał mnie więcej niż mamę, zawsze się nim opiekowałam.
W październiku do getta wkroczyło kilkuset uzbrojonych hitlerowców. Kazano nam opuszczać mieszkania i biec na plac. Strzelano. Po drodze widziałam masę trupów. Na moich oczach zabito moich rodziców i młodsze rodzeństwo, najmłodszemu braciszkowi roztrzaskano główkę o bruk. Do mnie nikt nie strzelał. W pewnym momencie z wymierzonym we mnie karabinem zaczął się zbliżać olbrzymi żołnierz niemiecki. Pomyślałam, że to już i mój koniec. Gdy stanął przede mną, powiedziałam głośno: "Ja kocham Niepokalaną". Zdumienie pojawiło się na jego twarzy. Zapytał mnie po polsku: "Jesteś Polką?" "Ja kocham Niepokalaną" powtórzyłam. Rozejrzał się, potem szybko wziął mnie na ręce i ukrył pod brezentowym płaszczem. Za bramą getta postawił mnie na ziemi i szepnął: "Uciekaj!". Oszołomiona ruszyłam w stronę getta: chciałam iść do swoich. Podbiegł do mnie i popchnął w stronę miasteczka.
Zbliżał się wieczór. Wstępowałam do kilku domków na przedmieściu, prosiłam o nocleg. Przyjmowano mnie grzecznie, ale proszono, żebym odeszła, bo za przechowywanie Żydów grozi śmierć. Nie pomogły tłumaczenia, że Niemiec mnie wypuścił. "Jeden zwolnił, drugi zabije ciebie i nas" - mówili. W ostatnim domku biedna kobiecina dała mi kolację, potem powiedziała: "Masz tu bochenek chleba, trochę słoniny i idź w góry, tam, w bunkrach, są Żydzi. Na pewno znajdziesz tam swoje siostry i braci. Ale idź nocą, na drogach nie pokazuj się Niemcom".
Ruszyłam w stronę gór. Dniami spałam w zaroślach, nocami wędrowałam. Ileż ja się strachu najadłam! To zajączek wyskoczył, to jakiś ptak się poderwał, to znów krzewy wydawały mi się z daleka kolumnami maszerujących Niemców. W ucieczce przed nimi pogubiłam buty, podarłam płaszczyk i sukienkę, straciłam ostatni kawałek chleba. Na szczęście, w dzień świeciło słońce, gdyby nie ono, nie przetrzymałabym dotkliwego chłodu.
Byłam już bardzo głodna. Całą dobę prócz wody ze strumyka nie miałam nic w ustach. Zdobyłam się na odwagę i podeszłam do zabudowań na skraju wioski. Dobrzy ludzie nakarmili mnie, dali ciepłą odzież i dużo żywności na drogę. Syn gospodarzy znał miejsce pobytu Żydów w górach i nocą mnie tam podprowadził. Niewiele brakowało, by zabił mnie mój własny brat, który stał na straży.
Rodzeństwo zastałam w komplecie. Opowiedziałam im o śmierci rodziców i młodszego rodzeństwa. Płakali rzewnie. A ja. byłam szczęśliwa, że mogłam przytulić się do moich sióstr.
Moja radość jednak nie trwała długo. Już po kilku dniach zaczęłam żałować, że tutaj przyszłam. Pogrążeni w rozpaczy i beznadziejności młodzi Żydzi popadli w straszliwe pijaństwo i rozpustę. Oni wszyscy żyli ze sobą jak zwierzęta, i to publicznie, nie kryjąc się. Tam brat nie darował siostrze, a siostra bratu. Byłam wychowana w zasadach starożydowskich, w wielkim poszanowaniu prawa Bożego. To, na co musiałam teraz {87} patrzeć, było tak okropne, że widziałam, iż musi na tych młodych Żydów przyjść kara boska. To była Sodoma i Gomora...
Pewnej nocy obudziły mnie wybuchy i terkotanie karabinów. Wypadłam z bunkra, w którym spałam z rodzeństwem. Chciałam uciec do lasu, ale naokoło rozległy się strzały. Dużo Żydów leżało już zabitych. Po chwili oświetlono nas reflektorami samochodów. Moi dwaj bracia zostali rozerwani wybuchem granatu, trzeci, ranny, strzelił sobie w usta. Do bunkra, w którym zostały siostry, wrzucono granat. Już ich żywych nie zobaczyłam. Sama przykucnęłam pod wielką sosną. Oświetliły mnie reflektory, przebiegały obok mnie wielkie wilczury. Innych rozszarpywały, a mnie zostawiły w spokoju. Modliłam się do Niepokalanej: "Ratuj mnie, o Pani" i odmawiałam "Zdrowaś... ".
Strzelanina ucichła, hitlerowcy wycofali się. Zaczęło świtać. Nabrałam odwagi, trupy braci i innych Żydów nie przerażały mnie. Wciągnęłam ciała braci do bunkra, w którym zginęły siostry. Znalazłam łopatę, zasypałam bunkier ziemią. Pracowałam cały dzień...
Nocą ruszyłam przed siebie. Nad ranem, śmiertelnie zmęczona i głodna, wstąpiłam do napotkanego domu. Kazano mi uciekać, gdyż Niemcy przeprowadzają tu obławę w poszukiwaniu kilku Żydów, którym udało się zbiec. Poszłam w las. Padał deszcz, dygotałam z zimna. Następnego ranka znalazłam się na skraju lasu. Byłam już zdecydowana na wszystko, nawet pragnęłam natknąć się na Niemców. Ale usta moje bezwiednie szeptały "Zdrowaś Maryjo". I Maryja zaprowadziła mnie do stojącej w pobliżu biednej chatki. Mała chatka, z pochyloną ku ziemi stodółką. Cisza wokół, uwiązany przy lichej budzie kundelek na mój widok przyjaźnie pomachał ogonem. Na podwórku nikogo, okna domku zasłonięte. Weszłam do sionki, uchyliłam drzwi z prawej strony. I oto, co zobaczyłam: w pobliżu okna łóżko, na nim leży strasznie blada dziewczynka. O poręcz łóżka oparty mężczyzna, wpatrzony w dziewczynkę, przy łóżku klęczy kobieta, ręce załamane, na twarzy wyraz straszliwego cierpienia, choć w oczach ani jednej łzy. Bezszelestnie osunęłam się na kolana.
Minęła dłuższa chwila. Pierwszy zauważył mnie mężczyzna. "Co tu robisz? - spytał. -Nie znam ciebie". Kobieta wstała z klęczek, podeszła do mnie. Nie pyta o nic, tylko zaczyna się żalić jak przed starą znajomą. Pełne łez oczy ociera teraz brudną chusteczką. "Patrz - mówi - jedną jedyną mieliśmy i tę jedyną córunię zabrał nam Bóg. A więcej rodzić nie mogę. Inni mają tyle dzieci, biją je, poniewierają, a my naszą Jadwigę tak kochaliśmy...".
Potem nagle popatrzyła na mnie i zawołała: "Jakaś ty chudziutka, bledziutka! Co ci jest? Z daleka idziesz? Biedne moje stworzonko!". I przytuliła mnie do siebie. Rozpłakałam się i opowiedziałam wszystko o sobie. "Nie zabiję się, bo kocham Matkę Najświętszą, ale pójdę do Niemców, niech oni mnie zabiją" - zakończyłam.
"Nie zrobisz tego! - zawołała kobieta. Ja cię przechowam. Jesteś podobna do mojej córeczki, będę cię kochała jak Jadwinię. Będę cię nazywała Jadwisią".
Jej mąż zaprotestował. "Nie możemy tego zrobić - powiedział. - Niemcy ciągle szukają u nas partyzantów, poznają, że to Żydówka, zabiją nas razem z nią!". "A ja ją przechowam! - powtórzyła z uporem kobieta. - Pokochałam ją i nikt mi jej nie zabierze. Ona zostanie u nas".
I zostałam. W nocy prawdziwą Jadwinię pochowali rodzice w ogrodzie pod bzami, kropiąc przedtem ziemię wodą święconą, a mnie umyli, uczesali, nakarmili i położyli do czystego łóżka.
Podobno trzy dni walczyłam ze śmiercią. Leczyli mnie sami. Niemców odpędzali jednym słowem: tyfus. A ja chyba miałam zapalenie płuc, ale wróciłam do zdrowia.
Opowiadali mi, jaka była ich córeczka, a ja uczyłam się ją naśladować. Dzięki wspaniałej pamięci szybko weszłam w swoją nową rolę. Wszyscy krewni, znajomi, nauczyciele, i nawet ksiądz proboszcz, mówili, że po chorobie jestem o wiele zdolniejsza. Ochrzcili mnie sami. Na własną od{-88-}powiedzialność. "Ten grzech bierzemy na siebie" - mówili. Chodziłam często do Komunii świętej, częściej niż inne dziewczynki. Przybrani rodzice bardzo mnie kochali, chwalili się, że mają taką dobrą i zdolną córeczkę. Ja też ich bardzo kochałam, za ich serce i za ich wielkie poświęcenie.
Skończyła się wojna. W ciągu jednego roku zrobiłam dwa lata liceum i zdałam maturę z odznaczeniem. Jakże dumni byli moi staruszkowie! Ale ja pewnej nocy spakowałam się i uciekłam od moich kochanych i dobrych przybranych rodziców. Nie powiedziałam im ani jednego słowa, nawet "Bóg zapłać!". Dlaczego to zrobiłam? Bo... ja nie chcę być Żydówką! Tam, u przybranych rodziców, słyszałam nieraz takie słowa: "Masz typowe ruchy żydowskie, mówisz jak Żydówka". Nawet ojciec, kiedy mu pewnego razu dokuczyłam zanadto, powiedział w gniewie: "Ach, ty uparta Żydówko!". A ja nie chcę być Żydówką, nie chcę już nigdy w życiu przeżyć tego, na co patrzyłam. To są straszne wspomnienia...
Młoda osoba zamilkła. Po dłuższej chwili, kiedy już się trochę uspokoiła, powiedziała z przejęciem: - Ojcze, musisz mi pomóc! Nie jestem przecież ochrzczona, nie mam metryki chrztu. Mam podrobiony dowód osobisty. I wobec Kościoła, i wobec państwa formalnie nie istnieję. Pomóż mi, ojcze, zajmij się mną! Pomóż mi wstąpić do zakonu, ja chcę być służebnicą Maryi, służebnicą Niepokalanej...
Pukanie do drzwi, wchodzi ksiądz proboszcz. - Ojcze misjonarzu - mówi. -Jesteśmy już po obiedzie, za pół godziny masz naukę dla młodzieży!
Jak to? Już? więc opowieść tej młodej, ciężko doświadczonej istoty trwała aż cztery godziny?...
Dzisiaj Jadwiga jest siostrą w jednym ze zgromadzeń Służebniczek Niepokalanej. Odwiedzają ją tam jej przybrani rodzice. Pracuje z całym poświęceniem, cieszy się uznaniem, a jej dobroć zniewala wszystkich do wzajemności. Siostry zakonne często naprowadzają rozmowę na Matkę Najświętszą, by z jej ust usłyszeć najpiękniej wypowiadane słowa: "Ja kocham NIEPOKALANĄ".
Opracował o. Tadeusz Andersohn TJ
