Pochodzenie człowieka

Kontynuując omawianie książki J. W. G. Johnsona pt. The crumbling theory of evolution o wątpliwościach, jakie dziś budzi teoria ewolucji, przystępuję do omówienia sprawy pochodzenia człowieka. Jest rzeczą znamienną, że nowe odkrycia w tej dziedzinie z wielkim entuzjazmem reklamuje prasa światowa, a w ślad za nią podręczniki. Natomiast gdy po bliższych badaniach okazuje się, że rzecz jest oparta na błędzie, fałszerstwie czy nieporozumieniu, mało kto się o tym dowiaduje. Johnson kolejno omawia wszystkie wielkie odkrycia z zakresu paleontologii człowieka. Spróbuję jego wywody streścić.

Pierwsze pomyłki

Zacznę od najprostszych. W 1922 r. ktoś znalazł w Nebraska, USA, nietypowy ząb trzonowy. Prof. H. Osborn z Muzeum Historii Naturalnej w Nowym Jorku określił go jako półmałpi, półczłowieczy. Pojawiły się rysunki małpoluda z Nebraski. W 1927 r. udowodniono, że był to ząb pewnego gatunku dzika.

Równie głośny w tym czasie był Neandertalczyk, ponoć o malej pojemności mózgu, pochylony, włochaty jak szympans. Ale pomału napływały nowe odkrycia. M. Boule wykazał, że pojemność czaszki była jak nasza. D. Dewar znalazł ślady ceremonii pogrzebowych, narzędzi. Prof. Sergi udowodnił, że chodził prosto itd. Okazało się, że Neandertalczyk to po prostu człowiek. W błąd wprowadziły pierwsze rysunki - dzieło artystów, a nie naukowców.

Sprawa człowieka z Piltdown uzyskała największy rozgłos. Amator Charles Dawson, sir Arthur Smith Woodward z Muzeum Bryjskiego i o. Pierre Teilhard de Chardin TJ, znaleźli w 1912 r. ludzką czaszkę i część żuchwy małpiej, ale z zębami [300]startymi jak u ludzi a nie jak u małp. Po dalszych poszukiwaniach Teilhard de Chardin znalazł brakujący kieł, pasujący do szczęki. Powątpiewano w to znalezisko, ale w 1915 r. o dwie mile dalej Dawson znalazł dwa fragmenty podobnej czaszki i ząb trzonowy. To wystarczyło. Przez 40 lat małpolud z Piltdown był w podręcznikach.

Na początku lat pięćdziesiątych zaczęto znowu powątpiewać. Wiek czaszki obniżono z 5 500 000 lat do 50 000 lat, a w końcu po badaniach metodą izotopową 14 C do 500 lat, Szczęka okazała się zupełnie współczesna, wykradziona z nierejestrowanych szkieletów orangutana w Muzeum Brytyjskim. Dopatrzono się też śladów pilnika na zębach, by nadać im ludzki kształt. Kości były barwione, by dodać im wieku.

Do dziś trwają spory, kto tego fałszerstwa dokonał. Uważa się, że Woodward był ofiarą, a nie winowajcą. Resztę życia spędził kopiąc bezskutecznie w okolicach Piltdown. Rzeczy dokonał fachowiec, znający ówczesne metody badawcze, bo dokonał takiego zafałszowania, które uchroniło się od zdemaskowania przez współczesnych. Ale nowe techniki wykryły fałszerstwo. Dziś przeważa opinia, że autorem dowcipu był Teilhard, może z udziałem Dawsona. Ale winnych jest więcej. Zwolennicy ewolucji tak bardzo pragnęli znaleźć pośrednie ogniwo do człowieka, że łatwo uwierzyli i rezreklamowali coś, co na to nie zasługiwało.

Australopiteki

Teraz przejdźmy do grubych ryb. W 1924 r. dr Raymond Dart znalazł czaszkę w Taung w Południowej Afryce, gdzie później znaleziono inne fragmenty hominidów (praludzi). Nazwano te istoty Australopitekami. Miały duże żuchwy, około metr wzrostu, mały mózg, chodziły prosto. Ale w 1954 r. sir Solly Zuckerman po szczegółowych badaniach wszystkich kostek uznał je za typowo zwierzęce. Nie słuchano go. W 1974 r. wieloczynnikowa analiza komputerowa tych kostek wykonana przez dr. C. Oxnard z Uniwersytetu w Chicago wykazała, że najbliższe są orangutanów.

Dr Louis Leakey, jego żona Mary i syn Richard od lat badają paleontologię naczelnych. W 1950 r. znaleźli w Afryce 40 fragmentów czaszki (może dwóch osobników). Zrekonstruowali z nich czaszkę. Brak było żuchwy, więc dodali model w oparciu o żuchwę znalezioną gdzie indziej. Tak powstał Zinjanthropus. Uznano go za najstarszego, 1 750 000-letniego człowieka. Pojawiły się opisy jego wyglądu, obyczajów itd. Ale wkrótce uznano, łącznie z Leakeyami, że to tylko szczątki zwierzęce, jeszcze jeden Australopitek.

Wtedy dr L. Leakey dostarczył innnego kandydata - Homo habilis, bo używał narzędzi. W oparciu w fragmenty czaszki, żuchwy, zębów, goleni i palców oraz znalezionych w pobliżu narzędzi kamiennych opisano nowy gatunek. Ale wątpliwości trwały - mało kto się z Leakeyem zgadzał. Uważano, że to jeden więcej Australopitek. Powstał jednak projekt ciągu ewolucyjnego, od Australopiteka do Homo habilis, do Homo erectus i wreszcie do Homo sapiens (człowieka rozumnego).

Homo erectus

W 1891 dr E. Dubois opisał wyprostowanego hominida, Pithecanthropus erectus, znalezionego na Jawie. Pisano o nim książki i malowano portrety. G. K. Chesterton miał powiedzieć, że mało kto patrząc w jego kształtną twarz zdawał sobie sprawę, że był to portret kości udowej, kilka zębów i kawalątka czaszki.

Zęby i fragment czaszki wyglądały małpio, a kość udowa była ludzka, tyle że znaleziona około 16 m dalej. Okazało się jednak, że Dubois ukrył fakt, że w tym samym pokładzie znalazł dwie ludzkie czaszki, nie było więc powodu łączyć owej kości udowej z małpią czaszką. Przez 30 lat fakt istnienia tych dwu ludzkich czaszek był nieznany. W 1921 Dubois ujawnił te czaszki, ale było już za późno. Homo erectus żył już własnym życiem. Co prawda M. Boule uważał go za gibona, a w 1938 roku sam Dubois się go wyparł - ale z podręczników nie wyszedł. Warto dodać, że w latach 1907-1908 była w tym samym terenie nowa ekspedycja, która przesiała 10 000 m³ ziemi i znalazła 43 pudła kości ludzkich i małpich i nic, co by popierało pierwszą wersję Duboisa.

Sprawę próbował ratować G. H. R. van Koenigswald kopiąc tam w 1931 r., ale nic nie znalazł. Dzięki poparciu Teilharda de Chardin, sławnego dzięki czaszce z Piltdown, dostał duże stypendium od Fundacji Carnegie i w 1938 r. wrócił znowu. Znalazł trochę fragmentów żuchw, trochę zębów i ułamków czaszek. Z tych powstały Pithecanthropus II, III i IV. Boule i Vallois ocenili te fragmenty jako należące do szympansów i gibonów, ale prasa i podręczniki wolą wersję, której sam twórca się wyparł.

Dr D. Black, który w 1914 r. pomagał w zestawianiu kości z Piltdown, był w 1926 r. w Chinach z funduszami Fundacji Rockefellera poszukując [301]szczątków praczłowieka. Do spółki z Chińczykiem dr. Pei i ojcem Teilhard de Chardin odnaleźli w 1927 ząb trzonowy uznany za pół ludzki, pół małpi. Narodził się Sinanthropus pekinensis, człowiek z Pekinu. świat to przyjął z zachwytem. Potem w 1929 r. znaleziono część czaszki, według Teilharda przypominającej małpy bezogonowe, ale o tak malej pojemności mózgu, że była niewątpliwie czaszką jednego z pawianów, których szkieletów wiele było w okolicy. Ale Black chciał Sinanthropusa. Zrobił model (nie odlew) tej czaszki i w szczegółach ten model opisał jako coś pośredniego między Pithecanthropusem z Jawy a Neandertalczykiem. Black oceniał pojemność mózgu na 960 ml, co jest w granicach ludzkich, podczas gdy Teilhard pierwotnie pisał o czymś dużo mniejszym.

Dalej znaleziono wysyp popiołu, a w nim dalsze szczątki małpich czaszek, które Black uważał za swego Sinanthropusa. Choć nadal nie było żadnych kości szkieletu, Teilhard zapewniał, że osobnik ten chodził wyprostowany i był dwuręczny. Świat dowiedział się o śladach ognia. A więc chodzi o prawie człowieka, używającego kamiennych narzędzi, wyprostowanego, żyjącego w grocie, używającego ognia.

Wszystko było fałszerstwem. Prof. Breuil, który tam przyjechał na zaproszenie Teilharda, napisał, że owe "ślady ognia" to pozostałość działalności przemysłowej. Powątpiewał, czy istoty o zwierzęcych czaszkach mogły prowadzić przemysł. Publikację Breuila Black i Teilhard pominęli w swojej książce zawierającej bibliografię o wykopaliskach w sposób oczywisty dlatego, że była niewygodna. Na terenie wykopalisk były dwie wyspy popiołu wielkości połowy boiska piłki nożnej i grubości d1tVóch pięter. Były to odpady z pieca przemysłowego pracującego wiele lat. Wiele kamieni kwarcowych sprowadzonych z odległych kamieniołomów sugeruje, że była tu działalność przemysłowa związana z budową pobliskiego starożytnego miasta Caubaluc. Nie ma żadnej jaskini, jedynie miejsce, skąd wybierano wapień.

M. Boule po odwiedzeniu terenu miał pretensje, że mu zawracają głowę. Kategorycznie odrzucił teorię Blacka. Uznał, że znalezione czaszki i kości to wyrzucone resztki zwierząt, które ludzie tu pracujący konsumowali. Ale opinie Boulea i Breuila zostały zignorowane, a status Sinanthropusa rósł.

Tymczasem w 1933 r. znaleziono tam trzy ludzkie czaszki i inne kości, w sumie resztki około sześciu ludzi, w tym jednego dziecka. Teilhard bez badania sprawy uznał, że są to kości późniejszej daty. W 1934 r. dr Black zmarł na zawał w swej pracowni.

Kierownictwo prac przejął dr F. Weidenreich. Zrobił swój model Sinanthropusa w oparciu o fragmenty czterech różnych czaszek, nadając pojemność mózgu o 1200 ml. W 1937 r. Teilhard wbrew temu, co napisał w 1933 r., twierdzi, że żadnych ludzkich czaszek nie znaleziono, ale że Sinanthropus miał tak duży mózg (w oparciu o model Weidenreicha), że mógł prowadzić działalność przemysłową.

Gdyby ktoś chciał to wszystko sprawdzić, nie uda mu się. Wszystkie fragmenty kości w nieznany sposób zaginęły. Zainteresowani mają do dyspozycji jedynie modele Blacka i Weidenreicha, szeroko omawiane w podręcznikach od Pekinu do Londynu: Homo erectus, zarówno ten z Jawy jak i z Pekinu, należy do fantastyki naukowej.

Ramapithecus

Ostateczny cios całej tej zabawie przyniosły nowe odkrycia lat siedemdziesiątych. Richard Leakey, syn odkrywcy Zinjanthropusa, znalazł w Kenii człowieka w warstwie ocenianej na 2,8 milionów lat. A więc człowiek starszy niż Homo erectus, Homo habilis czy Australopitek. Z dotychczasowych «przodków» człowieka pozostał jedynie Ramapithec na samym dole rzekomego rodowodu człowieka. Dotychczas uważany był za nie ważny, ale teraz ewolucja człowieka od niego zależy, bo inni kandydaci są młodsi od człowieka. Materiał dowodowy, na podstawie którego opisano Ramapitheca, składa się z kilku fragmentów żuchwy i kilku zębów, znalezionych w różnych częściach świata. W sumie wszystko zmieści się w szklance. Fragmenty te są tak małe, że ułożyć z nich można człowieka, hominida lub małpę zależnie od woli zainteresowanego. Gdy znaleziono podobne części u żywych pawianów z Etiopii, trzeba było uznać, że tyle mają wspólnego z człowiekiem, co owe pawiany.

W roku 1970 Anglik lord Solly Zuckerman, teraz już doradca naukowy rządu J[ej] K[rólewskiej] M[ości], orzekł, że poszukiwaniom praczłowieka zabrakło prawdziwej nauki.

Nowsze odkrycia

Tymczasem rodzina Leakey wytrwale szukała dalej. Maria, matka Ryszarda, znalazła w 1974 r. szczątki ludzkie w Tanzanii w warstwie datowanej na 3,5 milionów lat oraz odciski stóp ludzkich. Wszystkie dane wskazywały na człowieka, ale [302]uznano to za niemożliwe. Równocześnie dr D. Johanson i dr M. Taieb znaleźli w 1974 r. części ludzkich żuchw i 16 zębów w Etiopii, w warstwie uznanej za mającą 4 miliony lat. Ponadto w 1975 r. Johanson znalazł bogate szczątki sześciu czy siedmiu ludzi (pierwsza rodzina ludzka - jak to znalezisko określono) uznane za 3 500 000-letnie. Tam też znaleziono inną istotę, nazwaną "Lucy", o metrowej wysokości, długich rękach, małpiej żuchwie itd. Uznano to za Australopiteka, ale wieloczynnikowa analiza komputerowa dokonana w 1979 r. przez dr O. Levojoya wykazała, że mamy do czynienia z małpą bezogonową odległą człowiekowi.

Zarówno Leakeyowie jak Johanson i Tateb byli zgodni, że pierwsze znaleziska to ludzie, a dużo młodsza "Lucy" to zwierzę. Cała teoria ewolucji człowieka legła w gruzach.

Tymczasem przypomniano sobie, że już w 1860 r. w Castenedolo we Włoszech a w 1866 r. w Calaveras w Kalifornii znaleziono plioceńskie szczątki człowieka datowane na wiele milionów lat. Prof. Sergi gotów był uznać taki wiek człowieka, ale informacje te jako nieprawdopodobne były dotąd ignorowane.

Po 1979 r. Johanson i Leakayowie zaczęli budować nowe teorie w oparciu o te same szczątki plus nową czaszkę znalezioną w warstwie 1500-letniej przez R. Leakeya, a określonej jako Homo erectus. A przecież Homo erectus już był zdyskwalifikowany!

Kontrowersje trwają i Johnson, autor omawianej tu książki, relacjonuje je aż do wypowiedzi z roku 1981. Ta sama grupa ludzi prowadzi zawiłe spekulacje. Niedawno znalazłem nową informację z tej branży. Jak podał "Time" (21 VI 1982) w warstwie datowanej na 4 miliony lat znaleziono kawałek kości udowej a kilometr dalej siedem fragmencików czaszki. Czaszka miała mieć pojemność 1/4 ludzkiej, a, kość udowa świadczy o wyprostowanym chodzie. "Time" pisze więc: "Mógł chodzić prosto, przypuszczalnie jak człowiek współczesny. Ręce zbierały pożywienie, zwalczały wrogów a może nawet produkowały prymitywne narzędzia". A więc dorabia się nowe fantazje. Próbuje się łączyć tę istotę ze znalezioną niedawno ale o 400 000 lat młodszą "Lucy" w gatunek Australopithekus Afarensis. Jak podaje " Time", owo podobieństwo nowej istoty do tyle młodszej "Lucy" świadczy o stabilności tego gatunku i popiera opinię, że "gatunki zmieniają się nie stopniowo, jak chcą darwiniści, ale w relatywnie krótkich, epizodycznych wybuchach". Mamy tu więc nową wersję teorii o potworach rokujących nadzieję.

Spory odnośnie do znaczenia tych nowych znalezisk trwają i są coraz mniej klarowne. Dla mnie robią wrażenie prób ratowania reputacji ludzi, którzy zmarnowali karierę w poszukiwaniu chimery. Jeśli człowiek miał żyć 4000000 lat temu, to cóż mogą wnieść dużo młodsze ślady rzekomych hominidów. Przez prawie wiek zmarnowano wysiłek kilku ludzi (zadziwiające, jak mało - zaledwie kilka ciągle tych samych nazwisk), znaleziono ze dwa wiadra szczątków i nic z tego nie wynika. Ale zmarnowano coś dużo więcej. Zmarnowano całe pokolenie biologów, których nauczono ewolucji w oparciu o te mizerne dowody. W każdym większym muzeum prezentuje się modele praludzi, dopisuje życiorysy, fantazjuje o obyczajach. Wszystkie podręczniki biologii pełne są tych fantazji zrodzonych w głowach kilku specjalistów, ściśle ze sobą powiązanych pokrewieństwem, środkami finansowymi, którymi dysponowali, i niczym nie podpartą wiarą w ewolucję.

Zrośnięte chromosomy

Na marginesie nowych wywodów jeszcze jedna ciekawostka. W odniesieniu do ewolucji człowieka czasem sugeruje się, że zmiana w "potworka rokującego nadzieję", czyli człowieka, ma charakter aberacji chromosomalnej. Szympans ma podobne chromosomy, ale o jedną parę więcej niż człowiek. Ponoć dwie pary po połączeniu dały jedną dłuższą parę u człowieka. Problem polega jednak na tym, że jak wynika z analizy pasm na tych chromosomach, połączenie musiało nastąpić "głowami". Czyli, że jeden z tych szympansich chromosomów miałby u człowieka być czytany od drugiego końca. Ponieważ jeden chromoson zawiera nić DNA z tysiącami genów, każdy o przeszło tysiącu nukleotydów, oznaczałoby to, że miliony znaków kodu genetycznego mają sens człowieczy czytane z jednej strony, a szympansi z drugiej. Zmiana jednego nukleotydu to mutacja zwykle tak szkodliwa dla organizmu, że go zabija lub uszkadza, a tu postawienie miliona w odwrotnym ordynku ma dać logiczny porządek. To jakoby czytanie "Pana Tadeusza" od tyłu dało "Boską Komedię" - przez przypadek!

Oczywiście gdyby czytanie odbywało się w tym samym porządku, to połączone chromosomy miałyby tę samą informację genetyczną co nie połączone, czyli szympansią, a nie ludzką.