Z pamiętnika pielęgniarki
Był ciepły, pogodny wieczór 31 lipca. Szłam na ostatni dyżur nocny przed urlopem. Jadąc do szpitala na drugi kraniec miasta, myślami błądziłam po zielonych łąkach i wilgotnym lesie. Karmiłam z ręki wiewiórki. Pragnęłam zapomnieć o domu, o pracy, o wszystkim, trochę wypocząć, ale jeszcze ten ostatni dyżur.
Koleżanka z popołudniowej zmiany przekazała mi, że na sali operacyjnej znajduje się chora, którą przywieziono z interny.
Lekarz, który ją operował, powiedział:
- Czegoś podobnego nie widziałem od dziesięciu lat: ani jednego centymetra wolnego i czystego. Wszystko zmienił nowotwór.
Rokowania jednoznaczne!
Do rana nie miałam kłopotów ze Stasią. Spała spokojnie. Na rannym raporcie rzuciłam koleżankom ostatnie "Do widzenia" i pojechałam na urlop.
Po powrocie zastaję Stasię spacerującą po korytarzu. Niedługo cieszyła się poprawą zdrowia. Przyszła ta ostatnia noc...
Stasia wychudła, osłabła, już tylko leżała, ale z jej twarzy biła radość i pokój. Modliła się. Była wdzięczna za każdą najdrobniejszą przysługę.
- Pani Stasiu, skąd pani czerpie tyle siły - pytam.
Stasia powoli, bardzo powoli zaczyna opowiadać.
- Siostro, ja w tym roku byłam z pieszą pielgrzymką na Jasnej Górze.
Szybko obliczam czas i stwierdzam, że to mija się z prawdą, Stasia cały sierpień leżała w szpitalu.
- Tak, siostro, byłam. Kiedy wyruszyła piesza pielgrzymka z Warszawy do Matki Bożej w Częstochowie, ja duchem towarzyszyłam pielgrzymom, leżąc tu na łóżku. Modliłam się z nimi, jadłam z nimi, cierpiałam upały i deszcze. Tyle jest sytuacji człowieka chorego analogicznych do niewygód w podróży. A kiedy cała pielgrzymka oddała się w niewolę Maryi, ja tu na łóżku dokonałam tego samego aktu. Powtarzam go co dzień, a nawet wielokrotnie. l od tej pory wstąpiła w moje serce taka radość, że się cieszę na spotkanie z Bogiem. Wiem, że dziś umrę. Maryja jest moją siłą, radością, mocą, wszystkim. Wiem, że muszę umrzeć, aby się spotkać z Matką. Ona mnie zaprowadzi do Pana. Żal mi dzieci, męża, rodziców, rodzeństwa ale ponad wszystko z miłością czekam na spotkanie z Bogiem. Czy siostra mnie rozumie?
Nie rozumiałam jej wcale, bo wiedziałam, że Stasia ma trzydzieści sześć lat i dwoje dzieci w wieku dziesięciu i dwunastu lat.
- Czekam z radością na spotkanie z Matką i Panią. Ja wierzę, nie, ja wiem, że Matka Boża nie pozwoli zginąć moim dzieciom. Zawierzyłam Jej.
Stasia zaczyna się dusić. Podaję jej tlen, lecz chora całkiem przytomnie dziękuje za ten rodzaj pomocy.
- Siostro, chcę cierpieć świadomie. Proszę zamknąć tlen.
Więc otwieram okno. Tymczasem Stasia - stwierdza, że pani, - która leży przy oknie,
przeziębi się. W ostatniej godzinie życia myśli o bliźnim.
- Wyżej głowę, wyżej.
I usłyszałam ciche słowa:
- Idzie Matka!
Głowa opadła na klatkę piersiową. Na ustach lekko usiadł biały motyl śmierci. Stasia skończyła swą "pieszą" pielgrzymkę do Matki Bożej. Za oknem budził się chłodny wrześniowy ranek.
Jest to fakt autentyczny. Stasia Kozłowska zmarła 21 IX 1965 r. na oddziale chirurgicznym w szpitalu przy ul. Goszczyńskiego w Warszawie. Byłam świadkiem jej śmierci.

