Pięć lat w Grodnie (1922-1927)

Wspomnienia o św. Maksymilianie

Ojca Maksymiliana Kolbego poznałem jako młodego kapłana w 1922 r. Byłem świadkiem jego pierwszych poczynań przy realizacji wydawnictwa "Rycerza Niepokalanej" w Grodnie. Podziwiałem jego zapal, energię, całkowite oddanie się tej sprawie. Przeszkód, trudności na swej drodze napotykał O. Maksymilian wiele, ale niczym się nie zrażał, nic nie było w stanie zachwiać, zniechęcić go do upatrzonego w jakiejś wizji nieziemskiej dzieła. Tu nie wystarczało Mickiewiczowskie "mierz siły na zamiary", tu potrzebna była interwencja wyższa. I dziś trzeba przyznać, że tę pomoc O. Maksymilian miał, na nią liczył, o nią się modlił i zawsze wymodlił. W całym jego życiu widać wyraźną opiekę i pomoc ze strony Tej, której służył, której był naprawdę oddanym całą duszą rycerzem. Tak, to był istotnie Rycerz Niepokalanej. W Jej znakach walczył i zawsze zwyciężał. A przy tej niezłomnej energii, przy wielkiej sile charakteru, jaką podziwiałem u młodego kapłana, jeszcze bardziej była uderzająca jego prostota, pokora, bez najmniejszego zwracania uwagi na siebie. Naprawdę, wyjątkowo wzorowy kapłan, wzorowy zakonnik, święty człowiek...

Mogę jeszcze dodać moje spostrzeżenie dotyczące wykorzystania czasu przez Ojca Maksymiliana. Trudno wprost zrozumieć, jak można w obrębie 24 godzin rozplanować zajęcia swe w ten sposób, żeby wszystko wykonać a nic nie opuścić... Msza św., brewiarz, rozmyślanie, różaniec, słuchanie spowiedzi, prace rekolekcyjne, odpowiednie artykuły do "Rycerza Niepokalanej", druk tego pisma w warunkach nader trudnych, księgowość, rachunki, korespondencja itd. Tu już trzeba było codziennie za przykładem Jozuego powstrzymać bieg czasu przez nakaz: "Stań słońce!" I tu już jest wyraźna pomoc Boża za przyczyną Matki Niepokalanej.

Ks. Roman Tartyłło

Szkoła powszechna w Kopciówce pod Grodnem, której byłam kierowniczką, znajdowała się w odległości 12 km od parafialnego kościoła oo. franciszkanów na przedmieściu. Odprawianie Mszy św. w mojej szkole wprowadziło się dla ułatwienia słuchania Mszy św. dzieciom i starcom. Korzystali z niej jednak wszyscy w promieniu 6 km od Kopciówki.

Na tym tle właśnie chcę uwypuklić specjalną odrębność postaci świątobliwego Ojca Maksymiliana.

Kiedy zajeżdżał przed ganek wóz, wysłany jaskrawym kilimkiem, stałam już na ganku i pierwsza witałam Ojca... Ojciec Maksymilian siedział na wózku lekko zgarbiony, w szkłach na oczach, cichy, prosty i wzbudzający swoim wyglądem dziwną cześć. Po Ewangelii św. miał od ołtarza kazanie. Mówił cicho, bez retoryki, bez gestykulacji. Mówił wnikliwie i jasno. Nie mogę powiedzieć - pięknie, gdyż to było więcej niż pięknie, choć nie było ozdobnie. Przeważnie o Matce Bożej. Mimo upału (w lecie) nikt nie drzemał i nikt się nie poruszał. Ojciec Maksymilian mimo spuszczonych oczu widział wszystkich, przynajmniej odnosiło się to wrażenie.

Po Mszy św. O. Maksymilian często załatwiał różne sprawy z ludźmi. Cechowała go niezwykła uprzejmość, w której nie widziało się tylko grzeczności, lecz niezwykłą ludzką, może zresztą więcej niż ludzką - serdeczność, braterstwo i cierpliwość. Często bowiem kobieciny wiejskie gadały dość niezrozumiale językiem polsko-białoruskim.

Teresa Kostrzewska-Przanowska

Dnia 18 października 1927 r. stanąłem w Grodnie przed O. Maksymilianem. Doznałem wówczas podobnego wzruszenia, jakie odczu[183]łem przy pierwszym zetknięciu się z "Rycerzem". Dziś mi jeszcze stoi tak żywo w pamięci ta piękna postać Ojca Maksymiliana, którego od pierwszej chwili pokochałem całym sercem. Był szczupły, wzrostu średniego, twarz okrągła, ładna i oczy... te oczy piwne, z których biła i dobroć, i miłość, i stanowczość, i przenikliwość. Zdawało się, że duszę nimi przenika, że dla tego wzroku ciało nie stanowi żadnej przeszkody ani zasłony, że czyta nimi skrytości serca... Kazał mi usiąść, zapytał, jak mi się jechało itp. Wreszcie na pożegnanie zagadnął mnie:

- Więc chcesz Niepokalanej służyć?

- Tak, Ojcze, wszak po to tylko tutaj przyjechałem; z całej duszy pragnę Jej służyć.

- Dobrze, dziecko - odpowiedział rozpromieniony - to będziesz szczęśliwy. - I przycisnął mi głowę do siebie tak serdecznie, że w tej chwili pierzchły wszelkie obawy, a w sercu głęboko zapanował dziwny spokój, który mnie już nigdy w życiu zakonnym nie opuszczał.

O. Maksymiliana pokochałem jak ojca. Bo czyż nie on przez swego "Rycerza", który użyźniał swoją modlitwą, zrodził mnie dla zakonu? Pewny jestem, że podobną historię dotyczącą powołania przechodziło 99 procent braci. Podobnie rzecz ma się i z ojcami.

Br. Kamil Banaszek

Grafika do art. Pięć lat

[Fot. s. 182] Dawny klasztor OO. Franciszkanów w Grodnie.