Ostatnia pieśń

Leżałam od wielu miesięcy w klinice. Nadszedł maj, miesiąc poświęcony szczególnej czci Matki Bożej. Każdego wieczoru na stoliku szpitalnym stawiałyśmy figurkę Niepokalanej i przy zapalonych świecach śpiewałyśmy Litanię loretańską, a potem kilka pieśni maryjnych. Było nas na sali ponad 20 osób, prawie wszystkie ciężko chore.

Na początku maja przywieziono panią w średnim wieku i położono ją obok mnie na wolnym łóżku. Była po wylewie krwi do mózgu, ale całk[o]wicie przytomna, tylko straciła mowę. Trudno było zrozumieć, co chciała powiedzieć, raczej się domyślałam, o co jej chodziło. Jednak szybko porozumiałyśmy się wzrokowo. Pomagałam jej, na ile dosięgłam ręką.

Widząc, że jej stan jest ciężki, zapytałam tego wieczoru, czy nasz śpiew nie będzie ją zbytnio męczył. Skinieniem głowy dała znak, że nie. Rozpoczęłam więc śpiewać litanię. Śpiewały wszystkie, oprócz niej. Cały czas patrzałam na nią. Po wyrazie twarzy i oczu widać było, jak bardzo szczerze się modli sercem. Po litanii zapytałam ją, czy zaśpiewać pieśń i jaką by chciała. Z ogromnym wysiłkiem wybełkotała: ave, ave. Domyśliłam się, że chodzi jej o pieśń Po górach, dolinach..., zanuciłam więc melodię. Wtedy ona przytaknęła głową. Oczy jej zabłyszczały ogromnym szczęściem, twarz pojaśniała. Było widać, że przeżywa jakąś wielką radość duchową. Musiała bardzo kochać Matkę Najświętszą i tę pieśń. Gdy skończyłyśmy śpiewać, dziękowała nam serdecznie, a wyraz uszczęśliwienia nie znikał z jej twarzy i z oczu. Nigdy nie widziałam takiego rozradowania Bogiem i Maryją, widocznego na zewnątrz. To było wzruszające i promieniowało - na wszystkie chore.

Raptem zauważyłam, że z sąsiadką dzieje się coś niedobrego. Zadzwoniłyśmy po lekarza dyżurnego, który zaraz przyszedł. Jedna z chodzących chorych pobiegła zadzwonić po księdza. Kaplicy nie było w klinice, ksiądz przynosił Pana Jezusa z parafii. Kościół był na szczęście blisko. Kapłan przygotował ją na śmierć, przytomnie przyjęła sakramenty święte, chociaż była bardzo słaba. Wspólnie z kapłanem modliłyśmy się za nią, a po jego odejściu same. Większość z nas na leżąco, inne na siedząco, inne jeszcze klęcząco na podłodze lub na łóżku, ale jak kochające dzieci wokół umierającej matki. To było naprawdę jedno serce i jedna dusza.

Z promiennym wyrazem twarzy do końca zasnęła cichutko w Panu taka pogodna, rozradowana, szczęśliwa. Nigdy nie przypuszczałam, że nasz śpiew do Maryi będzie jej ostatnim ave na ziemi. Dopiero teraz uprzytomniłam sobie, że jej dusza już wtedy oglądała Matkę Bożą, spoczywała w objęciach Matki.

Nigdy więcej nie widziałam tak pięknej śmierci. Miało to miejsce 8 maja 1962 roku.

Tyle lat minęło od tego czasu, a ja wciąż widzę tę jej rozjaśnioną twarz, te płonące oczy, gdy odgadłam jej życzenie, by zaśpiewać jej ulubioną pieśń Po górach, dolinach rozlega się dzwon...

Grafika do art. Ostatnia pieśń

[Fot. s. 154: Siostra zakonna grająca na skrzypcach.]