Długie, zmęczone szeregi pasiaków.
Zbrodniczy palec skazuje na śmierć.
Cios padł tuż,
obok.
"Biedna żona,
dzieci...".
I nagle:
"Proszę wyznaczyć mnie
ZAMIAST...".
Cóż trzeba
uczynić z sobą, by móc rzec te słowa?
Jak przeobrazić serce, by umiało
SIEBIE ZAPOMNIEĆ,
zdławić ludzki LĘK,
przewalczyć instynkt, pragnienie PRZETRWANIA?
Jakiej to pracy trzeba, by móc oddać
obcemu (w zwykłym sensie) człowiekowi
wartość ogromną:
swoje ziemskie
ŻYCIE?...
Uczył się od Niej,
Białej,
Nieskalanej.
Była Mu
MATKĄ.
Ludzie - byli
BRAĆMI.
I to nie tylko ci, w biednych barakach
klasztornych (dziwne oczom podobieństwo:
NIEPOKALANÓW
i obóz
OŚWIĘCIM).
lecz wszyscy,
wszędzie.
Także tu, w tej nędzy
ostatniej, gdzie się gasnące istnienia
trzymały każdej możliwości życia.
To Ona,
Matka,
nauczyła serce
miłować innych ludzi ponad siebie,
tak, że się stało wrażliwe na każde
bratnie cierpienie,
o sobie zupełnie
zapominając...
I gdyby te słowa,
co padły, były jedynie przelotnym
odruchem ludzkiej, zwyczajnej litości
pod wpływem chwili -
- nie zniosłyby próby:
okropnej męki długiego
konania.
Wszak można było cofnąć tamto zdanie,
gdy śmierć nie przyszła szybką błyskawicą
(jak to się dzieje w aktach bohaterstwa
na polu walki),
lecz jak ośmiornica
spijała wolno,
wolno,
bezlitośnie
siły i życie z słabnącego ciała
pogrążonego w męczarni.
Lecz tylko
ŚWIĘTOŚĆ potrafi ten straszny mrok śmierci
zamienić w jasność
i w wewnętrzną radość,
że się tu ginie
ZAMIAST
tego Brata
z szeregu,
że Brat ten pozostał
nadal wśród żywych
i może powróci
do swoich bliskich.
Choć ból skręca ciało,
serce jest ciche, a zbielałe usta
śpiewają pieśni
MATCE
wszystkich
ludzi.
Matce Najlepszej,
Matce Najśliczniejszej,
Matce Sierpniowej,
Która swego Sługę
zabrała na dzień jasny Wniebowzięcia
do
chwały Świętych.

