Ojciec Błogosławionego

Juliusz Kolbe

Znamy życiorys bł. Maksymiliana, jego świętość i dzieła. Mniej znane są natomiast różne przyczynki i bodźce, które głębiej oświetlają tę postać. W jego życiorysach pomija się czasem wpływ, jaki wywarł na niego jego ojciec. Chcę dorzucić kilka szczegółów, które znam z życia ojca Błogosławionego.

Piszę z pamięci, bo całą rodzinę znałem osobiście. Bł. Maksymiliana znałem przez 20 lat, jego matkę od 1916 do 1946, ojca około roku 1912, a braci: Franciszka (Waleriana) i Józefa (o. Alfonsa) przez czas ich pobytu w zakonie.

Ojciec Błogosławionego, Juliusz Kolbe, urodził się w roku 1871. Dziadek Juliusza, Paweł Kolbe, przybył do Polski z Czech.

Ożenił się w roku 1846 i miał syna Jana, który był ojcem Juliusza. Kolbowie tradycyjnie byli tkaczami. Juliusz Kolbe jako 20-letni młodzieniec ożenił się w roku 1891 ze starszą od siebie o rok Marią Dąbrowską, która również znała się na tkactwie. Młodzi małżonkowie założyli warsztat tkacki w wynajętym domu w Zduńskiej Woli. W tym mieście urodzili się im dwaj pierwsi synowie: Franciszek w roku 1892 i Rajmund w 1894. Po paru latach spokojnego życia Kolbowie przekonali się, że ich chałupnicza praca nie może konkurować z fabrycznym przemysłem tkackim. Pozbyli się więc swoich warsztatów i przenieśli się do Łodzi. Tam parę lat pracowali jako zawodowi tkacze. Z czasem, zwłaszcza ojciec, uznał, że Łódź jest zabójcza dla dzieci. Miasto ponad stutysięczne nie miało kanalizacji. Głównymi ulicami, przy trotuarach wlokła się cuchnąca gęsta woda. Ruchliwi chłopcy nie mieli gdzie pobiegać, zabawić się na świeżym powietrzu. Juliusz Kolbe jako fachowiec zarabiał wprawdzie lepiej niż prosty robotnik, jednak utrzymać siedem osób było ciężko. Trzech starszych synów trzymało się zdrowo, ale dwaj inni zmarli w niemowlęctwie. Postanowili więc osiedlić się w mniejszym mieście. Kolbowie wynajęli trochę większe mieszkanie na przedmieściu Pabianic. W jednym pokoju od ulicy urządzili sklep spożywczy i z różnymi artykułami codziennego użytku. W mieście wybudowano świeżo fabrykę. Juliusz otrzymał w niej pracę, a żona gospodarząc w domu, wychowując trzech synów prowadziła jeszcze sklep. W Pabianicach bodaj przeżyli najspokojniejsze lata.

Przy końcu wojny rosyjsko-japońskiej wybuchła w Królestwie rewolucja. Fala strajków ogarnęła fabryki, albo właściciele je zamknęli. Bezrobotnym Kolbowie sprzedawali na kredyt. Wkrótce też :z. powodu niewypłacalności dłużników sami popadli w kłopoty i ogłosili upadłość. Z powodu trudności finansowych przenieśli się na inne [74]miejsce, do mniejszego mieszkania. Wszyscy sąsiedzi, gdziekolwiek mieszkali, uważali Kolbów za wzorową rodzinę. Nikt nie słyszał w ich domu kłótni. Z sąsiadami żyli w zgodzie, wspomagając ich czym mogli.

Ojciec mniej przebywał w domu, bo pracował zwykle 12 godzin dziennie, a nadto brał czynny udział w życiu społecznym. Robotnicy zwykle schodzili się w domu Juliusza, a on czytał im gazety; broszury patriotyczne i pisma religijne. W ten sposób robotnicy czerpali od niego swą mądrość religijną i społeczną.

Brał również czynny udział w życiu parafii. W święta pomagał w zachowaniu porządku podczas procesji. W Wielkim Poście pomagał budować Grób Boży, czuwał, aby strażacy w hełmach z godnością strzegli grobu Pańskiego. Gdy w Pabianicach budowano drugi kościół, Kolbe był najczynniejszym członkiem, który w wolnych chwilach pomagał w pracy, zbierał ofiary po domach nowej parafii na budowę świątyni.

Rano, a szczególnie wieczorem, cała rodzina modliła się wspólnie. Odmawiano różaniec, śpiewano Godzinki, trzy razy dziennie odmawiano Anioł Pański, w maju śpiewano Litanię (ojciec często akompaniował na skrzypcach). Chłopcy od najmłodszych lat byli ministrantami i należeli do chóru kościelnego.

Podczas misji parafialnych w roku 1907 chłopcy usłyszeli w czasie jednego z kazań, że franciszkanie przyjmują młodych kandydatów po szkole podstawowej do małego seminarium we Lwowie. Obaj, Franciszek i Rajmund, postanowili tam pojechać. Rzecz jasna sprawę rozstrzygnął ojciec. On przemyślał, jak przerzucić małych chłopców, którzy nie mogli jeszcze otrzymać paszportów, przez granicę między Rosją a Austrią. Wyjechać tak daleko i pokonać różne przeszkody był to wyczyn nie lada ze strony chłopców, ale i ze strony rodziców, zwłaszcza zaś ojca. Śmiałość i przedsiębiorczość ojca, matki i synów okazuje się w tym, że chociaż w Pabianicach było wtedy paruset chłopców nadających się z wieku i wykształcenia do seminarium, nie zgłosił się ani jeden poza chłopcami Kolbów. Gdy synowie już uczyli się we Lwowie w seminarium, najmłodszy Józef poprosił rodziców, aby i on mógł także pojechać do seminarium lwowskiego i zostać kapłanem zakonnym. Przyjęto go. Wszyscy synowie byli już poza domem. Matka, która od wczesnej młodości marzyła o życiu zakonnym, a teraz jako tercjarka prowadziła wzorowe i pokutne życie, poddała mężowi myśl, czy i ona nie mogłaby teraz pójść do zakonu.

Dla Juliusza pragnienie żony było dużym ciosem życiowym. Tworzyli przecież zgrane i zgodne małżeństwo; byli do siebie przywiązani; on był jeszcze stosunkowo młody (40 lat), samotne życie po odejściu żony przedstawiało mu się raczej smutno. Chciał jednak spełnić jej marzenia i dał jej pisemne zezwolenie, by jej umożliwić wstąpienie do zakonu.

Pani Maria wyjechała do Lwowa i najpierw zobaczyła się z Rajmundem, który [75]w tym czasie miał pójść do nowicjatu. Matka opowiedziała mu, że Józio idzie do internatu, ona myśli iść do klasztoru, a ojciec przez parę lat będzie jeszcze pracować w fabryce, aby pokrywać wydatki w seminarium najmłodszego syna, po czym również wstąpi do zakonu.

Słowa matki były dla Rajmunda wstrząsem. Rodzice rozłączają się, wyrzekają się wszystkich radości wspólnego życia, chcą prowadzić życie poświęcone Bogu, a on, który przez lata uczy się, aby jako zakonnik i kapłan oddać się na zupełną służbę Bogu, ma jakieś wątpliwości. Wszystkie wahania młodego Rajmunda prysły. W oczach jego urósł szczególnie ojciec, bo o matce wiedział, że marzyła o życiu Bogu całkowicie oddanym. Zawstydził się młodzieniec swej

słabości duchowej. Matce o niej nie wspomniał. Gdy go prowincjał wezwał, by stwierdzić, czy chce zostać w zakonie, młody kandydat poprosił gorąco o tę łaskę.

Juliusz niedługo pracował w fabryce. Doszedł do wniosku, że lepiej będzie, gdy wstąpi do zakonu na brata w sile wieku. Przybył do franciszkanów we Lwowie, przedstawił swoją prośbę i poprosił, aby mu wyznaczono jakąś pracę w klasztorze, by mógł się utwierdzić w swoim zamiarze.

Staje mi przed oczyma, jak we wrześniu pracował w ogrodzie klasztornym. Obserwowałem go z drugiego piętra, jak zrywał owoce do małego worka przywiązanego do tyczki. Zobaczył mnie. Uśmiechnął się życzliwie i wyciągnął do mnie drążek z workiem i paroma w nim gruszkami mówiąc: "Skosztuj, bracie, jakie smaczne".

Ponieważ w tym klasztorze było dwóch jego synów w nowicjacie, a trzeci w internacie, przełożonym wydało się, że lepiej będzie przenieść ojca na inną placówkę zakonną. Wysłano go do Czyszek odległych kilkanaście kilometrów, aby tam pomagał gospodarzowi br. Rochowi.

Kolbe jako majster fabryczny przyzwyczajony do porządku i organizacji poddawał bratu różne pomysły zmierzające do usprawnienia gospodarki. Proponował na przykład nadać nazwę każdej krowie, a było ich ponad 200, wypisać kronikę jej życia, co ułatwiałoby w różnych przypadkach szybką orientację, o którą sztukę chodzi i jakie posiada zalety: ile daje mleka, czy ją sprzedać, czy chować na matkę. Staremu br. Rochowi nie podobały się te i inne nowinki. Po paru

miesiącach Kolbe widząc różnicę w poglądach na prowadzenie gospodarstwa, chcąc uniknąć niepotrzebnych tarć, opuścił Czyszki. Do fabryki już nie wrócił. Zatrzymał się w Częstochowie i założył sklepik z dewocjonaliami i książkami religijnymi. Sklepik prowadził tylko nieco ponad rok, bo w sierpniu 1914 roku wybuchła pierwsza wojna światowa.

Kolbe, chociaż nigdy nie służył w wojsku i liczył już 44 lata, przejęty miłością Ojczyzny i przekonany, że teraz nadszedł czas działania, zgłosił się do legionów Piłsudskiego.

Wkrótce oficerowie widząc jego obrotność oraz wiedząc, że jako poddany carski lepiej orientuje się w terenie i zna stosunki panujące w Królestwie, polecili mu dość trudne zadanie: przydzielili mu kilkunastu młodych ochotników i wysłali go na zwiady dla rozpoznania okolic Miechowa, gdzie znajdowali się Moskale. Oddział nie mający najmniejszego doświadczenia wojennego szybko został wykryty i otoczony przez kozaków. Wszystkich wzięto do niewoli. Kolbego jako dowódcę i poddanego carskiego oskarżono o zdradę i skazano na stracenie. Rodzina o śmierci męża i ojca dowiedziała się dopiero po skończeniu wojny, czyli po 4 latach.

Dobroć, ruchliwość, optymizm, zdolność do wielkich poświęceń, umiłowanie ideałów, niezrażanie się i nieustanna walka z przeciwnościami, głęboka religijność cechowały Juliusza Kolbego i bł. Maksymiliana. Obaj oddali życie za obrany ideał. Zalety ojca były cząstką kapitału, którą odziedziczył syn. Błogosławiony syn pomnożył modlitwą i usilną pracą otrzymaną cząstkę. Łaska Boża dopełniła dzieła. Pod opieką i kierowniczą ręką Niepokalanej wyrosła świętość.