Oddał swoje życie w obronie Ojczyzny

Jeszcze dzisiaj żyje społeczeństwo polskie wspomnieniami tragicznych chwil Powstania Warszawskiego. Większość powstańców była w sile wieku, a jednak nie zawahali się oddać swojego życia za najświętszą sprawę. Między walczącymi o wolność był Marian Paweł Skórzewski, syn wielkopolskiej ziemi.

Przyszedł na świat w Rososzycy w 1911 roku w majątku rodzinnym Skórzewskich, pielęgnujących stare rodowe tradycje, religijne i rycerskie. Śladami tymi szli jego rodzice, ojciec Piotr i matka Teresa z Czarneckich. Wszczepiali w serca i umysły swej czwórki (trzy córki i jeden syn) ukochanie Boga, miłość Ojczyzny i wierność ideałom narodowym. Na chrzcie świętym otrzymał chłopiec imiona: Marian, Paweł, Piotr i Jan, a na bierzmowanie wziął sobie za patrona św. Stanisława Kostkę. Odtąd Matka Boża i Patron młodzieży polskiej mieli towarzyszyć jego życiowej drodze, nie zawsze łatwej i wymagającej przyjęcia różnych doświadczeń.

Studia gimnazjalne rozpoczął Maryś w domu rodzinnym, a egzaminy zdawał w Ostrowie Wlkp., zawsze z dobrym wynikiem. Z nauką nie miał trudności, bo był zdolny i sumienny. Jeden z nauczycieli odznaczał się gwałtownym usposobieniem. [247]Przypadkowo wyszło na jaw, że kiedy chłopiec czegoś nie umiał, czy nie mógł zrozumieć - czynnie go znieważał. Maryś znosił w milczeniu to niesłuszne traktowanie, czym dał dowód wielkiego opanowania.

Minęły lata dziecięce i Marian wyrósł na dzielnego chłopca o zrównoważonym, miłym charakterze. Był zawsze opanowany, oszczędny w słowach, uprzejmy i delikatny. Można było na nim polegać, że każdą powierzoną sobie sprawę szczęśliwie doprowadzi do końca. A przy tym był naturalny i prosty, bez cienia czułej dewocji. Jego pobożność tak ewangeliczna udzielała się otoczeniu.

Tymczasem nadeszły dla rodziny chwile doświadczeń. Jedną z pierwszych było opuszczenie na zawsze Rososzycy. Ojciec Mariana ze względów gospodarskich chciał kupić posiadłość pod Grodziskiem Wlkp. Niestety nastąpiły różne powikłania i projekt ten nigdy nie doszedł do skutku. Ale Opatrzność Boża posłużyła się tym ku większemu dobru młodego pokolenia. Na razie cała rodzina przebywała w gościnie u krewnych, a potem przeniosła się na pewien czas do Francji i zamieszkała w Nicei nad brzegiem Morza Śródziemnego.

Od wczesnych lat myślał Marian o kapłaństwie. Na przeszkodzie stanęła mu jednak choroba, której się nabawił wskutek nieszczęśliwego wypadku w czasie przejażdżki łodzią po jeziorze. Musiał więc przerwać naukę, a po operacji nerki wyjechał na dłuższy czas na leczenie. Gdy odzyskał na tyle siły, że mógł się zabrać do studiów, oddał się im całym sercem, pracując z zapałem i wykazując przy tym nieprzeciętne zalety charakteru. Subtelna jego dusza wchłaniała to, co piękne i dobre. Marian był bezpośredni i koleżeński, toteż miał dodatni wpływ na swych towarzyszy. Będąc w Zakopanem pisał w jednym liście: "Choć w gimnazjum spotkać się można z różnymi charakterami - ja jednak chcę naśladować tylko wzorowych uczniów".

Późniejszy pobyt w Nicei był ważnym okresem w życiu Mariana Pawła. Mimo to, że był wątłym i słabego zdrowia, przebijała z jego sposobu bycia jakaś wewnętrzna tężyzna ducha. Życie wewnętrzne tego gorliwego czciciela Maryi rozwijało się pod opieką Niebieskiej Matki. Ona czyniła go uległym na wezwanie łaski i prowadziła do swego Boskiego Syna. Do Komunii św. starał się przystępować co dzień, uczestnicząc w Najśw. Ofierze, a poza tym dużo wolnego czasu poświęcił modlitwie i czytaniu duchownemu.

Pewien gorliwy kapłan, ks. Rosso, polubił młodzieńca, który mu się zwierzał ze swych wewnętrznych przeżyć i nazywał go "miłym świętym Janem". Pewnego dnia ofiarował mu cenną książeczkę Tajemnicę Maryi (św. Ludwika Grigniona de Montfort) i w niedługim czasie, przez złożenie Aktu całkowitego oddania się Maryi w niewolę, stał się Marian Paweł nieodwołalnie własnością Królowej Nieba.

Nie mogąc spełnić gorącego pragnienia zostania kapłanem, prosi o przyjęcie do III zakonu św. Franciszka z Asyżu. Tercjarz - brat Franciszek składając profesję tercjarską, poczytuje to sobie za wielką łaskę, a ponieważ na mocy Chrztu św. ma udział w "Królewskim Kapłaństwie", włącza się do akcji o charakterze apostolskim, odwiedzając starsze i chore osoby.

Rodzice, współczując synowi, którego zdrowie wciąż niedomagało, postanowili posłać go do Lourdes celem uzyskania cudownego uzdrowienia. Jak przeżył Marian te chwile łaski, można sądzić z jego wypowiedzi: "Najchętniej przepędziłbym resztę mego życia w Grocie Massabielskiej". Matka Najświętsza nie przywróciła mu zdrowia, ale niewątpliwie przelała w jego duszę nowe dary Boże. W pokorze poddał się zamiarom Opatrzności Bożej i przyjął drogę krzyża, po której miał dalej kroczyć z właściwą sobie odwagą.

Zanim zdecydowano się na powrót do kraju, Marian wziął udział w rekolekcjach zamkniętych dla młodzieży męskiej, które prowadził ojciec Guyonnet, jezuita. Mając zamiłowanie do systematycznego ujmowania praktyk religijnych, skreślił sobie cały program pracy wewnętrznej w powziętych "postanowieniach". Pierwsze z nich brzmi: "Muszę zostać świętym - chcę nim być za wszelką cenę". Był wierny tym postanowieniom, jak również trzymał się ustalonego już przedtem regulaminu dnia.

Wybuch drugiej wojny światowej zastał rodzinę Skórzewskich na ziemi ojczystej. Marian podzielił los swych współkolegów, został aresztowany i wywieziony do Rzeszy, przeznaczony do pracy w fabryce. Zwolniony z niej, udał się do Warszawy, gdzie spotkał się z rodzicami. Cały też czas pobytu w tym mieście poświęcił na pracę społeczną i charytatywną. Cechował go duży ascetyzm i miłość bliźniego. Niektóre osoby, bliżej z nim zaprzyjaźnione, dały o nim cenne relacje.

Tutaj, w 1942 r., stracił Marian Paweł ukochaną matkę, która za udział w akcji dobroczynnej została aresztowana i zmarła w szpitalu więziennym na Pawiaku. Pozostał pod jego opieką tylko ojciec, przygnębiony ostatnimi bolesnymi przeżyciami. I jego również zabrał Bóg z tej ziemi. Gdy bowiem wyszedł na balkon, spadł niespodziewanie pocisk nieprzyjacielski i zranił go ciężko w nogi. Rany okazały się śmiertelne...

Jak przyjął Marian swoje osierocenie? Zapewne z tym nastawieniem Bożym, że wszystkim kieruje Opatrzność i trzeba jej całkowicie zaufać. Może nawet ten ostatni krzyż na ziemi wzmocnił jego odwagę, by złożyć życie w ofierze dla uzyskania upragnionej wolności.

[248]

Tymczasem Warszawa przygotowywała powstanie. Miało ono być zbrojnym protestem przeciwko przemocy wroga, zespolonym wysiłkiem w celu przywrócenia niepodległości Ojczyźnie. Marian Paweł pod pseudonimem "Drogosław" (herb rodzinny) zostaje żołnierzem Armii Krajowej i jako kapral podchorąży gotuje się do walki z bronią w ręku w szeregach 3 kompanii Harcerskiego Batalionu "Wigry".

Ostatnie chwile życia żołnierskiego Mariana "Drogosława", o którym chlubne świadectwo wydali jego koledzy-żołnierze i oficerowie, że był człowiekiem skromnym, odważnym i o wielkich zaletach charakteru, opisuje naoczny świadek jego bohaterskiej śmierci p. Zofia Świercz, ps. "Marta":

"Jako sanitariuszka w ba[tali]onie «Wigry» - podczas Powstania Warszawskiego 1944 r. - przeżyłam wszystko to, co w tych okropnych dniach przeżyć nam sądzone. Przeszliśmy piekło Starego Miasta, kanały i walkę powstańczą... Rano 8 września przyszedł rozkaz dostania się na barykadę od ul. Czackiego, gdzie były nasze placówki, by wesprzeć kolegów, którym groziło odcięcie i wybicie ich przez Niemców... Ochotników do tej walki nie brakowało, ale wybrano statecznych, rozsądnych i wyborowych strzelców: było ich sześciu. Jako dowódca tej grupy został wyznaczony podchor. «Wolny» (Tadeusz Olejarski). W tej grupie był też kapr. podchor. «Drogosław» (Marian Skórzewski). Mnie przypadło w udziale odprowadzić ich do bezpiecznej ostatniej barykady; dalej musieli iść gęsiego, ponieważ odcinek między ul. Mazowiecką a ul. Czackiego od ul. Świętokrzyskiej był bardzo ostrzeliwany przez nieprzyjaciela.

Żegnając ich podarowałam im to, co w tamtych czasach miałam najdroższego: była to miniaturka Matki Bożej na małej agrafce. Przypięłam ją «Drogosławowi», ponieważ uważałam, że jest najbardziej godnym tego, życząc im zdrowego powrotu. Modliłam się o szczęśliwy ich powrót, lecz niestety z tej wyprawy już nie powrócili...".

A. S.

I tak doszedł Marian Paweł w wieku 33 lat do kresu swego życia ziemskiego. Bóg upomniał się o jego duszę, chciał nagrodzić wieńcem chwały wierność w wypełnieniu zleconego mu zadania.


Ponieważ napływają podziękowania za łaski otrzymane za pośrednictwem Mariana Pawła Skórzewskiego, sprawa "Drogosława" została 25 marca [1984] r. oddana do Postulacji w Warszawie. Tam należy się zwracać w razie otrzymania łask za Jego przyczyną. Adres wicepostulatora: Ks. prałat Stefan Kośnik, ul. Nowogrodzka 51, 00-695 Warszawa.

[s. 248]

Grafika do art. Oddał swoje życie...

[s. 246: Marian Paweł Skórzewski.]