Od czego się zaczęło?

Była zima. W kościele parafialnym odbywały się rekolekcje wielkanocne. Wybrałam się na nie, bo i przecież trzeba było się wyspowiadać. Czy robiłam to z przekonania? Może w pewnym sensie tak, bo Bóg nie był mi obojętny, choć nigdy tak naprawdę nie wnikałam w tajniki wiary. W tym chodzeniu do kościoła było po prostu trochę spontaniczności - inni idą, to i mnie też wypada.

Rekolekcje głosił wtedy jakiś zakonnik. Zapamiętałam jedynie to, że mówił coś o powołaniu, zaznaczył też, że do zakonu mogą iść dziewczęta już po ósmej klasie. Uśmiechnęłam się na te słowa, bo przede mną była niewiadoma - jaką szkołę wybrać... A może bym poszła do zakonu? Jakże szybko zapomniałam o tych moich pierwszych myślach.

Wybrałam oczywiście szkołę. Z nauką było dość dobrze, jak zwykle na początku, dużo chęci i zapału, trochę gorzej było z życiem. Wprawdzie już wtedy uchodziłam za taką, która łatwo przyzwyczaja się do nowego miejsca, ale nie powiem, żebym się czuła tam tak wspaniale. Drugi rok zaczęłam bardziej ciekawie, bo gdzieś po miesiącu nauki przyszła do mnie koleżanka i mówi mi, że jest w pierwszej klasie taki chłopak, który chce mnie poznać, bo na terenie parafii działa grupa oazowa. Zdziwiłam się trochę, bo ani nie byłam, taka pobożna, ani też nie miałam ochoty w coś się "wplątywać". Zapisałam się jednak do tej grupy. Prowadzący ją ksiądz zaproponował mi, bym pojechała z innymi dziewczętami na kilkudniowe rekolekcje. To miało być przed świętami, a więc kosztem dni wolnych od nauki. Spędzałam je zawsze w domu. Szkoda mi było trochę rodziców, ale to nie tylko to - po prostu jeszcze nie czułam takiej potrzeby. Odkąd zaczęłam bywać na spotkaniach, częściej zaglądałam do kościoła, by podziękować Bogu za dobry dzień, a nawet niekiedy za złe oceny. Interesując się więcej grupą zorganizowaliśmy z animatorkami rekolekcje[210]dla dziewcząt. Tu po raz pierwszy spotkałam się z siostrami urszulankami.

Przyszło lato, no i oczywiście wakacje. Pojechałam na dwa tygodnie rekolekcji. Czułam się jak w bajce, wspaniale wypoczywałam od internackiej "łaciny" od niecenzuralnych słów, od kłótni. Tutaj też po raz pierwszy odezwało się we mnie głośniej powołanie. Zwiedzałyśmy przyległy do klasztoru zakład dla dzieci upośledzonych prowadzony przez siostry. Wchodząc na salę bałam się tych dzieci, które przecież nic zrobić mi nie mogły. Bo cóż może zrobić mała dziewczynka, która nie ma oczu? Była zawadą dla matki, więc usunęła ją do komórki. Co zrobi dziecko zagłodzone, które dożywia się kilkoma łyżeczkami syropu; dzieci porzucone przez rodziców, nie reagujące na żadne bodźce zewnętrzne, wskutek niedorozwoju różnego rodzaju. Pomyślałam, że chciałabym być kimś bliskim dla takich dzieci. Odpowiedź nasuwała się sama. Przecież to nie jest trudna sprawa, wszystkie zakony są otwarte, tam zrealizujesz to swoje powołanie najlepiej. Z tą myślą przyjechałam do domu. W pamięci na długo zostały mi twarze tamtych dzieci.

Zaczęła się walka z myślami: iść do pracy do zakładu prowadzonego przez świeckich, czy iść do zakonu? Miałam wielką ochotę zabrać papiery i iść do klasztoru, ale wiedziałam, że rodzice nie pozwolą mi przerwać szkoły. Przyszły kolejne rekolekcje - na nowo zaczęłam szukać swego miejsca w świecie, bo już od pewnego czasu zaczynała stygnąć we mnie pewność, że moje miejsce to klasztor. Owszem - to wszystko - cała moja praca animatorki, rekolekcje bardzo zbliżają mnie do Boga, ale przecież można żyć i kochać Go mając dom, rodzinę... Zaczynam teraz powoli, ale skutecznie "wkręcać się" w życie młodzieży. Stworzyliśmy "paczkę" - uchodziliśmy za najlepszych uczniów i najgorszych "rozrabiaków". Byłam zawsze z nimi. Chciałam zapomnieć o swoich dawnych zamiarach. Doskonale wiedzieli, że nie będę piła ani paliła, że nie pozwolę kląć tam, gdzie ja jestem. Ciągnęli mnie jednak z sobą, chociaż wiedzieli, że zamiast "łacińskiego" słówka muszą powiedzieć "przepraszam", ale to było dla nich śmieszne, dla mnie przyjemne, a dla nas wszystkich wesołe. Coraz częściej bywałam na dyskotekach, prywatkach... przy tym zapominałam o swoich myślach. Przychodziły jednak refleksje, wyrzuty i stwierdzenie, że na próżno się trudzę oszukując siebie i to dość nieporadnie, niezręcznie. Byłam jednak uparta, "trzymałam z paczką", choć ja i oni doskonale wiedzieli, że nie przejdę na ich styl życia. Po egzaminach maturalnych zrobiliśmy biwak. Późna noc, roześmiane twarze i to pytanie: "Panie Boże, co ja tu robię?" Ta myśl o powołaniu wróciła, choć była dość skutecznie zagłuszana. Tym biwakiem skończyła się moja kariera szkolna, a ja byłam pewna, że pójdę do zakonu. Nie spieszyłam się jednak z podjęciem ostatecznej decyzji. Były wakacje, szkołę miałam za sobą, następnej nie załatwiałam, bo nie wiedziałam, co mam robić. Rozmawiałam o tym wszystkim z mamuśką. Było jej bardzo ciężko powiedzieć tak, ale nie była w stanie powiedzieć nie. Kiedy powiedziałam tatusiowi, zaczął śmiać się ze mnie, bo nie wyobrażał sobie mnie jako siostry zakonnej. Do klasztoru idą tylko ludzie poważni. Decyzja więc należała do mnie. Zastanawiałam się tylko nad wyborem zgromadzenia. Przypadkowo spotkałam się z siostrą zakonną, która podała mi informacje o różnych zgromadzeniach; powiedziała mi też o służebniczkach. Pociągnęła mnie jej prostota. Po tej rozmowie mogłam sama zadecydować. Zapytałam tylko o służebniczki, gdzie mogę się zgłosić... Teraz już wiem, gdzie jest moje miejsce.

Przyjechałam po trzech miesiącach do Dębicy. Prośba o przyjęcie... Wróciłam do domu, powoli się pakuję, rozstaję się ze swoim dotychczasowym życiem. Czuję się inna i jakby lepsza od tego wszystkiego, co po sobie zostawiłam.

Z ufnością idę na nowe drogi licząc tylko na Pana.

Grafika do art. Od czego...

[Rys. s. 209: Przebite stopy Jezusa i Matka Boża.]