Listopadowe popołudnia nigdy nie zachęcały do spacerów, a jeszcze zimny, porywisty wiatr rzucający w oczy drobne, siekące krople deszczu stwarzał tego dnia dodatkowe nieprzyjemności. Szedłem szybkim krokiem po prawie wyludnionej ulicy. W ubiegłym tygodniu umówiłem się z kolegą na brydża, a w takim przypadku nawalać nie wolno.
W progu mieszkania powitał mnie Jurek z nietęgą miną. Jego żona również wydawała mi się być nieswoja, co podkreślały ciemne obwódki pod jej oczyma. Można było się domyśleć, że to dotychczas wspaniale małżeństwo przechodzi jakiś kryzys. Gdy już zdjąłem płaszcz, Jurek poinformował, że czwartego do brydża nie będzie.
- Dzwonił do mnie Felek mówiąc o pilnym wyjeździe służbowym do Torunia.
Zły byłem w tym momencie na Jurka, że nie powiadomił mnie o tym wcześniej, wówczas nie potrzebowałbym wytykać nosa na tak nieprzyjemną aurę.
Wyczytał z mojej miny, że nie jestem zadowolony z takiego obrotu sprawy i pragnąc uniknąć wymówek udał się do kuchni, gdzie Magda przygotowywała kawę. Po chwili siedzieliśmy w głębokich, klubowych fotelach przy dymiącej, aromatycznej kawie.
- Czyście się posprzeczali, że wyglądacie oboje jak z krzyża zdjęci? - spytałem, pragnąc rozładować dosyć napiętą atmosferę.
- Właśnie na ten temat chcieliśmy z tobą porozmawiać - zaczął Jurek - dlatego też nie uprzedziliśmy cię, iż nie będzie Felka.
Magda niespokojnie poruszyła się w fotelu, twarz zrobiła się czerwona.
- No to proszę, mów, o co wam poszło?
Wyręczyła go Magda.
- Wiesz Romku, że mamy już dwoje dzieci. Nasze warunki mieszkaniowe jak również materialne nie są najlepsze, a ja tutaj po tylu latach zaszłam w ciążę. Powiedziałam o tym Jurkowi dopiero dwa dni temu. Do tego czasu łudziłam się, że może się jeszcze wszystko wyjaśni, ale teraz jestem już po badaniach lekarskich i wiem, że będziemy mieć dziecko - zamilkła.
- Ja radzę, by je zepsuła - mówił Jurek. - No po prostu nie wyobrażam sobie, byśmy teraz po kilkunastu latach mieli wychowywać jeszcze dziecko - wytarł ręce w chusteczkę, pociły się. - Nie mogę pomyśleć o wrzasku, pieluchach...
Milczałem. Kilka lat temu stałem przed tym samym problemem. Miało to być już czwarte dziecko w mojej rodzinie i to w czasie, gdy byłem na ostatnim roku studiów magisterskich. Wówczas gorąca modlitwa do Matki Najświętszej pozwoliła nam podjąć jedynie słuszną decyzję. Dzisiaj Jarek jest naszą ogromną radością i pociechą.
- I co? Mam rację czy nie? - niecierpliwił się kolega.
- I tak i nie - zacząłem ostrożnie - z twego egoistyczno-subiektywnego punktu widzenia masz ją na pewno. Tylko że również należysz do wielkiej rodziny chrześcijańskiej i tu zaczyna się pierwszy konflikt. Konflikt sumienia.
- Co mi tu prawisz morały! Znam tylu ludzi klęczących przy ołtarzach, którzy nie raz dokonywali tego zabiegu.
- Znam i ja również takich, lecz czy możesz powiedzieć o nich, że są to ludzie szczęśliwi? Poczekaj - wstrzymałem jego replikę - daj mi skończyć. Podałem dopiero pierwszy powód, dla którego uważam, że przerwanie byłoby niewłaściwe. Drugim powodem to Magda. Sama nie ustosunkowała się do twej teorii, lecz wiemy o tym dobrze, że taki zabieg może być nie tylko szkodliwy dla jej zdrowia fizycznego, lecz również psychicznego.
- Romek, ja naprawdę nie wiem, co zrobić, ale przyznam się, że i mnie również przeraża następne dziecko - rozpoczęła [155]wolno z przerwami. - Mamy już życie ustabilizowane... Sami zresztą jesteśmy nie najmłodsi. Dzieci nasze w obecnych warunkach mają możność nauki, wypoczynku... ale czy, gdy przyjdzie na świat takie maleństwo, wymagające ciągłej opieki, nie będzie to również z krzywdą dla Doroty i Marka.
- A spytaliście się ich o to? Dorota jest już na tyle dojrzałą, że możecie porozmawiać z nią również i spytać, co ona o tym myśli.
- To przecież jeszcze dziecko, jak ją wtajemniczać w takie sprawy - wtrącił się zagniewanym głosem pan domu.
Zamyśliłem się na chwilę. Jaki mam podać argument, który mógłby trafić do ich serca? Kawa już przystygła i nie miała tego smaku, gdyśmy siadali do tej rozmowy. Wypiłem potężny haust i rozpocząłem.
- Słuchajcie, moi kochani, na jedno jednak chyba się wszyscy zgadzamy, a mianowicie, że to poczęte nasze dziecko jest człowiekiem. Obojętnie, co będziemy sobie dalej mówić, to jest prawdą obiektywną...
- Ee, co to za człowiek! Toż to embrion.
- Wobec tego, kiedy ten embrion zaczyna być człowiekiem? Czy w drugim dniu, drugim miesiącu, a może w siódmym? A może staje się człowiel9-em dopiero po urodzeniu? - nalegałem pytaniem.
- No... nie wiem. Wydaje mi się, że od samego poczęcia mam pod sercem dziecko, a nie embrion - uratowała mnie Magda.
- I mnie się również tak wydaje - ciągnąłem dalej. - Jeżeli zgadzamy się, że to, co Magda ma w swym łonie, jest człowiekiem, to jego wyrzucenie, pokrajanie, wyrwanie czy - jak zastąpimy to gładkie określenie - "usunięcie ciąży", jest zwykłym morderstwem.
- Romku stawiasz sprawę zbyt drastycznie - żachnął się Jurek.
- Nie wiem czy drastycznie, czy może po prostu nazywam pewne rzeczy po imieniu, ale idźmy dalej. Rozumiem, że każdy z nas, mężczyzn, w pewnych okolicznościach jest nie tylko zdolny, lecz zmuszony do zabijania. Dzieje się to w określonych warunkach, np. w czasie wojny, w obronie najbliższych, lecz nie wiem, Jurku, czy nawet w takich drastycznych okolicznościach, gdyby twój syn znalazł się po drugiej stronie barykady i stanęlibyście naprzeciw siebie jako ideologiczni, polityczni wrogowie - czy byłbyś w stanie wpakować mu kulę w łeb?
- Słuchaj... wydaje mi się, że oderwałeś się od tematu. Magda, zrób po jeszcze jednej kawie.
- Zaraz zrobię, ale pozwól Romanowi dokończyć zaczętą myśl.
- Jurku, nie odpowiedziałeś mi na zadane pytanie. Czy w podanym przeze mnie przypadku strzelałbyś do Marka?
- Zwariowałeś... zresztą nie wiem... nigdy się nad czymś takim nie zastanawiałem. - Mówił początkowo ze złością, później z większym namysłem.
- Pomyśl wobec tego kiedyś o tym... Ale idźmy dalej. Tu w podanym przypadku stoisz naprzeciw dorosłego mężczyzny, w jakimś sensie twego wroga, który również trzyma broń w ręku i może zrobić z niej użytek. Wróćmy teraz do tego syna jeszcze nie narodzonego. Masz przed sobą zupełnie kogoś innego, gdyż staje przed tobą istota zupełnie bezbronna. Również krew z twojej krwi, która nie posiada karabinu, nie może nawet krzyknąć: "Ojcze", "Mamo"... a ty z zimną krwią rozrywasz ją na kawałki, choć jeszcze nie była w stanie zrobić tobie najmniejszej krzywdy...
- Dosyć! Przestań!... Niepotrzebnie zwierzyliśmy się tobie.
Magda wolnym krokiem udała się do kuchni. Widziałem łzy w jej oczach. Długo coś parzyła tę drugą kawę, a myśmy milczeli. Czułem, że Jurek teraz dopiero przetrawia słowa, które niedawno usłyszał. Po chwili przerwałem tę ciszę.
- Może masz rację, Jurku, że trochę z tym wszystkim przesadziłem, tylko naprawdę nie wiem, w którym momencie: Może ty mi to powiesz?
- Stary, i ty chyba również nie zawsze postępujesz zgodnie z etyką. I ty masz czasem chwilę słabości...
- Może właśnie dlatego taki a nie inny obraz wam przedstawiłem, może sam miałem chwilę upadku i nie chciałbym, by komukolwiek takie chwile się zdarzały... nie wiem. Na pewno nie jestem święty.
Po chwili poderwał nas dzwonek - do drzwi. W progu stanęło rodzeństwo wracające z zawodów sportowych. Oboje roześmiani, pełni ekspresji opowiadali o meczu. Widziałem, jak Jurek z boku spogląda na syna. Do rozpoczętego tematu już nie wracaliśmy.
Tak jakoś się składało w następnych miesiącach, że nasze kontakty ochłodły.
Widywaliśmy się bardzo rzadko, a poruszony tamtego wieczoru temat był jakimś tabu, do którego nigdy nie wróciliśmy. Pewnego popołudnia dzwoni do mnie Jurek, informując, że urodził mu się drugi syn. Prosi mnie na ojca chrzestnego.
Po uroczystościach kościelnych, gdyśmy wychodzili z dzieckiem na ręku z Domu Bożego, Jurek ścisnął mi rękę szepcząc:
- Dziękuję ci za niego. To ty jesteś jego prawdziwym ojcem.
Uśmiechnąłem się, było mi naprawdę cudownie na sercu.
