W styczniu [1985] r. minęła siedemdziesiąta rocznica urodzin Tomasza Mertona, jednego z najgłębszych współczesnych pisarzy katolickich. Urodził się w 1915 roku we Francji z ojca anglikanina i matki kwakierki, raczej obojętnych religijnie. Matka umarła, gdy Tomasz miał 6 lat. Ojciec przekazał mu podstawowe zasady religijne, co jednak nie uczyniło z niego świadomego i przekonanego chrześcijanina. W czasie studiów był raczej poszukujący niż wierzący. Pisze o tym w książce Siedmiopiętrowa góra. Szukał w filozofii sensu życia. Wiele dały mu książki E. Gilsona Duch filozofii średniowiecznej, Wyznania św. Augustyna, O naśladowaniu Chrystusa Tomasza à Kempis oraz pisma św. Bonawentury i św. Tomasza z Akwinu. Powoli rehabilitował w sobie pojęcie Boga i odbywał trudną pielgrzymkę do wiary. 16 listopada 1938 roku przyjął chrzest w Kościele katolickim. W 1941 roku wstąpił do nowicjatu surowego zakonu trapistów w Kenkucky w USA. W 1949 roku przyjął święcenia kapłańskie. 10 grudnia 1968 roku zmarł nagle, rażony prądem elektrycznym na skutek wadliwej izolacji wentylatora. Miał 53 lata.
W 1983 roku ukazała się polska edycja jego książki The Ascent to Truth z polskim tytułem Wspinaczka ku prawdzie. Jeden rozdział rozważa problem niewiary. Czyta się te strony z wyjątkowym zainteresowaniem. Należy się im szczególna uwaga i zaufanie, pisze je bowiem człowiek, który sam otarł się o tajemnicę niewiary i poznał jej gorzki smak.
Racjonalizm, na który powołują się odchodzący dzisiaj od wiary, jest - zdaniem Mertona raczej pseudoracjonalizmem i kryje w sobie wyraźne niekonsekwencje. Odrzuca się bowiem wiarę w Boga i Jego słowo, a równocześnie wierzy się innemu człowiekowi. Żaden człowiek nie potrafi żyć bez jakiegoś rodzaju wiary, która w najszerszym znaczeniu jest przyjęciem prawdy zaświadczonej przez kogoś innego. Sednem każdej wiary jest podporządkowanie naszych sądów autorytetowi kogoś innego i przyjęcie na słowo prawdy, która w istocie nie jest oczywista dla naszego pojmowania. Wiara ludzka lub "naturalna" to przyjęcie prawd w oparciu o autorytet ludzki. Wiara "nadprzyrodzona" to wiara w prawdy objawione przez Boga, zaświadczona przez Niego na mocy Jego autorytetu.
Wielki paradoks wiary w naszych czasach: na świecie żyj ą miliony ludzi, dla których jest rzeczą niemożliwą uwierzyć w Boga; z drugiej strony ci sami ludzie ślepo podporządkowują swą ludzką wiarę każdemu, kto ma dostęp do prasy, kamery czy mikrofonu.
Ludzie uważają za absurd to, że Kościół miałby być zdolny pod przewodnictwem i opieką Ducha Świętego do głoszenia nieomylnej nauki odnoszącej się do tego, co Bóg objawił w sprawie doktryny czy moralności, ci sami jednak ludzie będą wierzyć w najfantastyczniejsze wymysły propagandy politycznej, mimo iż nieuczciwość jej stała się już przysłowiowa.
Jeszcze jedna ironia sytuacji polega na tym, że większość ludzi nie ma racjonalnych powodów do niewiary w Boga. Nikt nie ma takich powodów, ponieważ nikt nigdy racjonalnie nie udowodnił, że Bóg nie istnieje. Niestety, są ludzie, którym wydaje się, że znaleźli dowód przeciw słuszności wiary jako takiej. Tu odnajdujemy nowy paradoks, gdy bowiem zaledwie kilku ludzi w wyniku błędnego rozumowania utrzymuje, że wiara w Boga jest nie do przyjęcia, miliony innych ludzi odrzucają wiarę jako niegodną intelektualisty nie na skutek racji rozumowych, ale przez akt ślepej wiary w różne autorytety ludzkie. Zdaniem Mertona jest to dowód na oczywisty kryzys intelektu w naszej cywilizacji. Odrzuca się wiarę w oparciu o wiarę.
Ludzka niewiara posuwa się do swego rodzaju zbrodni. Człowiek odrzuca Słowo Boga przyjmując słowo innego człowieka, nie chce poddać się autorytetowi Boga, podczas gdy poddaje się autorytetowi człowieka.
Wielu ludzi uważa wiarę za doświadczenie całkowicie subiektywne, nieprzekazywalne i niewytłumaczalne, za emocjonalne, a więc poza zasięgiem rozumu. Wiara nie jest dzieckiem rozumu, a jej "posiadanie" mało wpływa na widzenie świata i życie w świecie. Nie jest więc ważniejsze od koloru włosów czy ubrania. Takie fałszywe pojęcie wiary sugeruje, że wiara i rozum nie mogą iść w parze.
Merton jest zdania, że obecnie problem niewiary nie jest problemem braku wiary, lecz irracjonalności. Brak wiary nie jest formalną niewiarą, lecz bezdenną niewiedzą.
Według Tomasza Mertona ludzi niewierzących można podzielić na trzy kategorie. Pierwsza to ateiści, którzy kiedyś wierzyli w Boga, ale potem Go odrzucili. Odrzuciwszy zaś starają się usilnie pozbyć się pojęcia Boga i Objawienia. Skrajny ateizm jest wypaczeniem wiary, gdyż każda strona Bożego Objawienia jest przedmiotem niewiary właśnie dlatego, że ateizm rości sobie pretensje do niemal boskiego autorytetu. Wszystko, co w religii wzywa do miłości Boga, przez to samo wywołuje nienawiść w ateiście. Ateizm w najwyższym stadium swego rozwoju jest religią i to religią pełną fanatyzmu.
Do drugiej kategorii należą ludzie, którzy istnienie Boga i fakt Objawienia przyjęli rozumowo jako przynajmniej wiarygodne, a mimo to są niejako sparaliżowani i "niezdolni uwierzyć".
Trzecia grupa składa się z tych, którzy pozostając formalnie w Kościele i przystępując od czasu do czasu do sakramentów, utracili swą wiarę niemal całkowicie. Dalej nazywają się katolikami, lecz ich wiara nie wyraża się w praktyce życia chrześcijańskiego.
Według Mertona autentyczny problem niewiary ma miejsce w przypadku ludzi należących do drugiej kategorii. Przeżywają oni prawdziwe męczarnie duchowe. Dostrzegają oraz uznają wartość wiary i tęsknią za nią. Szczerze zazdroszczą tym, którzy potrafią wierzyć. Uznają wartość szczęścia ludzi prawdziwie religijnych. Prawdy katolicyzmu uważają za rozsądne, a mimo to nie potrafią uwierzyć.
Tacy ludzie potrzebują najwięcej pomocy. Niestety, często nie dostrzega się ich dramatycznego problemu niewiary. Dzieje się tak dlatego, że jesteśmy tylko apologetami, tam gdzie powinniśmy być apostołami. Nauczono nas karmić ludzi nie Chrystusem, Chlebem Życia, lecz argumentami apologetyki.
Wiara musi być wyznana ustami, by mogła [226]służyć zbawieniu. Niewiara w swej najgłębszej warstwie ma swe źródło nie w akcie poznania, lecz w akcie woli. To samo działanie łaski, które doprowadziło człowieka do wiary, ostrzega go, że przyjęcie wiary będzie od niego wymagać przemiany życia duchowego. Nie tylko powinien zmienić swój pogląd na życie, ale czeka go także walka o uwolnienie się od starych nawyków, które nim kiedyś władały. Wiara to walka. Zdarza się, że osoba, która nie ma problemów z wiarą na poziomie intelektu, jednak nie potrafi uwierzyć, gdyż brak jej odwagi, by zaryzykować duchową rewolucję w samej sobie. Gorąco pragnie wewnętrznego pokoju, ale nie za cenę walki. Tymczasem wiara wymaga aktu woli, który ma kolosalne następstwa. Świadomość konsekwencji paraliżuje i nie pozwala uczynić tego ważnego kroku. Człowiek zdaje sobie sprawę, przynajmniej teoretycznie, że wiara jest wymagającym darem i że zmusi go do złożenia samego siebie w darze Bogu. Wydaje mu się jednak, że to ofiarowanie powinno być poprzedzone jakimś znakiem, przeżyciem duchowym, jakąś stosowną pociechą. Według Mertona to, że ktoś widzi słuszność wiary katolickiej i co pewien czas odczuwa pragnienie przyjęcia jej, oznacza, że już otrzymał wystarczającą łaskę.
Jeśli ktoś nie wie na pewno, czy ma łaskę do przyjęcia wiary, niech przyjmie ją mimo to; wkrótce przekona się, że otrzymał nie tylko wystarczającą miarę łaski, ale nawet jej nadmiar. Niech dokona aktu woli, który wydaje się mu niemożliwy. Gdy go dokona z radością, odkryje, że był możliwy.
Światło wiary otrzymuje się tylko za pośrednictwem woli. Rozum nie odnajdzie drogi, gdyż w tym przypadku jest zdeterminowany przez wolę. Światło otrzymujemy w takim stopniu, w jakim oddajemy się Bogu, Źródłu Światła, coraz więcej i coraz doskonalej.
Nie jest tak, że najpierw widzimy, potem działamy, ale najpierw działamy, potem widzimy. Do zrozumienia dochodzimy przez wolny akt podporządkowania naszych sądów ciemnościom wiary. Trzeba wyruszyć w drogę, zanim ujrzymy wyraźnie.
