O prawdomówności

Często się zastanawiamy, dlaczego tak rzadko ludzie mówią prawdę. Dotyczy to zarówno dzieci i młodzieży, jak i dorosłych. Impulsem do rozmyślań na ten temat są najczęściej, jakże liczne, próby - nierzadko udanego - wprowadzenia nas w błąd. Gdy próbującym nas okłamać jest nasze własne dziecko, za jego kłamstwa winimy przedszkole, szkołę, filmy itp., a nigdy nas samych, jego rodziców. Gdy jest nim dziecko cudze, to obwiniamy jego dom rodzinny, szkołę, towarzystwo, w którym się obraca itp. Gdy kłamcami są osoby dorosłe, to tylko wtedy zarzucamy im tę wadę, gdy nas okłamali; w każdym innym przypadku obdarza się ich mianem "spryciarzy", ludzi "zaradnych" itp. Natomiast o naszych własnych kłamstwach najczęściej wcale nie myślimy lub podchodzimy do nich z dużym pobłażaniem. Jakże obco brzmi ocena prawdomówności przez jednego z naszych wielkich pisarzy, który w usta Zbyszka z Bogdańca wkłada takie oto słowa: "W moim ślubowaniu moja cześć, a nad moją czcią ja sam stróża!" (Krzyżacy).

Spróbujmy odpowiedzieć sobie na pytanie, gdzie leżą przyczyny takiego stanu rzeczy? Przedtem jednak trzeba spróbować znaleźć granicę między prawdą i kłamstwem, która nie zawsze i nie dla wszystkich jest oczywista.

Najbardziej namacalną formą kłamstwa jest informacja niezgodna z istniejącym, faktycznym stanem rzeczy, na przykład, gdy na pytanie ojca skierowane do syna: "Byłeś dziś w szkole?" odpowiada on: "Byłem", gdy tymczasem nie był. Jest ono najłatwiejsze do wykrycia, przeto stosowane przez osoby raczej początkujące. Mniej widoczną formą mówienia nieprawdy jest podawanie tylko jej części, np. gdy na to samo pytanie, syn odpowiada: "Byłem", nie dodając: "ale tylko na pierwszej lekcji". Pozornie powiedział on prawdę, ale faktycznie skłamał. Pytający bowiem miał na myśli, czy pytany był w szkole nie jako w określonym budynku, ale na wszystkich lekcjach, bo taki jest cel jego chodzenia do szkoły. Sformułowane przez ojca pytanie było pewnym skrótem myślowym, z którego sprytnie skorzystał syn, uchylając się od powiedzenia prawdy. Wreszcie z wypaczaniem prawdy mamy także wówczas do czynienia, gdy mówimy całą prawdę, ale łącznie z pewną ilością informacji nieprawdziwych. Ilustracją może być następująca odpowiedź na wyżej sformułowane pytanie: "Byłem, ale tylko na pierwszej lekcji, potem wychowawca nas zwolnił". Sformułowanie takie wyraźnie sugeruje, że zwolniona została cała klasa, tymczasem wychowawca odesłał go z kolegą po rodziców, gdyż od pewnego czasu bardzo opuścili się w nauce.

Z powyższych bardzo prostych przykładów wynika, jak różnorodne są możliwości i formy kłamstwa, czyli braku prawdomówności. Pierwszym nauczycielem kłamstwa dziecka jest jego matka. Jej to bowiem dziecko zadaje mnóstwo pytań już od chwili, gdy zacznie mówić. I choć niektóre z nich są wyraźnie kłopotliwe - np. dlaczego trawa jest zielona, lub dlaczego bocian fruwa, a kura nie fruwa - lepiej jest nic nie odpowiadać lub odpowiedzieć: "Nie wiem", niż udzielać odpowiedzi błędnej. A niestety, taka jest praktyka, stanowiąca z pewnością niezamierzoną, ale skuteczną lekcję kłamstwa, a nie prawdomówności, udzielaną dziecku w okresie jego największej chłonności i wrażliwości. Proceder ten kontynuuje szkoła, gdzie tylko najlepszych nauczycieli stać na odpowiedź: "Nie wiem!" wszędzie tam, gdzie prawidłowa odpowiedź na otrzymane pytanie przekracza ich wiadomości. Na ogół większość pytanych daje odpowiedzi nieprawdziwe, co bez trudu jest odkrywane przez uczniów, a tym bardziej przez studentów. Odpowiedzi te z jednej strony kompromitują nauczycieli w oczach ich podopiecznych, a z drugiej utrwalają tych ostatnich w przekonaniu, że życie bez kłamstwa jest niemożliwe. Zatem powoli, ale stale młody człowiek "nasiąka" kłamstwem, które w coraz większych rozmiarach sam stosuje. Nie ustrzeże się więc przed przekazaniem go swoim dzieciom.

Nie można w tym miejscu nie zadać sobie pytania, czy jest rada - i jeżeli tak, to jaka aby proces ten powstrzymać, a następnie odwrócić? Oczywiście, że jest, bo prawda i kłamstwo muszą ulec przewartościowaniu. Wymaga to jednak konsekwentnego i ścisłego współdziałania trzech następujących instytucji: rodziny, szkoły i Kościoła. Znane mi są przypadki, że konsekwentne działanie tylko jedne[119]go nauczyciela - wychowawcy klasy dla 15-17-letniej młodzieży i to w czasie niemieckiej okupacji - już po paru miesiącach doprowadziło do tego, że uczniowie ci swemu wychowawcy nie kłamali; gdy zaś nie mogli powiedzieć prawdy, nie mówili nic. Po wielu zaś latach stwierdzili, że tak postępowali tylko w stosunku do niego, bo on ich także nigdy nie okłamał; gdy zaś prosili o dyskrecję, to byli jej pewni.

Oto gdzie leży istota rzeczy; aby nie wymagać od swych dzieci, uczniów lub studentów więcej, niż wymaga się od siebie samego. Tak więc można i dziś uzyskać te same rezultaty, ale działanie w tym zakresie należy rozpocząć od siebie samego.

Tak niewiele, a tak dużo!