O. Maksymilian w Zakopanem

Wspomnienia o św. Maksymilianie

Były to lata 1920 i 1921. Pracowałam wówczas w sanatorium akademickim "Bratniej Pomocy" w Zakopanem. W tym czasie przebywał w miejskim szpitalu klimatycznym na kuracji zdrowotnej o. Maksymilian Kolbe. Mieszkał w pewnej odległości od "Bratniaka".

W domu akademickim nie było kapelana, a naczelny dyrektor dr Edward B., ateusz, niechętnie i rzadko zgadzał się na posługi religijne. Zdarzało się często, że wielu gruźlików umierało bez zaopatrzenia sakramentalnego. Zresztą niektórzy akademicy sami bardzo często bagatelizowali sobie sprawę spowiedzi, nie wiedząc nawet, że ich dni, a może nawet i godziny, są policzone!

Toteż w tym prawie półtorarocznym okresie o. Kolbe promieniując duchowo na okolicę, rozwinął bardzo żywą akcję ratowania ginących dusz, zwłaszcza tam, na wzgórzu, tj. w "Bratniaku". Ilekroć go powiadomiłam, zawsze spieszył z pomocą duchową do chorych. I czy to była czarna, głucha noc, a to się zdarzało najczęściej, czy szalały śnieżyce i burze nad Gubałówką i Tatrami, w gorączce nieraz ponad 38 stopni, bez żadnego wierzchniego okrycia, nie ociągając się ani chwili, biegł wprost tam, gdzie dogasało czyjeś młode życie...

Pewnej nocy podczas wielkiej ulewy powiadomiłam o. Maksymiliana Kolbego, żeby szedł do sanatorium, bo czas nagli... Niejaka Krajewska, złożona ciężką niemocą, sama w nic nie wierząca, nie chce nawet słyszeć o spowiedzi, a to tym bardziej, że sam naczelny lekarz pocieszył ją, że żyć będzie! A jest już prawie dogorywająca.

Cóż robi o. Maksymilian? Zrywa się po cichutku z łóżka na ogólnej sali szpitalnej jako jeden z chorych i na palcach, aby nie budzić innych, wysuwa się na korytarz. Podąża po Wiatyk św. do przybocznej kaplicy i spieszy co sił w czasie ulewnego deszczu po błocie pod górę do sanatorium.

Wrócił uszczęśliwiony, bo zaopatrzył Krajewską na drogę wieczności. Dwa dni później penitentka zmarła.

Takich wypadków było daleko więcej! Choćby np. Dubowska z Sieradza, Jankowska, Bittner-Przesiecki - to tylko część tych szczęśliwych ludzi, którzy odeszli do wieczności i tylko dzięki o. Maksymilian[o]wi pojednali się z Bogiem. Także w roku 1921 doprowadził o. Maksymilian pewnego żyda do Chrztu św. i wiary katolickiej.

Przypominam sobie też, że o. Kolbe mimo swego słabego zdrowia i mimo że przebywał sam w szpitalu, spieszył chętnie do "Bratniaka", gdzie urządzał dla kuracjuszów konferencje religijne, odpowiadał na ich zarzuty i trudności. Swoim taktem i podejściem do chorych tak sobie zjednał ich serca, że garnęli się do niego licznie nawet tacy, którzy długi czas stronili od konfesjonału, a odchodzili zadowoleni i uszczęśliwieni. Ich przykład pociągał innych.

Grafika do art. O. Maksymilian w Zakopanem

[Fot. s. 150] Dawny szpital klimatyczny w Zakopanem.