O dotrzymywaniu słowa

Jedną z bolączek dzisiejszego współżycia ludzi jest niedotrzymywanie słowa, danego swemu rozmówcy bez żadnego nacisku i w pełnej świadomości. Sprawa ta przybrała już takie rozmiary, że otrzymując tego rodzaju obietnicę, od początku nie oczekujemy jej spełnienia. Przeciwnie, gdy to się nam czasami zdarzy, jesteśmy tym tak zaskoczeni, że nierzadko nie wiemy, jak się zachować. Posądzamy nawet naszego partnera o to, że się pomylił, lub... że jest chory! Zadowolenie okazujemy już wówczas, gdy partner nasz choćby tylko częściowo dotrzymuje słowa.

Jakże często w odpowiedzi na nasze pytanie czy prośbę, skierowaną do znajomego, słyszymy: "Nie ma sprawy! Masz to z głowy!" - co ma oznaczać, że nasz rozmówca zobowiązuje się załatwić dla nas to, o co go prosiliśmy. Ta nie budząca żadnych wątpliwości obietnica spełnienia naszej prośby w chwili jej przedłożenia ma zazwyczaj jedną z następujących form jej realizacji: 1) nasz rozmówca oczekuje, że mu nigdy nie przypomnimy jego obietnicy, gdyż potraktowaliśmy ją - podobnie jak on sam - wyłącznie jako zwrot retoryczny; 2) zdziwi się, że on coś takiego mógł obiecywać, gdy mu to zostanie przypomniane; 3) wytłumaczy się tzw. trudnościami obiektywnymi, które unicestwiły rzekomo ogromne jego wysiłki zmierzające do dotrzymania danego nam słowa.

Choć tego rodzaju podejście stało się dziś niemal prawidłowością w każdej dziedzinie życia społecznego, nie przestało ono oburzać tych nielicznych spośród nas, którzy swe słowo dane bliźniemu cenią wciąż bardzo wysoko. Ludzie ci, którzy bardzo często pamiętają, że nie zawsze tak było w naszym społeczeństwie - a w wielu innych wciąż tak nie jest - zadają sobie pytanie, gdzie leżą przyczyny takiego stanu rzeczy: w domu rodzinnym? w szkole? w miejscu pracy? czy w stosunkach towarzyskich? Wydaje się, że wszędzie po trochu.

Któż z nas nie widział wiosną w parku mamusi z jej pociechą, stawiającą pierwsze kroki. Dziecko jest ciekawe, więc idzie za swym wzrokiem, ale czujna mamusia woła: "Chodź szybko do mamusi! Chodź, bo cię zostawię!". Dziecko nie reaguje, bo widocznie do tego rodzaju zwrotów retorycznych zdążyło już przywyknąć. Liczyłem kiedyś tego rodzaju obietnice. Było ich trzynaście, po czym mama pobiegła do swej pociechy, bojąc się, że ona ją zostawi i wyjdzie na jezdnię. Tego rodzaju "obietnice" już od kołyski przyzwyczajają młodego człowieka do tego, że ich można nie dotrzymywać. Gdy jednak są one tego rodzaju, że młody partner może stracić na ich niedotrzymaniu, to próbuje je egzekwować, np. przypominając: "Mamusiu, kiedy mi kupisz misia, którego mi obiecałaś?". Gdy mamusia próbuje się tłumaczyć tym lub owym, słyszy w odpowiedzi: "Ale mi obiecałaś!". Za odpowiedzią tą kryje się przekonanie - choć ustawicznie przez otoczenie podważane - że obietnic należy dotrzymywać.

Każdy uczciwy nauczyciel zgodzi się z tezą, że największe wymagania stawiane młodzieży na lekcji czy na egzaminie nie spotykają się z takim oporem i oburzeniem, jak niedotrzymanie jej słowa i włączenia do wymagań partii ma[149]teriału, która miała być zeń wyłączona. A jakże często się to zdarza!

Czy w takiej atmosferze wychowywane(y) dziecko, uczeń, student wyrośnie na pracownika, który będzie dotrzymywał słowa? To znaczy będzie zawsze obecny na swym stanowisku pracy w godzinach, w których być powinien, lub obiecaną petentowi sprawę załatwi na obiecany termin? Raczej nie. Bo teraz on ma "władzę" i może ją w identyczny sposób zadokumentować.

Nie można zaprzeczyć, że różne sprawy przez nas załatwiane zależą nie tylko od nas, ale także od innych. Zmiana jednak zasad postępowania - po usunięciu przyczyn sytuacji obecnej umożliwi dotrzymywanie słowa ludziom w każdym ogniwie współżycia społecznego. Prawdę jest, że działalność każdego z nas zależy również od okoliczności nieprzewidzianych (np. powódź, susza, katastrofa kolejowa itp.), często nazywanych obiektywnymi. Toteż powszechnym zwyczajem się stało, że nasze lenistwo, niedbalstwo, lekceważenie własnego słowa zrzucamy na "czynniki obiektywne". Na przykład tłumaczenie chłopca: "Nie byłem na religii wczoraj, bo piętnaście minut czekałem na tramwaj, a potem już było za późno". "A dlaczego, synku, nie wyszedłeś z domu piętnaście minut wcześniej, licząc się z taką ewentualnością?".

Znam takiego profesora, który - mając dziesięć różnych możliwości dojazdu z domu na uczelnię - na tyle wcześniej wychodzi z mieszkania, jadąc na wykład, aby - gdy każdy ze środków komunikacji zawiedzie - zdążył na czas pieszo. Uważa bowiem, że np. przerwa w dostawie prądu do sieci lub śliska jezdnia to nie "obiektywne trudności", które zwalniają go z dotrzymania słowa danego stu pięćdziesięciu studentom.

I jeszcze jedna sprawa. W sytuacjach, w których my, Polacy - proszeni o załatwienie jakiejś sprawy - stwierdzamy: "Załatwione", to w innych krajach nigdy tak nie reaguję. Tam się zazwyczaj odpowiada: "Spróbuję to załatwić" i sprawę się załatwia. A jeśli szczęśliwiec jakiś usłyszy: "Zrobię wszystko, co w mojej mocy", może być pewny, że tylko kataklizm może temu przeszkodzić.

Innymi słowy: my dużo obiecujemy i bardzo niewiele czynimy; inni daję tylko pewną nadzieję, ale prawie zawsze słowa dotrzymują, spełniając więcej, niż obiecali. Jeśli już od kołyski zaczniemy postępować podobnie, to bez trudu doprowadzimy do tego, że słowa nasze znów będę miały właściwą cenę. O ile łatwiejsze będzie wtedy nasze codzienne życie!


Może i w Tobie dojrzewa powołanie...

11 lutego [1987] r. Ojciec Święty przesłał całemu Ludowi Bożemu orędzie na XXIV Światowy Dzień Modlitwy o Powołania, który przypada w tym roku 10 maja. Przypomniał, że rodzina chrześcijańska jest "pierwszym seminarium", jak ją nazwał Sobór, i zaapelował do rodziców: "Drodzy rodzice chrześcijań[s]cy, jeżeli Pan włączy was w swój plan miłości, powołując waszego syna czy córkę, bądźcie wspaniałomyślni i uważajcie się za wielce zaszczyconych. Powołanie kapłańskie czy zakonne jest szczególnym darem rodziny, a jednocześnie darem dla rodziny". Papież wezwał też katechetów i nauczycieli oraz ruchy, grupy i stowarzyszenia katolickie, by troszczyli się o powołania. Polecił następującą modlitwę o powołania: "Panie Jezu, jak ongiś powołałeś pierwszych uczniów, by uczynić ich rybakami ludzi, tak spraw, by także dziś rozbrzmiewało Twoje słodkie zaproszenie: «Pójdź za Mną!». Daj młodym łaskę, by odpowiedzieli ochotnie na Twój głos. Wspieraj w trudach apostolskich Biskupów, kapłanów i osoby poświęcone. Daj wytrwałość naszym seminarzystom i tym wszystkim, którzy urzeczywistniają ideał życia całkowicie poświęconego Twojej służbie. Obudź w naszych wspólnotach zapał misyjny. Poślij, Panie, robotników na Twoje żniwo i nie dopuść, by ludzkość zatraciła się z braku pasterzy, misjonarzy, osób poświęconych sprawie Ewangelii. Maryjo, Matko Kościoła, wzorze każdego powołania, pomóż nam odpowiedzieć «tak» Panu, który nas woła do współpracy w Boskim planie zbawienia. Amen".

[s. 149]