W marcu [1988] r. przybył z Chin do Rzymu, po 43 latach rozłąki, o. Antoni Chang, franciszkanin, lat 79. Studiował we Włoszech w latach 1931-1937 i tam pracował jako młody kapłan. W czasie wojny odznaczył się ofiarną pomocą, z jaką śpieszył uchodźcom, partyzantom i innym ludziom znajdującym się w niebezpieczeństwie. Skazany na śmierć przez hitlerowców, uniknął rozstrzelania w okolicznościach wprost cudownych.
Opowiedział, jak to przełożeni, na prośbę papieża Piusa XII wyznaczyli go na kapelana jeńców wojennych i internowanych w Isola di Gran Sasso i Tossiccia. Pomagał też innym, gdy prosili go o pokarm, ubranie czy inną pomoc, nie pytając ich, po której - stronie walczyli. Ktoś go wydał, dlatego został wywieziony przez Niemców do L’Aquila, a po trzydniowym procesie skazany na śmierć przez rozstrzelanie. Czekał na wykonanie wyroku miesiąc czasu w więzieniu w Avezzano. Nie pomogła prośba o ułaskawienie ze strony Stolicy Świętej.
Wyrok miał być wykonany 17 stycznia 1944 r. o godz. 8 rano. "17-go rano - opowiada o. Chang - na godzinę przed rozstrzelaniem stałem w celi z kajdanami na rękach, strzeżony przez uzbrojonych żołnierzy niemieckich. Pamiętam, że całą noc padał gęsty śnieg. O godz. 7:30 trzydzieści dwie latające fortece amerykańskie - policzyłem je patrząc przez okno - zbombardowały Avezzano. Jedna z bomb trafia w więzienie, rani i ogłusza strażników, grzebiąc ich pod gruzami mojej celi. I ja zostałem zraniony, ale nie ciężko. Musiałem zemdleć. Kiedy doszedłem do siebie, wstaję i uciekam przez rozwalone mury, z kajdanami na rękach i krwawiącą twarzą".
Uszedł z kilometr i wstąpił do pewnej rodziny włoskiej, gdzie zdjęto mu kajdany i dano ubranie cywilne. Uciekł zaraz w góry. Niemcy szukali go, przetrząsając dom po domu, zaglądając nawet do grot. W końcu doszli do wniosku, że zginął w bombardowaniu i nawet na cmentarzu zrobili mu grób, a na krzyżu wypisali jego imię. "Mogłem odwiedzić ten grób po wojnie - mówi o. Chang - i możecie sobie wyobrazić, jakie wrażenie ma człowiek, gdy odwiedza swój grób. Niewielu został dany taki przywilej". Jakiś czas ukrywał się w Cese, potem w Cappelle dei Marsi za wielką figurą Matki Bożej. Raz ujrzał ciężarówkę z rejestracją watykańską. Przyjechała po kartofle. Schował się wśród kartofli i tak dojechał do Watykanu. Papież polecił, by ukryto go na Lateranie w apartamencie św. Piusa X. Tam doczekał się szczęśliwie końca wojny. Po wojnie wrócił do swej ojczyzny.
Teraz odwiedził Włochy. Otrzymał paszport, gdy na prośbę jego dobrodziejów z L’Aquila, Avezzano i Cese interweniował w tej sprawie rząd włoski. 20 marca [1988] r. zorganizowano przyjęcie na jego cześć w Abruzzach, by mu podziękować za wszystko, co zrobił dla ludności w czasie wojny.
Zapytany o los Kościoła w Chinach, odpowiedział: "Były to czasy trudne dla wszystkich. Wiele i na różne sposoby wycierpiała moja ojczyzna, Chiny, i bardzo wiele my, chrześcijanie. Ale do nikogo nie czujemy nienawiści i nie szukamy zemsty, życzymy dobrze wszystkim. Nie może być inna odpowiedź chrześcijańska. Teraz nadszedł czas, by myśleć o stworzeniu z Chin ziemi błogosławionej przez Boga w pokoju".
Na pytanie, co chciałby powiedzieć chrześcijanom Zachodu, odrzekł: "Bądźcie wierni przyrzeczeniu Chrztu i Kościołowi Piotra. I kochajcie się wzajemnie. Zawsze. Za wszelką cenę. Oto orędzie moje i chrześcijan mojej ojczyzny, Chin".
Według "Il Missionario Francescano", kwiecień 1988 r.

