Jest to opowieść o niezwykłej wędrówce Cudownego Medalika Niepokalanej, o spotkaniu z nim w okolicznościach szczególnych, bo w więzieniu. Wydarzenie to miało miejsce w pierwszych latach po wojnie, w znanym obecnie szerszemu ogółowi więzieniu politycznym na Łubiance w Moskwie.
"Stalinowska epoka" zbierała obfite żniwo, więzienia zapełniały się do granic możliwości...
W tych to osobliwych warunkach spotykali się ludzie przeróżnych ras, wyznań i narodowości, często osoby na bardzo wysokim poziomie etycznym i kulturalnym. Najdziwniejsze zaś było to, że mimo różnic wykształcenia, przekonań i poglądów wśród więźniów politycznych panowała przykładna zgoda. Nie było swarów ni kłótni. Wszystkich łączył wspólny los...
W tej niezwykłej sytuacji, po przejściu przepisowych "formalności", niektórych jakże upokarzających, znalazłam się w celi wspomnianego więzienia. Stały tam cztery żelazne łóżka z szafkami, a w kącie "parasza" (naczynie z przykryciem na nieczystości). Jak na więzienie, warunki komfortowe.
W celi umieszczono cztery osoby: mnie i trzy współwięźniarki. Nigdy nie było wiadomo, którą gdzie i kiedy przeniosą lub przewiozą. Często było to po zakończeniu śledztwa, ale nie zawsze.
Powiedzenie: «sobirajtieś s wieszczami» budziło grozę i lęk przed nieznanym. Co prawda, więźniarki "ze stażem" pocieszały mniej doświadczone, że gdy zabierają z rzeczami, to są to zwykłe przenosiny, a dopiero gdy biorą bez osobistego "dobytku" - sprawa jest niejasna, ale że na szczęście zdarza się to rzadko.
Któregoś dnia zabrano jedną z nas, a po kilku godzinach przyszła następna na zwolnione miejsce, młoda jeszcze kobieta. Nie pamiętam, jak się przedstawiła; powiedzmy, że była to Katarzyna Iwanowna.
Jak zwykle, gdy ktoś nowy przychodził do celi, zaczęły się pytania, zawsze te same: - Co słychać na wolności?, - Jak dawno w więzieniu?, - Skąd jesteś?, - Jaki masz paragraf? itd. I toczyła się opowieść o dziejach ludzkiego życia, niby zwykłej historii a zawsze pełnej faktów i przeżyć nadzwyczajnych, tragicznych. Nierzadko była to prawdziwa droga przez mękę, która przywiodła aż tutaj...
Nowoprzybyła z zawodu była pielęgniarką. Nieprawdopodobne wprost powikłania wydarzeń spowodowały błędne skojarzenia faktów przez śledczych - funkcjonariuszy MGB, słynących i tak z nadmiernej podejrzliwości. Miało to często fatalny wpływ na przebieg śledztwa. Tak było prawdopodobnie i tym razem.
Ludzie przebywający wspólnie w celach szybko zżywali się i zaprzyjaźniali. Bezczynność po całych dniach - na przesłuchania wzywano przeważnie nocami - sprzyjała wspomnieniom, a nawet osobistym zwierzeniom.
Katarzyna Iwanowna dowiedziawszy się o moim pochodzeniu, któregoś dnia w zaufaniu pokazała mi swój medalik i poprosiła o odczytanie umieszczonego na nim napisu.
Patrzyłam zaskoczona, nie wierząc własnym oczom.
Ujrzałam coś bardzo bliskiego: nasz Cudowny Medalik z Niepokalanowa! Coś szarpnęło mnie za serce. Zapewne była w tym i zazdrość.
Co za dziwny splot okoliczności - pomyślałam. Stanął mi przed oczyma mąż, współpracownik "Rycerza Niepokalanej" i o. Maksymiliana Kolbego (o jego męczeńskiej śmierci w Oświęcimiu nie wiedziałam). Zobaczyłam w oddali dzieci, których nie widziałam od lat. Gdzie przebywają, czy żyją moi najbliżsi...
W pierwszej chwili chciałam wyprosić Medalik. Myślałam sobie: moja rodzina jest tak blisko związana z Niepokalanowem, a Cudowny Medalik ma ta kobieta, a nie ja. Byłam jednak bardzo poruszona jej wielkim przywiązaniem oraz wiarą w moc tego malut[315]kiego Medalika z wyrytą na nim postacią Niepokalanej.
- Medalik jest ze mną od czasu utraty wolności - powiedziała Katarzyna Iwanowna. - Chcę go zachować do końca. Wierzę, że Matka Boża nie da mi zginąć. O swoim losie nie myślę, Jej go zawierzyłam. Teraz zapewne rozumiesz, jak bardzo jest mi drogi. Dotychczas udawało mi się go przenosić z więzienia do więzienia mimo ścisłej kontroli przeprowadzanej za każdym razem. Ostatnio jednak myślałam, że już go tracę na zawsze.
Jak zwykle przy przenoszeniu do innego więzienia odbywa się szczegółowa rewizja osobista, a także wszystkich posiadanych rzeczy, nie raz już dokładnie sprawdzanych. Teraz jednak sytuacja była bardziej skomplikowana. Funkcjonariusz MGB, przeglądając mój węzełek, znalazł skibkę chleba i wyrzucił ją w kąt na podłogę. Znieruchomiałam. Tam przecież znajduje się mój skarb, tam jest schowany Medalik! Przerażenie trwało kilka sekund. Natychmiast podjęłam rozpaczliwą decyzję. Zerwałam się z miejsca, złapałam chleb i zaczęłam jeść z chciwością uważając jednak, by nie uronić Medalika lub go nie uszkodzić. Jadłam powoli, czujnie, patrząc w oczy żołnierza i bacząc, ażeby starczyło chleba na ukrycie Medalika, zanim przekaże mnie następcy, który poprowadzi mnie dalej na miejsce przeznaczenia.
Musiałam mieć niesamowity wygląd, bo funkcjonariusz nie zareagował na moje zachowanie; popatrzył na mnie jakoś dziwnie, z pewnego rodzaju politowaniem i nie odebrał chleba. Prawdopodobnie myślał, że uczepiłam się tej piętki chleba z wielkiego głodu. A ja byłam nad wyraz przejęta, by mi się udał wybieg. No i udało się. I znów go mam.
Zapytałam Katarzynę:
- A gdyby chciał odebrać chleb, to co?
- To połknęłabym chleb wraz z Medalikiem, i to najszybciej jak można. Dzięki Bogu, nie było takiej potrzeby. Zawsze tylko muszę mieć kawałek chleba, bo nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać.
Pomyślałam w duchu, jak to dobrze, że powstrzymałam się od wypraszania Medalika. Niepokalana była ostoją tej kobiety i obroną przed jakimś czynem desperackim, może nawet targnięciem się na własne życie, co również się zdarzało.
Nie wiem, jaki był ostateczny wyrok i dalsze losy Katarzyny. Pewnego dnia otworzyły się drzwi celi i usłyszałam skierowane do mnie słowa: "sobirajtieś s wieszczami". Nie widziałam jej więcej. Katarzynie groziło dwadzieścia pięć lat.
Towarzyszyć jej będzie nadal Niepokalana, ze swym wizerunkiem ukrytym w chlebie, w wędrówce przez świat więzień i obozów.
