11 kwietnia 46 lat temu w towarzystwie ojca i wuja zgłosiłem się do furty klasztoru w Hongochi.
Wejście było ciemne. Pociągnąłem za uchwyt dzwonka i wnet rozległo się głośne "klim, klam". Zaraz zjawił się zakonnik z kasztanowatą brodą - br. Henryk - który obecnie przebywa w Niepokalanowie polskim. Zaprowadził mnie do poczekalni i poczęstował chlebem wypiekanym w klasztorze oraz herbatą z cukrem.
Kiedy już jadłem to, co mi podano, ów brat furtian zwracając się do mojego wuja powiedział:
- Czy to pan pragnie zostać zakonnikiem?
Wujek zaprzeczył natychmiast:
- Nie, nie! To ten chłopiec!
Ponieważ byłem niskiego wzrostu i ubrany w kimono, mogłem się wydawać bardzo mały, mimo że miałem już 14 lat.
- Ach dobrze, dobrze! - powiedział brat i udał się do klasztoru, a wkrótce potem zjawił się brodaty zakonnik, cały uśmiechnięty. Był to o. Kolbe. - Przywitał się z moim ojcem i wujem, a następnie usiadł przy mnie i zapytał:
- Czy chcesz wstąpić do klasztoru i stać się dzieckiem Matki Najświętszej?
Cały zmieszany odpowiedziałem:
- Tak!
Na to mój tatuś powiedział:
- Nie wiem, czy to dziecko wytrwa. Przyprowadziłem je tutaj, gdyż od dłuższego czasu bardzo tego pragnie.
O. Kolbe, mówiąc "dobrze, dobrze", uścisnął mnie bardzo serdecznie, a następnie przybliżył swą twarz do mojej. Czułem wtedy, że kłuje mnie jego broda i sprawia pewien ból.
Po raz pierwszy w swym życiu doznałem tego rodzaju pieszczoty, a chociaż broda Ojca trochę mi dokuczyła, doświadczyłem głębokiego spokoju, gdyż wywnioskowałem, że on mnie przyjmie.
O. Kolbe porozmawiał jeszcze trochę z moim tatusiem i wujkiem, po czym rozstałem się z nimi. Zaprowadzono mnie na obiad do refektarza. Wszedłszy tam zobaczyłem ludzi, jakich jeszcze nigdy nie widziałem: wysokiego wzrostu, z długimi brodami, o zaróżowionych twarzach, długich nosach i z niebieskimi oczami - rozmawiających w nieznanym mi języku. Zdawało mi się, że stoję pośród wilków. Wszyscy byli ubrani w czarne habity. Wreszcie z mych oczu - czternastoletniego dziecka - zaczęły płynąć obficie łzy.
Począwszy od następnego dnia zacząłem pracować w drukarni Rycerstwa Niepokalanej. Ta drukarnia była barakiem, w którym najpierw mieścił się klasztor i na którego strychu sypiali bracia na posłaniach ze ścinków papieru - przykryci tylko jednym kocem.
W drukarni pełno było stuku maszyn, nieprzyjemnego zapachu farby drukarskiej, oliwy i roztopionego ołowiu. Po dwu dniach rozbolała mnie głowa. Ściskałem ją sobie, nie dając poznać nikomu swej dolegliwości, a potem kontynuowałem pracę.
Pewnego dnia całkiem niespodziewanie przyłapał mnie o. Kolbe i zapytał:
- Czy jesteś chory?
Odpowiedziałem:
- Boli mię trochę głowa.
On przytulił mą głowę do siebie i powiedział:
- Idź do łóżka!
W tym momencie byłem bardzo wzruszony macierzyńskim i serdecznym zachowaniem się o. Kolbego. I pod wpływem tego wrażenia zrobiłem ostateczne postanowienie, że całkowicie poświęcę się Bogu pod kierunkiem tego właśnie Ojca.
Jednak o. Kolbe musiał powrócić do Polski. Odpłynął 23 maja 1936 roku z nagasackiego molo "Dejima". Wszyscy odprowadzaliśmy go do portu.
Było to ostatnie pożegnanie.
Po powrocie o. Kolbego do ojczyzny smutny nastrój zapanował w klasztorze - jak to bywa w rodzinie, kiedy zabraknie matki. Chociaż byłem mały, odczuwałem głęboki szacunek i zaufanie wobec o. Kolbego. Tymi uczuciami darzyli go również wszyscy bracia. Dlaczego wszyscy mieli do niego takie zaufanie i darzyli go takim szacunkiem? W czym tkwi ten sekret?
Myślę, że jego szlachetność i wyrozumiałość wypływały z jego praktyki naśladowania Matki Najświętszej. Żył i oddychał Maryją. Jego życie było do tego stopnia Nią przepełnione, że uzewnętrzniało się to w jego codziennym obcowaniu z innymi.
Ojcze Kolbe, udziel mi z wyżyn nieba tej łaski, bym i ja mógł żyć szlachetnie przez naśladowanie Maryi.
