Nawrócenie polskiego Hioba

Adam Szymański - autor szkicu. Członek Rządu Narodowego Polskiego, zesłaniec polityczny na Sybir 1878-1895, z katorgi nadsyłał do kraju liczne teksty literackie, był ulubionym pisarzem pokolenia Żeromskiego, jeden z pierwszych społeczników pochylających się nad człowiekiem na samym "dnie" egzystencji, zmarł w Moskwie w 1916 r.

[s. 211]

fragment szkicu "Stolarz Kowalski"

...Dawno już bardzo, lat pewno ze czterdzieści temu - zaczął tymczasem Kowalski - dostałem się do stepów orenburskich; młody wtedy byłem i silny; ufałem Bogu, ufałem ludziom i sobie. Słusznie czy nie, dość, że sądziłem, iż nie mam prawa pozostawiać swych sił na łasce losu, lecz winienem sobie wynaleźć pole do działania szersze niż to, które tam znaleźć się mogło. Tęsknota za krajem popychała także i po dwuletnim pobycie uciekłem. stamtąd...

Dostałem się za to dalej do tomskiej guberni, ale nie upadłem na duchu. Zabrałem się do roboty z energią, chleb i woda bywały pokarmem moim: uciułałem nareszcie grosza i znowu wyruszyłem w drogę...

Za tę powtórną ucieczkę, jako recydywista uparty, odpokutowałem dłużej i dopiero po latach kilku ruszyłem odwrotnie, ale teraz jeszcze dalej.

Zima była niezwykle surowa, byłem bez grosza, bez odzieży; odmroziłem wtedy nogi i wszystkie palce straciłem. Prawdziwa to klęska dla mnie, tym bardziej, że wypadło mi zamieszkać aż za Jenisejskiem.

Ciężej mi teraz było, miejscowość głucha i bezludna i o zarobek jakikolwiek dość trudno także; chociaż jednak okaleczony utratą palców, wyuczyłem się rzemiosł kilku i jeżeli nie z jednego, to z drugiego dochód miałem, wprawdzie niewielki, lecz stały.

Sześć lat przygotowywałem się teraz i, nie bacząc na swe nogi, po raz trzeci wyruszyłem w drogę.

[212]

Widzicie, w siły swe już nie wierzyłem, chory byłem i złamany, więc ciągnęło mnie na zachód już nie to, co poprzednio. Umrzeć tam chciałem, a już jako o szczęściu marzyłem o śmierci na grobie matki.

Życie moje takim było, że nikogo oprócz tej matki nie miałem na ziemi: nie miałem kochanki, nie miałem żony, nie miałem dzieci. Od nikogo więcej, od niej jednej tylko doznałem łaski na świecie.

Toteż, gdym czuł się opuszczonym, bezsilnym, zatęskniłem do grobu tej jedynej kochającej mnie istoty...

Wśród nocy bezsennych czułem jej rękę, obejmującą mą głowę, jej pocałunek i jej łzy gorące, którymi raz ostatni mnie żegnała, przeczuwając może wieczną rozłąkę. Dziś nie wiem, do kraju czy do niej więcej tęskniłem.

Ale ciężka to już droga była dla mnie; iść prędko nie mogłem, rany w nogach otwierały się ciągle. Jak zwierz dziki tygodnie całe w tajdze kryć się musiałem.

Nieraz w puszczy zapadłej sępy i kruki czując żer pewny, zwiastowały mi śmierć bliską; nieraz głodem wycieńczony, padałem bez sił zupełnie i... niebaczny... zawsze wzywałem ku niebu, błagałem Boga wszechmogącego, Boga miłosiernego, Boga sprawiedliwego, Boga nędzarzy, Boga opuszczonych: ratuj! zlituj się nade mną Ojcze miłościwy! daj śmierć, o nic więcej, o śmierć tę jak o łaskę proszę, sam ją zadam sobie, ale daj tam...

Dwa lata minęło, zanim doszedłem do permskiej guberni. Tak daleko przedtem nigdy jeszcze nie zachodziłem. Już serce biło mi radośnie, myśl jak u szalonego kołatała w głowie... myśl jedna: ujrzę ją, zobaczę ziemię rodzoną i umrę na grobie ukochanej. I gdym przeszedł na tamtą stronę Uralu, uwierzyłem w zbawienie swoje, padłem na ziemię i nieprzytomny długo, długo szlochałem, dziękując Bogu za łaskę, za miłosierdzie Jego. A On, miłosierny, gotował mi cios ostatni i tegoż samego dnia...

Dostałem się wtedy do Jakucka.

Dlaczegom tu żył w nędzy aż dotąd, dlaczegom tu czekał na koniec taki? Dlatego, że wiedzieć chciałem, co Bóg ten ze mną zrobi. Z człowiekiem, który Mu wierzył z ufnością dziecięcia, który nigdy nie zaznał szczęścia na ziemi i szczęścia tego nie pragnął, który nie zaznał łaski ludzkiej oprócz łaski matki, który okaleczony pracował do końca życia swego, który nigdy ręki nie wyciągał, nie kradł, nie pożądał, nie zabijał, mając dwa - oba oddawał - widzicie, co zrobił... więc nienawidzę Go... nie wierzę Mu... nie wierzę świętym Jego, nie wierzę w sąd Jego, nie wierzę w sprawiedliwość Jego, i słuchajcie mnie, bracia! za świadki was biorę w śmierci godzinie, abyście i tu wiedzieli, i tam, gdy wrócicie, świadczyć mogli...

I podniósłszy się gwałtownie, i ręce ku słońcu wyciągając, zawołał głosem wielkim:

- Ja nędzarz konający, rzucam Ci w oczy, żeś Ty Bóg sytych, żeś Ty Bóg pod[213]łych, żeś Ty Bóg plugawych, żeś krzywdził mnie niewinnie! (...)

I w oświetleniu słońca jasnego, co wzniósłszy się wyżej, złociło teraz promieniami swymi owo łoże łazarzowe, okropnie wyglądał ten kościotrup żywy, skórą obwisłą powleczony...

A gdy upadł wycieńczony, przerażeni sądziliśmy, że umrze on natychmiast, a my niczym mu pomóc, niczym ulżyć nie mogliśmy.

- Módlmy się za niego - wyszeptał ślusarz nareszcie.

Uklękliśmy obaj; drżącą ręką wyjąłem przyniesioną książkę i otworzyłem ją; i otworzyła się książka w miejscu, kiedyś założonym, na Ewangelii św. Jana, rozdziale XV.

- Jam jest winna macica prawdziwa, a Ojciec mój jest winogradnikiem - głośno czytać zacząłem.

Pierś konającego wznosiła się gwałtownie, oczy zamknięte były.

A słońce zalewało go całego światłem swoim i jak gdyby chcąc mu wynagrodzić w ostatniej chwili życie ciężkie, tuląc się doń miłośnie, ogrzewając zastygające ciało, zdawało się uspokajać go i całować promieniami złocistymi, jak matka całuje dziecię zasypiające i kapryśne i uspokaja je swym ciepłem, swą obecnością.

Konający żył jeszcze.

I gdym czytał dalej pełne siły, wiary i ufności głębokiej słowa Chrystusowe:

- Jeśli was świat nienawidzi; wiedzcież, iż Mnie pierwej niż was znienawidził - i natchnione słowa Nauczyciela cierpiących i pieszczota światła ożywczego ukoiły konającego; oczy jego otworzyły się i z oczu tych wypłynęły dwie łzy wielkie, dwie łzy ostatnie, co się w tym człowieku ostały.

I słońce promieniami swymi dotknęło łez tych, na twarzy sczerniałej stojących i oświecając je światłem niebieskim, zda się, pokazywało Bogu swe ognie wewnętrzne, barwami czystymi iskrzące, a we łzach tych ostatnich skupione, ognie, co życie to spaliły...

A gdym przeczytał jeszcze:

- Zaprawdę, zaprawdę wam powiadam, iż wy będziecie płakać i narzekać, a świat się będzie weselił; a wy się smucić będziecie, ale smutek wasz w radość się obróci...

Konający spróbował podnieść ręce, ale gdy opadły one bezwiednie, cicho i wyraźnie wymówił: - Przez mękę Twoją, daruj mi, Panie.

Czytać dalej nie mogłem...

Klęczeliśmy w milczeniu, a pies zdziwiony stał między nami, panu swemu się przyglądając.

I gdy zwróciło się ku nam oko konającego, usta jego jeszcze raz otworzyły się i usłyszeliśmy jeszcze wolniej, jeszcze ciszej wypowiedziane słowa:

- Piesiu, nie wymyślaj Panu Bogu!

Zwierzę poczciwe, skowycząc żałośnie, skoczyło ku zwisłej ręce pana swego, ale ręka była już bezwładna.

Oczy jego zamknęły się; z ust wydobyło się rzężenie krótkie i stłumione; pierś opadła; ciało wyprężyło się z lekka i człowiek, który wiele wycierpiał - przestał cierpieć.

Grafika do art. Nawrócenie polskiego Hioba

[Fot. s. 212] Wzrastamy z krzyżem | linoryt Zbigniew Jóźwik.