W roku 1954 ukazało się w Londynie, w Katolickim Ośrodku Wydawniczym " Veritas", tłumaczenie polskie dziełka laureata Nagrody Nobla Aleksego Carrela (†1944) pt. "Podróż do Lourdes". Autor opisuje, jak w maju w 1903 r. towarzyszył jako lekarz pielgrzymce chorych do Lourdes, gdzie był świadkiem cudu nagiego uzdrowienia swej pacjentki Marii Bailly dotkniętej gruźlicą otrzewnej w końcowym stadium. Uzdrowienie to sprawiło, że odzyskał utraconą wiarę. Podajemy niektóre końcowe fragmenty książki. Autor występuje pod anagramem "Lerrac", a uzdrowiona pod pseudonimem Ferrand.
Przy źródle
Z wieży bazyliki biła godzina druga. Tłumnie zaczęły nadciągać wózki z chorymi, prowadzone przez sanitariuszy w otoczeniu masy pielgrzymów...
Początkowo Lerrac czuł się poruszony do głębi cierpieniami i jękami chorych. Z wolna jednak w tym tłumie nieszczęśliwców zaczęło go ogarni[a]ć dziwne uczucie. Będąc sam w pełni młodości i życia, myślał o rozpaczy tych ludzi równie młodych jak on, którzy pozbawieni swobody i możliwości działania, zamknięci w czterech ścianach pokoju, nigdy nie mieli odczuć słodkich wzruszeń miłości.
Myśl jego zatrzymała się na Marii Ferrand, której życie suchotnicy, spędzone w szpitalach, było mu dobrze znane. Teraz bliska była śmierci, nie zaznawszy uroków wiosny i miłości. A jednak nie była tak nieszczęśliwa, jakby można oczekiwać, gdyż wierzyła w Chrystusa, który był jej nadzieją i jedyną myślą.
Jakże słodka musi być śmierć człowieka wierzącego, skoro wiedzie go przed oblicze Najświętszej Panny i Chrystusa. Jakiż to piękny obraz! Jakże przedziwny urok musiał roztaczać wokoło siebie ten Jezus o łagodnych ruchach, kiedy w rozzielenionej wiosną Judei wstawał, by wygłosić niezapomniane Kazanie na górze! A ta Najświętsza Panna, współczująca wszystkim cierpieniom i ochraniająca nieszczęśliwych - jakże słodki to obraz!
"O Panno święta, jakże chciałbym wierzyć, jak ci wszyscy nieszczęśliwi, że to Źródło Cudowne nie jest tylko tworem naszej wyobraźni! Uzdrów tę biedną dziewczynę, ona zbyt wiele już wycierpiała. Daj jej żyć, a mnie daj wiarę...".
Na małym wózku wracała właśnie Maria Ferrand. Lerrac pośpieszył ku niej. W wyglądzie chorej nie było żadnej zmiany: ta sama blada twarz, wątłe ciało. Nie było też widocznego pogorszenia.
- Natarto jej tylko brzuch wodą ze źródła - powiedziała panna d’O. - Zakonnice nie chciały zezwolić na zanurzenie. Przenosimy ją teraz pod Grotę.
- Przyjdę tam za chwilę - odpowiedział Lerrac. - Stan jej nie uległ zmianie. Gdyby [42]się pogorszył, proszę mnie zaraz zawezwać...
Przed Grotą
Była godzina mniej więcej pół do trzeciej. Pod skałą Massabielską Grota jaśniała blaskiem tysięcy świec. Jej ściany pokryte były różańcami i kulami uzdrowionych. Poprzez wysoką żelazną kratę, strzegącą wejścia, można było dojrzeć w zagłębieniu skały statuę Najświętszej Panny, stojącą w tym samym miejscu, w którym niegdyś ukazała się Bernadetce świetlana, biała Pani - Niepokalane Poczęcie.
U stóp Najświętszej Panny roztaczał się wielki czworobok, otoczony balustradą, a specjalnie przeznaczony dla chorych, którzy w ten sposób zajmowali jak gdyby miejsce honorowe tuż przy Grocie...
Wzrok Lerraca spoczął na Marii Ferrand.
Wydawało mu się, że w twarzy jej zaszły jakieś zmiany; sine plamy jak gdyby zniknęły, cera wydawała się mniej blada.
"Mam przywidzenia" - mówił do siebie. - "Jest to ciekawe zjawisko psychologiczne i należałoby je może zanotować".
Wyciągnął pióro i na mankiecie zapisał dokładną godzinę swojego spostrzeżenia. Była druga czterdzieści.
"A jednak nigdy dotąd nie miałem przywidzeń" - pomyślał...
Nagle Lerrac poczuł, że blednie. Widział, widział wyraźnie, że koc na wydętym brzuchu Ferrand zaczyna się z wolna zapadać. W osłupieniu swym zwrócił na to uwagę dra M.
- Rzeczywiście - rzekł M. - Wydaje się, że nastąpiło sklęśnięcie. To chyba koc się obsunął.
Z wieży bazyliki wybiła godzina trzecia. Nabrzmienie brzucha zaczęło ustępować i po kilku minutach wydawało się, że znikło zupełnie.
W szpitalu
Słońce zniknęło za wierzchołkami wzgórz. W słodyczy zapadającego wieczoru chorzy, śpiewając kantyczki i Ave Maria, powracali do szpitala...
Lerrac wchodząc na salę Niepokalanego Poczęcia skierował się prosto do łóżka Marii Ferrand i stanął jak wryty. To, co zobaczył, było wprost nie do uwierzenia.
Chora, ubrana w biały kaftanik, siedziała na łóżku. Oczy jej błyszczały i cała twarz; choć szara jeszcze i wychudzona, była żywa i pełna wyrazu, a na policzkach wystąpiły delikatne rumieńce. Lekko przymknięte usta zachowały jeszcze wyraz bólu - pieczęć wielu lat cierpienia - lecz z całej postaci tchnęło niezmąconą pogodą, która promieniując wokół chorej rozjaśniała radością smutną salę szpitalną.
- Panie doktorze, jestem zupełnie uleczona - zwróciła się do stojącego obok niej Lerraca. - Jestem jeszcze bardzo słaba, ale zdaje się, że nawet mogłabym już chodzić.
Lerrac ujął ją za puls. Tętno było regularne i spokojne - 80 uderzeń na minutę. A przecież pamiętał, że przez kilka ostatnich dni tętno stawało się coraz szybsze, puls był przerywany, szybki, prawie niemożliwy do zliczenia...
Targany pragnieniem zdobycia pewności a zarazem obawą, odchylił koc i spojrzał.
Ciało chorej było białe i gładkie. Nad wąski[43]mi biodrami zobaczył brzuch mały, płaski i zapadnięty jak u dwudziestoletniej bardzo wychudzonej dziewczyny. Obie ręce przytknął do przepony brzusznej, która była niezwykle cienka, elastyczna i pod dotknięciem zapadała się miękko...
Wszystko wróciło do normalnego stanu. Nogi tylko były jeszcze opuchnięte.
Uzdrowienie było zupełne. Chora, bliska śmierci, zsiniała na twarzy, z brzuchem wzdętym, o zamierającym sercu, przeobraziła się w ciągu kilku godzin w dziewczynę niemal zupełnie zdrową, jeszcze tylko wychudzoną i osłabioną.
W bazylice
Lerrac wielkimi krokami przemierzał taras, dokąd dochodził dźwięk organów z bazyliki. Ukazał się stróż nocny stukając po płytach kamiennych podkutymi obcasami.
Z wnętrza bazyliki docierały głosy licznych wiernych. Pielgrzymka Basków wypełniała szczelnie nawę aż po bramę kościoła.
Lerrac przystanął na progu. Odczuwał potrzebę jakiegoś końcowego wniosku. Niezaprzeczenie stał się cud, gdyż to, co się stało, było wielkim cudem. Jaka była istota tego cudu? Zobaczymy to później - myślał - ale na razie mamy uzdrowienie. To w każdym razie wolno mu stwierdzić. Ale czy w najtajniejszych myślach będzie mógł na tym poprzestać...?
Począł wstępować po stopniach kościoła, zalanego blaskiem świateł i złoceń. Rozlegał się dźwięk organów i donośny śpiew tysięcy wiernych. Lerrac zajął miejsce na krześle obok starego wieśniaka. Oparł głowę na rękach i siedział nieporuszony, ukołysany śpiewem kantyczek wieczornych, a z duszy jego płynęła prośba:
- O Panno Słodka, ucieczko nieszczęśliwych, ślących w pokorze swe błagania, strzeż mnie! Wierzę w Ciebie. Na zwątpienie moje raczyłaś odpowiedzieć cudem niezwykłym. Nie umiem go pojąć i wyzbyć się zwątpienia. Ale najgorętszym mym pragnieniem, najwyższym celem wszystkich moich dążeń jest wiara, wiara niezachwiana, ślepa, nie dopuszczająca żadnej dyskusji, żadnej krytyki.
Imię Twoje pełniejsze jest słodyczy niż promienie porannego słońca. Przyjm grzesznika nieznającego ukojenia, z sercem trwożliwym, ze zmarszczonym czołem, znękanego pogonią za błędnymi światłami. Pod twardą powłoką mojej pychy intelektualnej żyje, choć niestety ciągle jeszcze tłumiony, sen najpiękniejszy ze wszystkich snów - by wierzyć w Ciebie i kochać Cię tak, jak kochają Cię zakonnicy o duszy nieskazitelnej.
W ciszy nocnej Lerrac powoli przemierzył długie aleje i przeszedł przez Plac Różańcowy, cały skąpany w białej poświacie księżyca...

