Nasza Pani nosi wiele tytułów, na przykład jest Królową, będąc Matką Króla Królów, Pana naszego Jezusa Chrystusa. Jest naturalne, że jako Królowa ma liczne tytuły. choć pozostaje zawsze jedną i tą samą osobą.
Niezwyczajny i wprost egzotyczny jest tytuł: Nasza Pani od słodkich kasztanów. Sam daję ten tytuł Maryi Dziewicy, abym mógł opowiedzieć o wielkiej miłości, jaką Ona okazała mnie, nędznemu grzesznikowi.
Trzeba by długo mówić o drodze mojej wiary, ale brak na to miejsca w krótkim artykule. Są na niej pewne etapy, którymi nie mogę: się chlubić. Są momenty wprost paradoksalne. Wiem jednak, że to Bóg pozwolił mi przejść przez wiele doświadczeń, abym dziś mógł uznać Jego miłosierdzie i lepiej wskazywać niektórym braciom właściwy kierunek.
W swojej ignorancji pisałem, nauczałem i głosiłem kazania przeciw Kościołowi, Ojcu Świętemu i kapłanom, przeciw Eucharystii i Maryi Dziewicy... Był to okres duchowej ślepoty.
Pracowałem jako pastor protestancki i profesor teologii na kilku fakultetach protestanckich.
Jak to się stało, że przeszedłem na łono naszego świętego Kościoła katolickiego?
Właśnie o tym chcę tutaj pokrótce opowiedzieć. Wszystko wydarzyło się: w pewne popołudnie niedzielne. Kościół, który obsługiwałem, był pełny. Zaraz po szkole niedzielnej przystąpiłem do odprawiania tak zwanej Wieczerzy Pańskiej. Po pięknych śpiewach otworzyłem Biblię, by jako pastor wygłosić kazanie. Jak zwykle wybrałem fragment z 1 Listu do Koryntian: 11, 23-32, który przestudiowałem ze szczególnym zaangażowaniem i który tyle razy już wyjaśniałem. Odczytałem wiersze 23 i 24: "Ja bowiem otrzymałem od Pana to, co wam przekazałem, że Pan Jezus tej nocy, kiedy został wydany, wziął chleb i dzięki uczyniwszy połamał i rzekł: «To jest ciało moje za was wydane. Czyńcie to na moją pamiątkę»". Powtarzam: tyle już razy czytałem, studiowałem i komentowałem ten tekst! W ową niedzielę przeżyłem go inaczej. Przemówiły głęboko do mego serca słowa Pana: "To jest ciało moje".
Od moich profesorów teologii i z klasycznych podręczników teologii protestanckiej dowiedziałem się, że ten tekst należy rozumieć: to "przedstawia" moje ciało, "symbolizuje" moje ciało. Nauczyłem się jeszcze, że to wszystko jest tylko pamiątką, a nie sakramentem...
A przecież Słowo Boże brzmi tam jasno: "To jest ciało moje". Wzruszony, dalej odprawiałem nabożeństwo, nie dając poznać tego, co się działo w moim sercu. Potem nic nikomu nie mówiąc zacząłem studiować tę kwestię poważniej i z większą uwagą. Wiele razy odczytywałem Ewangelie i inne teksty Nowego Testamentu, aby znaleźć odpowiedź, która by położyła kres owej wątpliwości w moim sercu.
Po dwóch latach studiów, przepojonych łzami i modlitwą, pewnego dnia, klęcząc w swym pokoju przed otwartą na łóżku Biblią, gdy zgłębiałem rozdział 6 (wiersze 22-71) Ewangelii św. Jana, odkryłem cudowną prawdę o Eucharystii. Wybuchnąłem płaczem z radości nie do powstrzymania. Parę godzin przedtem ukląkłem jako pastor protestancki, choć z sercem udręczonym i pełnym wątpliwości, a oto teraz wstałem jako katolik apostolski rzymski.
Niech będzie błogosławiony Bóg na wieki!
Poznałem, że jedynie Kościół katolicki naucza prawdy o Eucharystii: o rzeczywistej obecności Chrystusa w konsekrowanej Hostii i Winie. Trzeba by długo mówić, jak wyglądało moje wyznanie żonie i dzieciom, utwierdzonym na dobre w protestantyzmie: dwaj najstarsi synowie byli pastorami w Kurytybie, jeden młodszy też pracował w środowisku protestanckim, a jedna z córek studiowała teologię. Nie chce; też mówić o reakcji moich współbraci protestantów. Muszę powiedzieć, że cierpiałem bardzo. Także moja rodzina.
Szukałem kapłana katolickiego, aby mu wyznać swą decyzję, ale też wyrazić jeszcze szereg wątpliwości w takich sprawach, jak kult obrazów, czyściec, Świętych Obcowanie, trwałe dziewictwo Naszej Pani. Bóg zaprowadził mnie do ks. Józefa L. Mendes Ferreiry, proboszcza przy kościele św. Jana Chrzciciela w Atibai, mieście w stanie São Paulo. Ten przedstawił mnie świątobliwemu i uczonemu biskupowi Antoniemu P. Misiara, dziś memu wielkiemu przyjacielowi.
Po przyjęciu wiary katolickiej przygotowałem siebie i dzieci do Pierwszej Komunii.
Było to w październiku, gdy opuściłem protestantów i, w konsekwencji, pozostałem bez pracy. Szybko wyczerpały się oszczędności. Chociaż byłem profesorem z doktoratem w trzech specjalnościach, nie mogłem znaleźć zajęcia, tym bardziej, że moje nawrócenie nastąpiło pod koniec roku szkolnego. Bp Misiara nie wiedział, że ja z moją rodziną znajdowałem się bez środków do życia.
Mieszkając na wsi jedliśmy najczęściej maniok. [142]Ułożyłem nawet taki wiersz: "Maniok na obiad, maniok na kolację, maniok przez dzień cały, maniok bez soli". Ale skończył się też ów "wspaniały przyjaciel" maniok i przez dwa lub trzy dni pozostawaliśmy bez pożywienia. Modliliśmy się bez przerwy, prosząc Boga o pomoc. Nikt o tym nic wiedział, a najmniej moi bracia protestanci, bo gdyby się o tym dowiedzieli, powiedzieliby zaraz, że to kara Boża.
W takiej sytuacji, nie mając zajęcia, dużo studiowałem i właśnie wtedy odkryłem w Słowie Bożym, Biblii, wszystkie wspaniale prawdy o Dziewicy Maryi i inne prawdy, w które wierzy nasz Kościół katolicki. Wszystko to było dziełem łaski Bożej.
Pewnego dnia podczas tego przymusowego postu jedno z moich dzieci, Zuzia (w owym czasie miałem ośmioro dzieci, a teraz już mam dziewięcioro, dzięki Bogu) powiedziała mi: "Tatusiu, umieram z głodu, ale największą ochotę miałabym na dużą porcję kasztanów smażonych w cukrze". Przepadała za tymi słodyczami. Nie myśląc odpowiedziałem jej: "Więc idź do swego pokoju, uklęknij i proś Maryję Dziewicę o puszkę słodkich kasztanów". Odpowiedziała: "Dobrze, idę pomodlić się zaraz; chcę zobaczyć, czy Maryja Dziewica wysłuchuje naprawdę modlitwy".
Pragnę wyjaśnić: byliśmy już katolikami, lecz przez pewne zahamowanie psychiczne, które spowodowały słuchane od lat kazania i czytane książki przeciw Naszej Pani, nie byliśmy zdolni odmówić Zdrowaś Maryjo czy jakąś inną modlitwę maryjną. Nasza Pani była już w naszym umyśle, ale jeszcze nie zeszła do serca. Proszę nas zrozumieć.
Żona, która była świadkiem mojej rozmowy z Zuzią, rzekła mi: "Nie powinieneś tak mówić, bo Zuzia może naprawdę modlić się o puszkę słodkich kasztanów i nie otrzymać. Kto wie, może Bóg chce jeszcze więcej wypróbować naszą wiarę". Miała rację. Odpowiedziałem więc żonie: "Chodźmy do naszego pokoju, będziemy prosić Naszą Panią, aby nie dopuściła do utraty wiary, tak jeszcze nowej i słabej, u Zuzi". Dziewczynka już modliła się gorąco w swym pokoju. I my uklękliśmy i po raz pierwszy odmówiliśmy Zdrowaś Maryjo i jakąś spontaniczną modlitwę do Naszej Pani. Modliliśmy się, aby Zuzia zachowała wiarę. Oczywiście, nie prosiliśmy o słodkie kasztany.
Następnego dnia rano ktoś dobija się do naszego domostwa. Przez okno widzę jakiegoś brodatego młodzieńca z krzyżem na piersi. Szybko się zorientowałem, że nie jest to ktoś z braci protestantów, którzy przychodzili do mnie na dyskusje biblijne, na próżno próbując odciągnąć mnie od Kościoła katolickiego. Mój syn Alden wybiegł otworzyć drzwi. Ów młodzieniec znajdował się w towarzystwie jakiejś młodej pani. Przyjechali Wolkswagenem żółtego koloru. Wyszedłem z żoną i dziećmi na werandę, by przyjąć gości.
"Pastorze Franciszku - odezwał się młodzieniec - jestem ojciec Józef Karol Brilha, a to pani Magui". Odrzekłem, że miło mi ich poznać. Wtedy Magui zwróciła się do o. Brilha: "Niech ojciec powie pastorowi, w jakiej sprawie przybyliśmy". A kapłan na to: "Powiedz to ty, ponieważ do ciebie mówił Bóg". Z miną speszoną rzekła: "Nie wiem, jak pan zrozumie to, co chcę teraz powiedzieć. Zeszłej nocy męczyły mnie dwa lub trzy razy sny związane z osobą pana. Śniło mi się, jak ktoś mi mówił: zanieś żywność do domu pastora Franciszka! Proszę nie mieć nam tego za złe, że ze swą siostrą Reginą udałam się do supersamu, porobiłyśmy spore zakupy, które teraz tutaj przywiozłam".
Ledwie skończyła mówić, otworzyła drzwi samochodu i z tylnego siedzenia wyciągnęła pudło, wyjęła z niego puszkę i patrząc na moją córkę Zuzię powiedziała: "Tę puszkę ze słodyczami przysyła ci Nasza Pani". Była to puszka z kasztanami smażonymi w cukrze.
Głosem załamanym od wzruszenia zapytałem: "I to się pani śniło? że powinna przywieźć puszkę ze słodkimi kasztanami dla mojej Zuzi?". Odpowiedziała: "To nie, ale gdy wzięłam tę puszkę, dałam zaraz córce pana". Miałem ośmioro dzieci, po Zuzi był jeszcze syn i dziewczynka. Dlaczego więc dla Zuzanny? Tak, ja wiem, jak na to odpowiedzieć. To Matka Niebieska chciała wejść do mego serca i do serc całej rodziny. Nie wystarczyło mieć Ją tylko w umyśle.
W owej chwili popłynęły mi łzy z oczu. Dziękowałem Bogu Najwyższemu za to, że dał nam tak czułą Matkę. Nasza miłość do Maryi Dziewicy i nasza wiara w Nią wzrosły wtedy i zakorzeniły się głęboko. Można to porównać do rozwijającego się z pąka kwiatu. Od tamtego dnia pracujemy dla Królestwa Bożego, wysławiając wszędzie Maryję.
Wraz z całą rodziną otrzymałem bardzo wiele łask z rąk Naszej Pani. Dzięki Matce Niebieskiej zamieszkaliśmy w Anapolis, stolicy stanu Goias, i tutaj ze świętych rąk naszego ukochanego biskupa Emanuela Pestany Filho, naszego przewodnika duchownego i mądrego obrońcy nauki katolickiej, otrzymałem wraz ze starszymi synami święcenia diakonatu stałego. Jesteśmy diakonami Chrystusa na służbie naszej Pani. Jestem diakonem Maryi Dziewicy. Chwała Bogu!
Sądzę, że teraz czytelnicy rozumieją, dlaczego taki niezwyczajny tytuł dałem Maryi Dziewicy.

Artykuł ten ukazał się w maju [1989] r. w brazylijskim "Rycerzu": "Cavaleiro da Imaculada". Przełożył z tłumaczenia włoskiego o. Jan Bartos.
[s. 142]