Młody Rycerz Niepokalanej (12)
Piszę do Ciebie, młodzieńcze, do Ciebie, dziewczyno; zwłaszcza do Ciebie, L., autorze smutnego, niemal tragicznego listu do "Rycerza", w którym przestrzegasz innych przed nałogiem samogwałtu, sam nie widząc dla siebie wyjścia; do Ciebie, który pytasz rozpaczliwie, czy to na pewno grzech, czując jednak we własnym sumieniu, że to grzech, i to grzech tak bardzo Cię niszczący. Piszę do Was wszystkich, którzy borykacie się z nałogami, którzy macie kłopoty z zachowaniem swej chłopięcej czy dziewczęcej czystości. Chcę Wam powiedzieć jedno: nie ma sytuacji bez wyjścia, zawsze można powstać, można wrócić. Nie o własnych siłach, nie, one są tak słabe, ale mocą Tego, który do końca nas umiłował. Czuję się w prawie, a nawet w obowiązku to pisać, bo sama doświadczyłam tej Miłości, tej niezwykłej, podnoszącej z największego bagna Miłości. Może ktoś z Was, może właśnie Ty czytając uwie[370]rzysz, że dla Ciebie droga powrotu też jest możliwa. I dlatego dla Ciebie to piszę, choć to nie jest łatwe.
Posłuchaj. Kilkanaście lat tkwiłam w nałogu samogwałtu. To był prawdziwy nałóg ze wszystkimi rujnującymi zdrowie fizyczne i psychiczne skutkami. Tylko na początku, w pierwszych miesiącach nie bardzo wiedziałam, jaka jest złość tego, co robię. Potem prędko przyszła pełna, świadoma ocena moralna tych czynów. A razem z tym udręka ponad miarę. Fałszywy lęk, wstyd zamykał mi usta. Dziesiątki źle odprawionych spowiedzi. W końcu uznałam, że jestem chyba skazana na potępienie. Były też próby wmawiania w siebie, niby w oparciu o "rozsądne" tłumaczenie, że onanizm to nie grzech, to nic złego. Ale w głębi pozostawała świadomość, że prawdy nie da się w sumieniu zakłamać, że grzech zawsze zostanie grzechem. W tej całej szarpaninie duchowej zostawił mi Bóg tylko jedno: ciągłą, bolesną za Nim tęsknotę, tęsknotę rozpaczliwą aż do bólu, ale wciąż żywą.
Kiedyś na Mszy św. usłyszałam drugą zwrotkę pieśni Jeden chleb:
"Na ramiona swoje weź, o Panie, | tych, co sami wrócić już nie mogą, | niechaj zjednoczenia cud się stanie, | prowadź nas ku niebu wspólną drogą".
Wydawało mi się, że te słowa mnie się tyczą, jako że nie widziałam dla siebie możliwości powrotu. Ta pieśń stała się moją modlitwą. I tu zaczęła się Jego Boża interwencja. Najpierw krakowskie Błonia, w niewiarygodnej ciszy dwumilionowej rzeszy padają słowa Jana Pawła II: "Proszę was, abyście mieli ufność nawet wbrew każdej swojej słabości". To były słowa Chrystusowego Zastępcy, więc z jakąś pieczęcią ważności, a nie tania pociecha. Mogę przeto ufać, ufać wbrew własnej przeraźliwej słabości. To był pierwszy jasny promyk. A potem Jasna Góra. Błagałam o cud, wpatrzona w Jej oczy-i nagle pewność, po ludzku nie wiadomo skąd dana, że będzie dobrze. Aż wreszcie przełomowe rekolekcje, długa spowiedź, mądry i dobry kapłan. Systematyczna praca nad sobą. Jeszcze bywały chwile załamań, upadków, ale po każdym z nich powstanie, powrót. I wreszcie: jestem wolna. Już wiem, że jestem wolna. Wróciłam jak syn marnotrawny ze strasznej, dalekiej drogi. Gdy na początku drogi powrotu usłyszałam: "Dziewczyno, będzie wszystko dobrze, przyjdzie chwila, że nie będziesz wiedziała, jak Bogu dziękować za to, że już wszystko dobrze" - słuchałam z niedowierzaniem. Dlatego teraz piszę, żeby potwierdzić własnym doświadczeniem prawdę tych słów. Prawdę tego, że można wyjść z najgorszego koszmaru. Byłam, wydawało się, wykończonym przez zło człowiekiem. Teraz wszystko minęło, wróciła radość życia, optymizm, może tylko nerwy trochę słabsze po tych przejściach, ale cóż to jest wobec tego, co było. Otrzymałam skarb Boże przebaczenie i miłosierdzie. Dotknęłam Miłosiernego Boga. On dla wszystkich ma takie samo Oblicze nieskończonej Miłości. Dlatego pragnę wszystkim mówić: uwierzcie, uwierzcie wszyscy, których nęka zło grzechu nie ma sytuacji bez wyjścia. Z najgorszych upadków, z najgorszych nałogów można się podnieść.
Gdy sama tkwiłam w nocy grzechu, myślałam, że takie straszne grzechy tylko ja popełniam. Wiadomość, że ktoś przeżył coś podobnego i się podniósł, wydobył się z błota, byłaby dla mnie wielką pomocą. Więc jeżeli chociaż do jednej osoby, borykającej się jak ja kiedyś, dotrze ten list, Prag[n]ę jej powiedzieć: ufaj, zawierz, błagaj Pana Boga o pomoc, On nie zawiedzie. Zdecyduj się na podjęcie wszystkich środków ułatwiających powstanie, jak modlitwa, choćby nawet na przekór sobie, z całą świadomością własnej niegodności; szczera spowiedź, choćby nie wiem ile to kosztowało; a potem częsta spowiedź, najlepiej u jednego spowiednika, i jak najczęściej Komunia św., ciągłe zwracanie się do Matki Bożej; hartowanie swej woli przez odmawianie sobie od czasu do czasu nawet tego co dozwolone, jakichś drobnych przyjemności; takie rozłożenie dnia, by nie było chwil niczym nie wypełnionych, ani pracą, ani sensowną, dobrą rozrywką; higiena fizyczna i psychiczna, a ponad tym wszystkim wielka ufność, że Bóg pomoże. Pamiętaj, nawet za najciemniejszymi chmurami zawsze świeci słońce. Kiedyś chmury się rozpłyną i nastanie wielka jasność.
