Istnieje w świecie wiele miejsc, które są jakby wezwaniem, apelem skierowanym do ludzkości. Jednym z nich, najbardziej chyba przemawiającym do współczesnego człowieka, jest Lourdes - miejsce łaski, miejsce, w którym Bóg staje się bliższy przez Maryję; gdzie przez Maryję manifestuje swoją dobroć.
Przez Maryję - Tę, która wiarą stała się najbliższa Bogu i najbliższa nam. Aby zrozumieć Lourdes, jego rolę i sens, głęboką myśl Bożą w nim zawartą, trzeba nam przemedytować raz jeszcze wielką prawdę Macierzyństwa Maryi w ekonomii łaski, trwającej nieustannie - od Zwiastowania po krzyż, i aż do wiekuistego dopełnienia się zbawienia wszystkich wybranych.
Jakże pięknie ujmuje to ostatni Sobór: "Dzięki swej macierzyńskiej miłości opiekuje się braćmi swojego Syna, pielgrzymującymi jeszcze i narażonymi na trudy i niebezpieczeństwa, póki nie zostaną doprowadzeni do szczęśliwej Ojczyzny" (Konstytucja dogmatyczna o Kościele, nr 62).
"Opiekuje się braćmi Syna swego" i gromadzi ich, jak niegdyś w wieczerniku. Jest takim wieczernikiem Lourdes! Miejscem, gdzie wokół tchnącego łaską Ducha Świętego, przez dłonie Jego Niepokalanej Oblubienicy, gromadzą się bracia Jej Syna. Tam uświadamiają sobie i na nowo przeżywają tę prawdę, iż wszyscy są dziećmi jednego Ojca i wszyscy są braćmi.
Opiekowałem się kiedyś w Lourdes niesprawnym Denisem z Belgii, który od kilkunastu lat systematycznie, kilka razy w roku, nawiedzał to sanktuarium. Potwornie cierpiał. Nigdy nie narzekał. Mówił: "Niczym to jest w porównaniu z krzyżem Pana". Ot, taki święty człowiek.
Kiedy po raz pierwszy udawaliśmy się na międzynarodową Mszę świętą do bazyliki Piusa X, zauważyłem dziwny blask na jego twarzy. Myślałem, że coś się stało. Zapytałem, czy mu coś nie dolega. Odpowiedział z uśmiechem: "Zobaczysz za chwilę cud!" Patrzyłem na niego zdziwiony, a on z jeszcze większą radością krzyknął: "Zobaczysz największy cud Lourdes!" Ludzie patrzyli na nas zdumieni. A on, jakby w ekstazie, powtarzał w koło: "Cud... cud... cud...".
Miał rację. Przeżyłem cud. Była nim Najświętsza Ofiara Jezusa w gronie około 25 tysięcy Jego braci z każdego zakątka świata.
Dlaczego nagle znikły granice i bariery, które na co dzień człowiek stawia drugiemu człowiekowi? Dlaczego mogliśmy szczerze i ufnie patrzeć sobie w oczy? Dlaczego, nie rozumiejąc się, tyle powiedzieliśmy sobie?
Zjednoczyła nas Maryja wokół Jezusa, a On obdarzył nas jednością, gdyż jest samą Jednością!
Jakże zabrzmiało mi wtedy w uszach wołanie Papieża: "Nie bójcie się przygarnąć Chrystusa i przyjąć Jego władzy. Otwórzcie granice Państw, systemów ekonomicznych i politycznych...".
I to stanowiło najwspanialszy cud w Lourdes. Tysiące braci Jezusa, mówiących wszystkimi językami, chwalących Boga wszystkimi językami, tworzących jedno.
Siłą rzeczy staje wtedy przed nami Chrystus, modlący się przed swoją Męką do Ojca: "Ojcze Święty, zachowaj ich w Twoim Imieniu, które mi dałeś, aby tak jak my stanowili jedno" (J 17,11).

