Wywiad redaktora "Rycerza" z o. Kornelem Czuprykiem
27 kwietnia [1986] r. odbyły się w Radomsku uroczystości jubileuszowe w związku z 70. rocznicą święceń kapłańskich o. Kornela Czupryka, prowincjała franciszkańskiego w czasach, gdy powstawały Niepokalanowy polski i japoński. Z tej okazji redaktor "Rycerza Niepokalanej" przeprowadził wywiad z dostojnym Jubilatem, przedstawiając mu pytania na interesujące nas tematy, a zarazem, by wesprzeć jego pamięć - wypowiedzi, jakie on sam uczynił za życia św. Maksymiliana czy po jego śmierci. O. Czupryk potwierdził w pełni swoje dawne oświadczenia.
- Cieszę się, że długoletniemu Przyjacielowi św. Maksymiliana mogę złożyć gratulacje z okazji niezwykłego jubileuszu: 70-lecia kapłaństwa. Mimo 96 lat życia Ojciec Jubilat jest jeszcze aktywny w Winnicy Pańskiej. Chyba to o. Kolbe odwdzięcza się swym niebieskim orędownictwem za przyjaźń i pomoc, dzięki której mógł realizować swoje śmiałe zamiary?
- I ja w to wierzę. Przekonany o jego świętości, polecałam mu się jeszcze za jego życia. Mówiłem mu również: "Pamiętaj, abyś mnie kiedyś bronił na sądzie Bożym".
- Kiedy zaczęła się Wasza znajomość i przyjaźń?
- Poznaliśmy się we Lwowie w roku 1908: on był wtedy uczniem małego seminarium, a ja klerykiem kończącym humaniora. Korzystałem z jego pomocy w matematyce, w której celował. Podobał mi się, a i on, zdaje mi się, czuł do mnie sympatię, gdyż chętnie ze sobą spotykaliśmy się i rozmawiali. Po ukończeniu gimnazjum ja wyjechałem na dalsze studia do Krakowa, a jego jako bardziej zdolnego przełożeni wysłali w parę lat potem do Rzymu. Spotkaliśmy się na nowo w roku 1920 i nawiązali tym razem ściślejsze stosunki, które miały przetrwać aż do jego męczeńskiej śmierci. Miałem z nim wspólny język: on rozumiał mnie, a ja jego.
- Zapewne ten wspólny język dotyczył głównie poglądów na życie zakonne i apostolstwo?
- Tak jest, bo i ja zapisałem się do Rycerstwa Niepokalanej (MI). W 1923 r. wśród kapłanów naszej Prowincji należących do MI powstała myśl w związku z ogólną reformą prawa zakonnego, by tę reformę jak najlepiej przeprowadzić. Oto nasz program wypracowany w Grodnie:
1. Gorliwe zachowanie ustaw zakonnych, a zwłaszcza doskonałe życie wspólne i ślepe posłuszeństwo przełożonym zakonnym w myśl ustaw...; 2. zupełne powstrzymanie się od wódki; 3. gorliwa praca (nie obliczana na wynagrodzenie) nad zbawieniem i uświęceniem dusz - w konfesjonale, na ambonie itd.; 4. gorące a dziecięce nabożeństwo do NMP Niepokalanej.
- Biografowie św. Maksymiliana nazywają Ojca Jubilata "opatrznościowym prowincjałem" dla jego dzieła. Istotnie, w czasie 6-letniego zarządzania Prowincją polską przez Ojca, od 1927 do 1933, powstają: Niepokalanów (1927), Małe Seminarium Misyjne - MSM (1929), Misja Niepokalanej w Japonii (1930), a w niej Mugenzai no Sono (1931). Zakłada je o. Maksymilian, mając pozwolenie i błogosławieństwo Ojca.
- Owszem, zatwierdzałem projekty, które mi Maksymilian przedstawiał, ale czasami wbrew swoim poglądom, bo niejeden taki projekt uważałem za fata morgana, albo wbrew [200]oporom czy opozycji mego otoczenia. Miałem zaufanie do o. Kolbego, a przede wszystkim czyniłem to pod wpływem jakiejś siły wewnętrznej, której nie mogłem się oprzeć. Z perspektywy czasu czuję, że byłem tylko narzędziem Niepokalanej. Weźmy np. założenie MSM. 17 maja 1929 będąc w Niepokalanowie i słysząc uskarżanie się braci Kolbów na brak kapłanów poradziłem im założyć małe seminarium. Powiedziałem to raczej w formie żartu, do którego żadnej wagi nie przywiązywałem. Jakież było moje zdumienie, gdy wkrótce potem, 30 maja, przybył do Krakowa o. Alfons z gotowym projektem otwarcia zaraz po wakacjach tego seminarium. Projektu nie rozpatrywałem i tylko siłą woli panowałem nad sobą: uważałem to za nierealne. Ale po gorącej modlitwie do Matki Bożej jakaś siła wewnętrzna wprost zmusiła mnie do powzięcia pozytywnej decyzji. 2 czerwca wysłałem do o. Maksymiliana list, w którym "w imię świętego Posłuszeństwa" rozkazałem założyć w Niepokalanowie internat już na rok 1929/30. Albo wyjazd o. Maksymiliana na misje. Kiedy zgłosił się z prośbą o to do mnie, odesłałem go do Rzymu, licząc na to, że o. Generał wstrzyma go. Tymczasem o. Alfons Orlini, generał, wyraził zgodę i dał swe błogosławieństwo.
- Czy żałował kiedy Ojciec podjętych w stosunku do naszego Świętego decyzji?
- Może w pierwszej chwili tak, ale nigdy na dłuższą metę. Jakże cieszyłem się, gdy po raz pierwszy w czerwcu 1928 odbywałem wizytację kanoniczną w Niepokalanowie! W sprawozdaniu napisałem: "Duch zakonny tu bardzo dobry... Zwłaszcza wybija się kult do Najśw. Panny Niepokalanej, umiłowanie prostoty zakonnej i ubóstwa franciszkańskiego. Pomiędzy ojcami i braćmi zgoda i miłość braterska wzorowa. Wszystkie ćwiczenia duchowne według naszych ustaw ściśle przestrzegane. Słowem, jest to konwent pod każdym względem wzorowy. I inaczej być nie może: powstał on bowiem z pobudek czysto ideowych, mianowicie szerzenia czci ku Niepokalanej przez wydawanie pisma pt. «Rycerz Niepokalanej». Tej też idei tak ojcowie, jak bracia oddali się całą duszą".
Raz tylko wyrwała mi się skarga do Niepokalanej, gdy na początku 1931 r. otrzymałem depeszę z Japonii o chorobie o. Maksymiliana. Napisałem mu wtedy: "Dopiero śmierć nieodżałowanego o. Alfonsa i już znowu choroba Ojca. Czyżby Niepokalana nas opuszczała? Przecież wiernie Jej służymy. Nie, to być nie może - Ona nas zasmuciła tylko, by potem tym więcej pocieszyć". I pocieszyła. Niepokalanów wkrótce wszedł na drogę znanej ekspansji przedwojennej, a o. Maksymilian, doszedłszy do siebie, 16 maja otwarł Mugenzai no Sono, klasztor, z którego po wojnie powstała nowa Prowincja franciszkańska, a w 1932 r. udał się nawet do Indii, by rozejrzeć się za nowym Niepokalanowem.
- Podziwiam Ojca Jubilata, że po skończeniu swojej funkcji prowincjalskiej udał się na misje do Japonii.
- Zależało mi bardzo na utrzymaniu placówki, którą założył i której los wciąż był niepewny, i na odciążeniu o. Maksymiliana, [201]który był przepracowany. Ale uczyniłem to i z potrzeby serca, pociągnięty jego zapałem misyjnym. Już w lutym 1932 zwierzyłem się mu: "Pragnąłbym i ja oddać się niepodzielnie Niepokalanej i po skończeniu urzędowania w przyszłym roku w lipcu do was przyjechać". Mile wspominam to trzechlecie moje w Mugenzai no Sono, gdzie byłem, wybrany przez kapitułę, przełożonym. Miłość i zgranie wśród zakonników były tak wielkie, że przełożony musiał tylko wglądać, by czegoś nieroztropnego nie popełniono. Podziwiałem braci zakonnych, których wychował o. Maksymilian. "Jak nasi Bracia pisałem to w 1934 r. - pięknie na misjach pracują, jak wydatną pomoc ma w nich kapłan-misjonarz. Przykład ich świątobliwego, pokornego życia, woń cnót, zaparcia się, poświęcenia i gorliwości o chwałę Bożą i zbawienie dusz pociąga wszystkich. A przy tym ile w nich inicjatywy, świętego sprytu, energii... świetny materiał na katechetów, organizatorów młodzieży, imprez itp.". Cieszę się zwłaszcza, że przez trzy lata mogłem żyć razem ze świętym. Zżyliśmy się tam serdecznie i uzupełniali doskonale. Im dłużej z nim żyłem, tym bardziej go kochałem i podziwiałem.
- Kim według Ojca był św. Maksymilian?
- Zadano mi to pytanie z okazji jego beatyfikacji. Odpowiedziałem: "Zdaje mi się że pani Winowska pisząc życiorys o. Maksymiliana trafnie ujęła jego osobowość nazywając go Szaleńcem Niepokalanej. Istotnie, był to Szaleniec Niepokalanej, ale w najlepszym tego słowa znaczeniu. On rozkochał się w Niepokalanej, jak dobre dziecko może rozkochać się w swej najlepszej matce, z tą różnicą, że u o. Maksymiliana nie była to miłość naturalna, lecz nadprzyrodzona. Było to we wrześniu 1933 r. na Oceanie Indyjskim. Jechałem z o. Maksymilianem do Japonii. Jednego dnia, gdyśmy przechadzali się po pokładzie, zwrócił się do mnie i nawiązując do tematu porannego rozmyślania powiedział: «Proszę ojca, wiemy z Ewangelii, że szatan tak potrafił opanować sobą człowieka, że przez niego myślał, mówił i działał. A ja proszę Niepokalaną, żeby Ona przeze mnie myślała, moim językiem mówiła, przeze mnie działała, żebym ja był narzędziem w Jej rękach». I w rzeczy samej, Niepokalana «opętała» go sobą. Ona była racją jego życia, nadawała styl jego życiu. On nie tylko dla Niej pracował i Jej poświęcił wszystkie swoje siły, zdrowie, zdolności, on dla Niej i Nią żył, o Niej myślał, mówił, pisał, pragnął wszędzie, zawsze i we wszystkim Jej wolę pełnić... Pracowałem z o. Maksymilianem dziewięć lat: przez sześć lat jako prowincjał i przez trzy lata jako jego gwardian w Nagasaki. Przyglądając się jego życiu, czynom, nabrałem przekonania, że jest to człowiek Boży. Wszystko, czego się imał, nabierało kształtów, życia, wydawało obfite plony. Bóg mu błogosławił". Nie znam drugiego człowieka, który by tak wykorzystywał życie jak o. Maksymilian. To, co miał i mógł zaofiarować Bogu, to zaofiarował.
- Ojcze Jubilacie, osobiście dziękuję przede wszystkim za to, żeś natchnął swego świętego przyjaciela do szczerego wyjawiania myśli, przeżyć, projektów. Dzięki temu mamy jego obfitą korespondencję, zwłaszcza z lat 1930-1933, która franciszkanom i całemu Rycerstwu Niepokalanej ukazuje głębię ideału MI i otwiera ogromne horyzonty.
- Tak, zachęcałem o. Maksymiliana, aby szczegółowo przedstawiał zadania Niepokalanowa i plany na przyszłość, prosiłem nawet, aby od czasu do czasu przysłał artykuł wstępny do «Rycerza» polskiego i tak zapalał ideałem MI czytelników. 7 stycznia 1931 r. odważyłem się napisać do niego: "A pamiętaj, że przed Tobą praca jeszcze wielka - są przecież mahometanie, którzy o Niepokalanej nie wiedzą; a Indie? Sam pisałeś w tej sprawie do mnie. Do tego dzieła wybrała Niepokalana Ciebie - nie wiem dlaczego Ciebie obrała, nie kogo innego, wszak miała tylu innych lepszych od Ciebie. Może dlatego, by pokazać światu, że to nie ludzkie, ale Jej dzieło. Cześć i hołd Jej za to!".
- Więc jakie wskazanie da nam Ojciec Jubilat w tym dniu swego diamentowego jubileuszu?
- Uwierzyć, że św. Maksymilian jest to mąż opatrznościowy, czerpać obficie z jego spuścizny duchowej i urzeczywistniać jego śmiałe plany, w całkowitym oddaniu się Niepokalanej, aby świat jak najprędzej stał się w pełni Królestwem Najświętszego Serca Jezusowego.


