Mowa tu o ks. Janie Beyzymie SJ (1850-1898-1912), którego dwie rocznice przypadają na obecny Rok Maryjny: 75-lecie jego śmierci (1987) i 90-lecie wyjazdu na Madagaskar do trędowatych (1988). Ten drugi - chronologicznie wcześniejszy - fakt uwidacznia środkowa liczba w nawiasie. Wtedy to w życiu naszego wielkodusznego Rodaka dokonał się zasadniczy przełom, dzielący jego ziemskie dzieje na dwie nierówne części - nierówne nie tylko w długości ich trwania, lecz przede wszystkim w treści i sile przeżyć, bo na czterokrotnie dłuższy okres zwyczajnych zajęć na łonie rodziny czy później w jezuickich domach i na 14-lecie heroicznie ofiarnego miłosierdzia dla ludzi zepchniętych na margines ludzkiego społeczeństwa przy niemniej bohaterskim zaparciu się samego siebie. Jechał bowiem niemal dosłownie do swego grobu za życia, bo z zamiarem całkowitego odcięcia się od świata zdrowych, by wyłącznie przebywać wśród trędowatych, by im jedynie - samarytańskiej trosce o ich rozkładające się ciała i kapłańskiej trosce o zbawienie ich dusz - poświęcić resztę swych lat i sił.
Znów głośno o Posługaczu trędowatych
Ta heroiczność końcowej fazy życia ks. Beyzyma sama przez się jest chyba dostateczną racją, by o nim pisać bez względu na szczególne przynaglenia, by jak najczęściej zaprzątać nim opinię publiczną, zwłaszcza w narodzie, z którego wyrósł, z którym nigdy nie zerwał zażyłej więzi i któremu także na obczyźnie dochował wierności i przysporzył niemało dobrej sławy. "O Beyzymie nigdy dosyć!" - pisał przed laty "Posłaniec Serca Jezusa", wydawany w Chicago, apelując niejako o dalsze o nim wypowiedzi, a więc i o niniejsze wspomnienie jubileuszowe. Ma ono zresztą jeszcze inne ważkie pobudki.
Jedna z nich to podjęte wreszcie i daleko już posunięte starania o wyniesienie na ołtarze naszego miłosiernego Samarytanina. Kanoniczne procesy informacyjne o jego świętości i heroizmie cnót ukończono niedawno w Polsce i na Madagaskarze, a ich dokumentację przekazano Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych w Rzymie dla ostatecznego rozstrzygnięcia sprawy. Aby było ono pomyślne - w tym decydującym momencie przydałaby się nowa porcja modłów o dodatkowe potwierdzające znaki z nieba.
Inna zachęta do odświeżenia w ludzkiej pamięci postaci ks. Beyzyma - to ogromne dziś zapotrzebowanie i uwrażliwienie społeczne na znajomość jego życiowych ideałów i postaw. Okazało się to jak na dłoni, gdy niedawno opublikowano w Krakowie nowy jego życiorys pt. Posługacz trędowatych, pióra ks. Czesława Drążka SJ. Spotkał się on z entuzjastycznym wprost przyjęciem u czytelników, nawet dalekich od przekonań katolickich. Pokłosiem jego lektury stały się liczne wypowiedzi w prasie katolickiej i w prywatnych listach, bardzo pochlebne dla książki i jej autora, a dla jej bohatera pełne podziwu i uwielbienia, podające go za narodową świętość, za obowiązujący wzór do naśladowania, domagające się upowszechniania jego pamięci i znajomości, jak i usilnych starań o rychłe wyniesienie go na ołtarze; bo jeśli on na to nie zasługuje, to któż by inny? - pytano.
Zebrano te głosy w II wydaniu Posługacza trędowatych, gdzie stanowią spory, 23-stronicowy rozdział. Są one wspaniałym hołdem złożonym ofiarnej postawie i działalności polskiego Samarytanina na Czerwonej Wyspie oraz dowo[52]dem, jak potężny i zbawienny wpływ może wywierać jego poświęcenie się na współczesne umysły i serca. Dla przykładu przytoczymy tu jeden tylko z owych głosów, wypowiedziany z laickich pozycji.
"Jan Beyzym... (Książkę o nim Posługacz trędowatych) - pisze Maria A. Hesse! - powinni przeczytać wszyscy bez względu na wyznanie i światopogląd... Dopiero z książki C. Drążka dowiedziałam się o istnieniu tego człowieka tak wielkiego, niepospolitego, o psychice tak rzadkiej piękności, że Polska... może być z niego dumna... Jan Beyzym jest naszą świętością i wartością. O imieniu jego powinny dziś - z wielu przyczyn - słyszeć wszystkie pokolenia katolików nad Wisłą... Przypomnienie Jana Beyzyma jest bardzo na czasie... Książka Posługacz trędowatych na maluchnym odcinku zaowocowała wspaniale: wstrząsnęła mną, człowiekiem o bardzo świeckim światopoglądzie... Jan Beyzym miał kryształową psychikę, nadludzką dobroć w sobie i aktywną miłość bliźniego... Jest w nim to, co powinno przed nim zgiąć kolana ludzi nie należących do społeczności katolickiej czy nawet chrześcijańskiej... Gdy się czyta książkę (o nim), wierzyć się nie chce, że człowiek zwyczajny, z ciała i krwi, jak każdy z nas, potrafi wznieść się do takich wyżyn poświęcenia, wyrzeczenia, samozaparcia, litości, miłości i odwagi...".
Wielki czciciel Bogarodzicy
Wreszcie wspomniany już Rok Maryjny, jaki obecnie przeżywamy z łaski Ojca Świętego, to jeszcze jedna pobudka, by w tym czasie pisać o ks. Beyzymie, szczególnie na łamach maryjnego czasopisma. On bowiem jako wybitny czciciel Bogarodzicy i gorliwy szerzyciel Jej czci wśród swoich i obcych - wśród wziętych pod swe opiekuńcze skrzydła malgaskich biedaków - może być nam doskonałym przewodnikiem w pobożnym i owocnym przeżywaniu tego świętego czasu. Gdy wybierał się na swą miłosierną służbę, to zabrał ze sobą obraz Matki Bożej Częstochowskiej, by mu przypominał opuszczoną na zawsze Ojczyznę i krzepił go w samotniczym zmaganiu się z okropną niedolą trędowatych, swych "czarnych piskląt", jak zwykł był ich czule nazywać, oraz by ukazał i otworzył im samym w nabożeństwie do polskiej Czarnej Madonny, Matki Miłosierdzia, niewyczerpane źródło pociechy i ratunku. Dlatego obraz umieścił w kaplicy trędowni i osobiście dbał o możliwie najpiękniejszy jego wygląd, strojąc go co dzień w świeże kwiaty.
Wzruszających wątków i akcentów maryjnych, znamionujących osobistą pobożność i duszpasterstwo ks. Beyzyma, pełno jest w jego listach-apelach, jakie słał z Madagaskaru do Polski, by poruszyć nimi serca rodaków i skłonić ich do pośpieszenia z pomocą jego nieszczęsnym podopiecznym, by za polskie jałmużny mógł dla nich urządzić porządne schronisko, zbudować im nowoczesny szpital z prawdziwego zdarzenia, co faktycznie udało mu się urzeczywistnić po pokonaniu niezliczonych wprost trudów i przeszkód. Owe maryjne znamiona Posługacza trędowatych nie uszły uwagi licznych czytelników jego życiorysu i listów. Uznano je za naczelny rys jego duchowości. Oto kilka wypowiedzi:
"Najbardziej fascynuje w Posługaczu trędowatych niezachwiana wiara w pomoc Matki Bożej... " - napisała Ziuta. A Jolanta: "Ojciec Beyzym wpoił we mnie gorącą miłość do Matki Najświętszej, miłość, dzięki której udaje mi się przetrwać wszystkie życiowe niepowodzenia...". Jacek· zaś wśród głównych znamion duchowości o. Beyzyma wymienił jego heroiczną ufność, pokładaną w Bogu i Matce Bożej. "Uważał się zawsze za Jej sługę i narzędzie, a całe swoje dzieło misyjne za Jej dzieło. I stąd tak głęboko i niezachwianie ufał. Bo jeśli to Jej dzieło, to Ona najlepiej je prowadzi. I będzie tak, jak Ona zechce. I dlatego gotów był przyjąć wszystko, co go spotka, nie ustając w pracy... Łączył wysiłek swój z poddaniem się woli Bożej. I ufał. I wzywał w każdej chwili pomocy i opieki Matki Bożej".
Maryjność Beyzymowska nie była niezwykła i wyjątkowa w swym zewnętrznym kształcie i wyrazie; kształt miała raczej skromny i prosty, bo skupiała się - jak już wspomniano - na kulcie obrazu Matki Bożej Częstochowskiej, a przejawiała się najczęściej we wzywaniu imienia Maryi i odmawianiu "Zdrowaś" przy wszelkich sposobnościach i potrzebach. Za to niezwykła i wyjątkowa była jej rozległość i głębia, która wyrażała się w bezgranicznym wprost zaufaniu do Matki Najświętszej i zawierzaniu Jej opiece wszystkich spraw i kłopotów owego arcytrudnego i niewdzięcznego misjonarstwa.
Niezwykle zaufanie ks. Beyzyma do Bogarodzicy jaśniało szczególniejszym blaskiem w chwilach najtrudniejszych, kiedy np. zaraza dziesiątkowała jego pisklęta, a on nie miał żadnych lekarstw, a zwłaszcza kiedy jak z motyką na słońce, bez grosza przy duszy, porwał się na budowę wielkiego i nowocześnie urządzonego szpitala. Żadne burze i ciosy nie zachwiały tej jego ufności. Nie upada na duchu, gdy zawiodły go rachuby co do przypuszczalnych kosztów zamierzonej [53]budowy; okazały się one pięciokrotnie większe, niż początkowo sądził, a jednak ufność jego ani na cal nie zmalała. A kiedy w miarę postępujących robót zaczęły krążyć pogłoski o wrogich wobec niej zakusach, ks. Beyzym nie przejął się tym wcale. "Nie zważałem wiele na te gadania pisał w jednym z listów - bo myślałem sobie, zobaczymy, co Matka Najświętsza powie na to... W gruncie rzeczy cieszy mnie to wszystko, bo przez to wyraźniej okazuje się opieka Najświętszej Mateczki, która zawsze radzi o swojej czeladzi".
Kiedy zaś nawet miejscowy biskup pod wpływem takich plotek zaczął się skłaniać do przerwania budowy, to z ust naszego misjonarza usłyszał taką "egzortę": "Księże biskupie, o zatrzymaniu robót nie ma co i myśleć, bo to by było oznaką zupełnej nieufności w opiekę Najśw. Panny. To być nie może". Najmocniejszym chyba stwierdzeniem ufności Apostoła Marany do Matki Najświętszej będzie zapewne następujące jego powiedzenie, które nabrało dość szerokiego rozgłosu: "Co mi tam wszystkie ich rządy! Mój rząd to sama Najświętsza Pani. Jak Ona - rozporządzi, tak będzie, a nie jak rząd francuski" (Madagaskar był wówczas kolonią francuską). I rzeczywiście ufność jego pokonała wszystkie trudności i odniosła zwycięstwo. Szpital, budowany wbrew nadziei, został ukończony i po dziś dzień służy ulżeniu doli najnieszczęśliwszych.
Zdumiewa i rozczula to dziecięce nabożeństwo i zaufanie ks. Jana Beyzyma do Matki Chrystusa, a także widoczne jego skutki - niemal cudowna Jej pomoc, świadczona mu nieraz w jego madagaskarskich tarapatach. Czyż nie powinno to pobudzać i zachęcać czcicieli Maryi, by jego maryjną postawę nie tylko podziwiać, ale i odtwarzać we własnej pobożności, owszem, by modlić się o rychłą beatyfikację tego dzielnego sługi Bogarodzicy dla jeszcze większego rozsławienia jego i Jej imienia!
Modlitwa o beatyfikację Sługi Bożego O. Jana Beyzyma
Wszechmogący, wieczny Boże! Tyś w sercu Ojca Jana Beyzyma rozpalił tak wielką miłość bliźniego, że oddał się cały na posługę najnieszczęśliwszych ludzi i na tej posłudze życie swe złożył w ofierze; prosimy Cię za przyczyną Niepokalanej Matki, której On wszystko zawierzał, byś prośby nasze wysłuchał i do chwały błogosławionych miłosiernie go dopuścił.
Ojcze nieskończenie dobry, udziel mi za wstawiennictwem Sługi Twego Ojca Jana Beyzyma tej łaski, o którą Cię z ufnością proszę... Przez Chrystusa Pana Naszego. Amen.
[s. 53]
Uwaga: Ktokolwiek otrzyma szczególną łaskę od Boga za wstawiennictwem O. Jana Beyzyma, niech łaskawie prześle wiadomość o tym wraz z krótkim opisem otrzymanej łaski pod adresem: Księża Jezuici, ul. Zaskale 1, 30-250 Kraków. Nakład książki Posługacz trędowatych jest wyczerpany.
[s. 53]

