Dzień 16 czerwca już od samego rana był dla mnie wielkim świętem. Żadna praca mi nie szła, wszystko leciało z rąk, robiło się tylko to co najkonieczniejsze. Trudno się było doczekać wyznaczonej godziny na przylot samolotu z Najdostojniejszym Gościem.
W napięciu patrzyłam na otwierające się drzwi samolotu, na osobę naszego Księdza Prymasa, który pierwszy wszedł do środka. Za dobrą chwilę ukazała się w drzwiach Biała Postać Ukochanego Rodaka. Serca nasze mocniej uderzyły, oczy napełniły się łzami. Odczuliśmy realnie, że od tej jasnej postaci promieniowało coś, co trudno dosłownie określić, to tak jakby w pochmurny, chłodny i deszczowy dzień zaświeciło nagle ciepłe, promienne słońce. Ojciec Św[ięty] wyciągnął do nas swoje ręce takim gestem jakby chciał nas wszystkich przygarnąć do siebie. Swoim dobrym jasnym spojrzeniem objął wszystkich, nawet tych przy telewizorach. Jego ręce błogosławiły Polskę, jego usta dotknęły ziemi - jakby chciał poświęcić to wszystko, co Polskę stanowi. Teraz już wszyscy na dobre płakali, ale nikt się tych łez nie wstydził, bo były to łzy radości, nadzfei, łzy szczęścia. Oto znów będziemy przeżywać Wielkie Narodowe Rekolekcje, rekolekcje głoszone przez samego
Zastępcę Chrystusa Pana, rekolekcje, których zazdrościć nam będą następne pokolenia.
Na osobiste spotkanie z Ojcem Świętym pojechałam do Krakowa. Chociaż zdawałam sobie sprawę, że nie będzie możliwości z bliska zobaczyć Ojca Świętego, to jednak sam fakt, że zobaczę choćby z daleka tę drogą nam wszystkim Postać, że usłyszę jego niepowtarzalny głos bezpośrednio od ołtarza, nie pozwolił pozostać w domu. Taka szansa może się już nie powtórzyć więcej. Cała przyroda przygotowała się na ten niepowtarzalny dzień z wielkim przepychem świeżej wiosennej zieleni. Po porannych mgłach tak się zupełnie wypogodziło, że nie było na niebie ani jednej chmurki. Błękit nieba, świeża wiosenna zieleń i złoto słońca, którego tak brakowało w poprzednich dniach, uczyniły ten dzień jeszcze bardziej pięknym i uroczystym. Pomimo nieprzespanej nocy, niewygodnego dojazdu, pieszej wędrówki na Błonia krakowskie od samego Płaszowa, nie czuło się zmęczenia. Byliśmy pod wrażeniem niezwykłej chwili. Oto za chwilę nadjedzie Ojciec Święty i zobaczymy go osobiście już nie na ekranie telewizora, [$1]nie na fotografii, ale bezpośrednio twarzą w twarz. Usłyszymy jego ciepły ojcowski głos, przepojony miłością i życzliwością dla każdego człowieka nie z radia, nie z telewizora, ale bezpośrednio z jego ust.
Burzliwe oklaski i okrzyki oznajmiły wszystkim, nawet z najdalszych sektorów, że oczekiwany GOŚĆ już jest między nami na krakowskich Błoniach. Wszystkie lornetki podniosły się do oczu. Niektórzy mieli to szczęście, że byli blisko miejsca, którędy papież przejeżdżał. Witał wszystkich gestem swoich dobrych rąk, uśmiechem, spojrzeniem jasnych oczu, które zdawały się dostrzegać każdego człowieka z osobna. To nic, że jest dość daleko od ołtarza, to nic, że jedynie przez lornetkę mogę dokładnie widzieć Drogą Postać, ale przecież jesteśmy tu RAZEM z NIM, wspólnie będziemy się modlić, wspólnie śpiewać. Jesteśmy jedną ogromną Rodziną.
Wreszcie zaczyna mówić. Co za głos, piękny, wyraźny, jeden jedyny, najpiękniejszy na całym świecie. Każde słowo, które tu pada, ma wagę złota, bo On przecież ma moc sięgającą poza ten materialny świat: "Cokolwiek zwiąże na ziemi, będzie związane, czyli potwierdzone i w niebie, a cokolwiek rozwiąże na ziemi, będzie rozwiązane i w niebie".
Nie będę opisywać przebiegu tego nabożeństwa, bo uczynili to już dawno lepsi ode mnie, chcę tylko zaznaczyć, że nigdy nie zapomnę tej uroczystości: na tle wspanialej scenerii - Wawelu z jednej strony, kopca Kościuszki z drugiej strony - nieprzeliczone rzesze, których nie przyciągnęła tutaj ani ciekawość, ani jakiś odgórny nakaz. Przybyli tutaj ludzie z całej Polski, aby przeżyć osobisc1e niepowtarzalne chwile wspólnej modlitwy z Piotrem naszych czasów, Ojcem Św[iętym] Janem Pawłem II, zastępcą samego Chrystusa Pana, a zarazem naszym Rodakiem, tak bliskim każdemu polskiemu sercu, a tym bardziej nam z południowej części Polski.
Tego dnia jeszcze raz los uśmiechnął się do nas łaskawie. Oto kiedy wracaliśmy z Błoni na stację kolejową - powiedziano nam, że za chwilę tą ulicą będzie przejeżdżał Ojciec Święty do Nowej Huty. Na tę wiadomość ustawiliśmy się na brzegu chodnika i mimo skwaru słonecznego popołudnia, żadna siła nie zmusiłaby nas do opuszczenia tego miejsca. Opłaciło się to czekanie, bo za jakąś godzinę Ojciec Święty rzeczywiście przejeżdżał tą ulicą. Oto już jest bardzo blisko, ale twarz ma zwróconą na drugą stronę ulicy i błogosławi tam stojących. Ogromne napięcie - czy się do nas też odwróci? - Już jest w odległości może 3-4 metrów i oto jakby przyciągnięty siłą naszych oczu - odwraca się do nas, uśmiecha się, błogosławi. Co za radość, jakie okrzyki, co za eksplozja uczuć! Wszystko to trwał o zaledwie sekundy, ale na zawsze pozostanie w sercu i w pamięci.
Ubogacona wewnętrznie, wracałam do domu z przeświadczeniem, że był to najpiękniejszy dzień w moim życiu.
Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że nie napisałam tutaj nic nowego, ani ciekawszego, co już zostało napisane i powiedziane o Pielgrzymce do Ojczyzny naszego Rodaka Ojca św. Jana Pawła II, niemniej była to jeszcze jedna okazja, by wspomnieć i przeżyć - jakoby na nowo - to niepowtarzalne spotkanie z Piotrem naszych czasów, za co jestem Redakcji "Rycerza Niepokalanej" bardzo wdzięczna.

