Moje spotkanie z Piotrem naszych czasów

Druga pielgrzymka Ojca Świętego Jana Pawła II po Polsce była wielkim przeżyciem dla społeczności ludzi wierzących, dla każdego z nas. Wróciliśmy z niej z bagażem zasadniczo tych samych doznań, jakie były udziałem wszystkich Polaków. Kształtują one duchowe oblicze narodu. Podzielmy się, Drodzy Czytelnicy, swoimi przeżyciami z tych niezwykłych dni pobytu Ojca Świętego w poszczególnych miejscach kraju, w tym i w Niepokalanowie. Swoje impresje uchwyćmy w słowa i przyślijmy je do redakcji "Rycerza". Najciekawsze relacje znajdą się na łamach Waszego czasopisma. W obecnym numerze zamieszczamy dwie wypowiedzi mieszkańców Niepokalanowa.

Widziałem, słyszałem, dotykałem

Na wiadomość o planowanym przyjeździe Ojca Świętego do Polski mówiłem jak wielu "niewiernych" Tomaszów: "Jeśli nie ujrzę i nie dotknę, nie uwierzę".

Kiedy swoje "nie wierzę " powtarzałem jeszcze tydzień przed przybyciem Jana Pawła II, usłyszałem propozycję:

- Czy Ojciec postara się o akredytację i zbierze trochę materiałów do Rycerza z pielgrzymki Ojca Świętego?

- Może zrobi to ktoś inny, bardziej ruchliwy, zręczny i zaradny - próbowałem lekko się bronić. W rzeczywistości moja ciekawość brała górę nad wątpliwościami i nawet byłem rad, że "obrona" okazała się za słaba. Mam to zrobić...

Trochę trudności z akredytacją, a potem - oczekiwanie. Ostatnie dni... ostatnie godziny... i wreszcie...

Warszawa, 16 VI 1983 r.

Jadę na lotnisko, chcę zobaczyć, dotknąć, powitać. Niestety, nie załatwiłem jednej formalności: specjalnej karty wstępu. Idę zatem do katedry, ale i tu nie jest łatwo. Zaopatrzony w aparat fotograficzny, kartę akredytacyjną i różaniec pokonuję szereg barier i już jestem wśród tłumu przed katedrą św. Jana. Wiatr chłosta łysinę, nogi drętwieją. Wreszcie z głośnika ulicznego rozlega się najpierw zapowiedź spikera, potem szum samolotu, śpiew, przemówienia i znajomy, mocny, ojcowski głos Papieża: "Pokój Tobie, Polsko! Ojczyzno moja!".

Choć z lotniska do katedry jest pół godziny drogi, czas przejazdu wydłuża się do godziny. Powinna to być godzina modlitewnego oczekiwania. Niestety, reporterski styl bycia udzielił się i mnie: rozmowy, trzask aparatów, poszukiwanie najlepszego miejsca...

Nagle powstaje szum jak wezbranych wód. To oklaski tłumu na Placu Zamkowym. Pojawiają się samochody ochrony i nareszcie oszklony Papa-mobile, a w nim stojący Pielgrzym. Widzę Go na własne oczy.

- Ujrzałeś, niewierny Tomaszu?!

- Tak! Ujrzałem i usłyszałem, ale jeszcze nie dotknąłem.

Niepokalanów, 18 VI 1983 r.

Dotknąć pragnąłem, choć trochę się bałem. Pan jednak wziął za - słowo. Dotkniesz.

Na lądowisko mogą wejść tylko konkretne osoby: przedstawiciele władz duchownych i świeckich, ochrona i uprzywilejowani fotoreporterzy, a wśród nich "niewierny" i trochę nachalny Tomasz.

Helikopter dotyka ziemi w ściśle naznaczonym miejscu. Za chwilę stopa Ojca Świętego staje na niepokalanowskim gruncie. Powitania oficjalne i nieoficjalne... Jan Paweł II przechodzi przed pocztem sztandarowym niepokalanowskiej straży pożarnej. Wita się z wiernymi, rozmawia. Na tle łanu żyta On, Pasterz, zatrzymuje się dłużej przed żywym barankiem trzymanym na rękach przez rolnika z Poznańskiego.

[252]

- Bliżej, Tomaszu, bliżej! Dotykaj! - słyszę wewnętrzny głos.

Więc się nachylam i całuję Jego ojcowską dłoń. Dotknąłem.

Wydawało mi się, że w oczach Papieża był lekki wyrzut: "Nie bądź niedowiarkiem...". Trwało to tylko chwilkę. Stąd z tym większą wiarą szukałem okazji, aby jeszcze raz dotknąć Ojca Świętego. Bóg, który wzbudził to pragnienie, przygotował też i drogę.

Po Spotkaniu z przedstawicielami rodzin zakonnych w bazylice niepokalanowskiej Jan Paweł II udał się do zakrystii, w której zgromadzili się przełożeni zakonni. Coś mnie tknęło, żeby tam wejść, chociaż nie jestem przełożonym. Wszedłem i tam po raz drugi dotknąłem Namiestnika Chrystusa.

Dotknąłeś, Tomaszu - pomyślałem sobie - ale czy uwierzyłeś tak, jak Tomasz z kart Ewangelii?

O. T. Lach

Nie widziałem go z bliska

Dla nas, mieszkańców Niepokalanowa jestem uczniem Niższego Seminarium Duchownego im. św. Maksymiliana - pielgrzymka Ojca Świętego zaczęła się kilka [253]miesięcy wcześniej, gdy trzeba było zabrać się do ciężkiej pracy przygotowawczej. Nie szczędziliśmy wysiłku, zmęczenia i potu. Były jednak momenty, że osobiście miałem tego wszystkiego "serdecznie dosyć ". Prawie zawsze zamiast rekreacji i odpoczynku - wożenie cegieł, sprzątanie, porządkowanie... W takich chwilach zniechęcenia podnosiła mnie na duchu świadomość, że tej wizyty potrzebuje naród. Ludzie zmęczeni i sfrustrowani czekali na wskazówki, jak żyć w Polsce roku Pańskiego 1983, jaką postawę przyjąć wobec wydarzeń, które miały miejsce w naszej Ojczyźnie.

Przygotowania postępowały naprzód, ale wyczuwało się nastrój niepewności, czy rzeczywiście przyjedzie. Wątpliwości rozwiały się dopiero w chwili, gdy samolot z Gościem lądował na Okęciu.

Duże wrażenie zrobiła na mnie homilia Papieża wygłoszona na Stadionie X-lecia w Warszawie. Dawała ona odpowiedź na dręczące nas wątpliwości i pytania. Kluczem do rozwiązania

sporów jest dialog, miłość chrześcijańska, zwyciężanie zła dobrem, pojednanie, przebaczenie.

Ostatnie dni były nerwowe. Należało wszystko przygotować na przyjęcie gości. W piątek przyjechali alumni Niższego Seminarium z Legnicy i pomagali nam we wszelkiego rodzaju pracach. Od piątkowego popołudnia zaczęliśmy żyć przyjazdem Papieża. Rozpoczęły się dyżury w sektorach, kontrola dokumentów. Trwało to prawie całą noc, z krótką przerwą na spoczynek. W sobotę o godz. 4 rano - odprawa: podział stanowisk. Uległem wrażeniu, że panował nieporządek. Było mnóstwo kleryków - porządkowych z innych seminariów, stąd nie zawsze było wiadomo, co kto ma robić i za co odpowiadać. Postałem trochę przy sektorach, a potem udałem się przed bramę wejściową, od strony linii kolejowej.

Osobiście na wizytę Ojca Świętego patrzę przez pryzmat własnych obowiązków. Przez kilka godzin napływały nieustannie fale ludzi z różnych stron Polski: ze wschodu i zachodu, z północy i południa. Były grupy duże oraz indywidualni pielgrzymi z torbami, plecakami, siatkami. Na wielu twarzach było widać zmęczenie całonocną podróżą lub czuwaniem. Co chwila musieliśmy rozstrzygać różne konflikty; stawaliśmy przed dylematem: wpuścić kogoś czy też nie wpuścić. Decyzję musieliśmy podejmować szybko. Część obecnych na uroczystości nie miała kart wstępu. A ponieważ pielgrzymi w każdych warunkach są tylko ludźmi, więc nawet przy okazji tak podniosłego wydarzenia próbowali najzwyczajniej oszukiwać porządkowych. Mieliśmy kilka momentów krytycznych, kiedy tłum chciał nas dosłownie roznieść.

Obserwowałem reakcje ludzi: jedni podnieceni, zdenerwowani szybkim krokiem udawali się na swoje miejsca, inni spokojni, opanowani, z pełnym wyrozumieniem i szacunkiem przyjmowali wszystkie polecenia. Widziałem, jak trudno panować nad masami. Jeden nieodpowiedzialny gest lub słowo może spowodować kryzys. Zastanawiałem się, w jakim stopniu ich obecność jest wyznaniem wiary, a w jakim chęcią zaspokojenia ciekawości.

Gdy napływ ludzi zmniejszył się, poszedłem pilnować wejścia do klasztoru. Dyżurowałem wraz z jednym bratem zakonnym, lecz on był tak zmęczony, że zasypiał stojąco, więc cały ciężar spadł na mnie.

Powiem szczerze: ja Papieża w Niepokalanowie nie widziałem z bliska, a takich jak ja było w klasztorze wielu, gdyż ktoś musiał pilnować porządku, dbać o całość. Sama Msza św. jakby przeszła obok mnie; słyszałem jedynie pewne fragmenty przemówienia Papieża.

Obraz, który przedstawiłem, jest prozaiczny. Komentator radiowy lub telewizyjny użyłby wielkich słów, podkreśliłby doniosłość wydarzeń. Wszystko to jest prawdą.

Wizyta ta z pewnością była potrzebna nie tylko Polsce, ale i całemu światu. Ja ją opisałem tak, jak widziałem od strony "kuchni". Uświadomienie doniosłości wydarzenia, być może, przyjdzie później.

Jarosław Madej

Grafika do art. Moje spotkanie...

[s. 252] Janie Pawle II, jesteś nam potrzebny | Fot. Interpress.