Czekaliśmy na jego przyjazd wszyscy, na pewno wszyscy. Chcieliśmy usłyszeć, co nam powie, jaką da nam radę na dzisiejsze czasy. Jakże inne były te - dni od tamtych sprzed czterech lat! Teraz cierpiał Ojciec Święty i cierpiała Ojczyzna.
Przylot Ojca Świętego na Okęciu oglądałam w telewizji, ale myślą byłam ze starszym synem, który z dziećmi i brzemienną żoną stali gdzieś przy jednej z warszawskich ulic i czekali na Błogosławieństwo papieskie.
Kiedy Ojciec Święty wyszedł z samolotu, a ja zobaczyłam jego smutną twarz i pochyloną postać, nie mogłam się powstrzymać od płaczu.
W czasie pierwszej pielgrzymki, powiedział z mocą na placu Zwycięstwa: "Niech zstąpi Duch Święty i odnowi oblicze ziemi! Tej ziemi". A teraz przyniósł nam upragniony pokój - "Pokój tobie, Polsko! Ojczyzno moja!".
W następnym dniu, w pracy, pozwolono nam obejrzeć w telewizji spotkanie w Belwederze.
Przygotowywałam się do wyjazdu na spotkanie z Ojcem Świętym. Planowałam Kraków, bo najbliżej, ale zaproponowano mi Częstochowę z młodzieżą. Skorzystałam. W sobotę rano śpieszyliśmy z synem do pociągu, żartując, że jestem studentką roku zerowego.
Na dworcu jakże było inaczej niż przed czterema laty. Przyjazny głos zapowiadał przez megafony: "...młodzież z duszpasterstwa akademickiego zajmuje następujące wagony...". A kilka lat temu nie można było nająć autokaru do Częstochowy, bo... Wynajmowało się do innej miejscowości, a kierowca stawał na parkingu z dala od klasztoru. A jednak zmienia się oblicze ziemi.
W pociągu był duży tłok, ale młodzież jest wspaniałą i ciągle znajdowało się jeszcze miejsce.
W drodze pieśni, mo9litwy, rozmowy, pozdrowienia przez okna i wreszcie Częstochowa.
Na wzgórzu już są tłumy: Wtapiamy się w nie i my, chociaż z trudem. Stoję i już wiem, że nie będę nic widziała. Przypominam sobie cztery lata temu w Krakowie przed siedzibą. Kurii, widziałam wtedy dobrze. Utkwił mi w pamięci obraz: Ojciec Święty i Prymas w oknie, jak narodowy sztandar-biało-czerwony w świetle reflektorów. Teraz musi mi wystarczyć wspomnienie.
Stoimy tak ciasno, że zaczyna robić się gorąco, mimo bardzo chłodnego dnia. Po kilku godzinach zaczynają mdleć niektóre osoby. Robimy miejsce, wzywamy lekarza i dalej oczekujemy na przyjazd Papieża. Wreszcie nadlatują 3 helikoptery. Las rąk wznosi się w górę. Oklaski.
Nagłośnienie bardzo dobre. Słyszymy wszystko dokładnie. Trochę oczekiwania i Ojciec Święty wchodzi po schodach specjalnie z-budowanych na szczyt. Burza oklasków, śpiewy, radość. Już nie czuję, że mi nogi zdrętwiały.
Potem Msza św. Słyszę komentarz księdza ze szczytu, że odbywa się składanie darów ofiarnych. Każdy dar ma swoją wymowę. Idzie też młodzież oazowa, którą próbowano zniesławić. Na zakończenie idzie dziecko. Z okazji korzysta mama i idzie za dzieckiem. Oboje zostają przyjęci przez Ojca Świętego. Ksiądz mówi: "Nie myślcie, że to uda się innym".
Potem wieczorny Apel jasnogórski. Widzę [344]tylko wieżę klasztorną, na której falują flagi. Z tyłu, na drzewach - mimo tłumu, mimo głośników - ptaki śpiewają swoje pienia na cześć Maryi. Ten śpiew towarzyszy modlitwie Ojca Świętego.
Do młodzieży mówi: "Może zazdrościmy Francuzom, Niemcom czy Amerykanom... Że o wiele łatwiej są wolni. Podczas gdy nasza polska wolność tak bardzo kosztuje... nie pragnijmy takiej Polski, która by nas nic nie kosztowała...".
Chcę zobaczyć Ojca Świętego. Podnoszę lusterko w górę, staję na palcach i widzę w świetle lamp malutką postać w czerwonym płaszczu. Jest daleko, ale jego głos jest blisko, mówi do każdego z nas.
W zapadającym zmroku patrzę w górę na wieżę i mówię w duszy: Matko, przyjdę tu do Ciebie w tym roku pieszo. Spraw, żeby mi nic nie przeszkodziło.
Zakończyło się spotkanie z Ojcem Świętym około 22 godziny. Chcemy podejść bliżej, żeby przyjąć Komunię św. Podchodzimy pod same schody, ale tu nie ma kapłana. Przyglądamy się pięknie ubranym kwiatami - zielonym schodom - schodom nadziei. Na szczycie jest pięknie, kolorowo, jasne światła. Zaczyna padać drobny deszcz. Na wzgórzu pątnicy rozścielają płaszcze, folie i przygotowują się na całą noc.
Młodzież z Gdańska skanduje: "Otwórzcie drzwi Papieżowi...". Potem śpiewają Barkę - może wyjdzie Gość nasz jeszcze do nas?
Wycofujemy się do wyjścia. Znajdujemy kapłana rozdzielającego Komunię św. Potem idziemy do dworca kolejowego na godz. 1:40 w nocy. Na każdym skrawku trawnika, chodników, na dworcu, pod krzewami śpi zmęczona młodzież, która pozostaje na niedzielę. Pada deszcz, jest zimno. Serce - mi się ściska, kiedy patrzę na tych śpiących modlę się: Matko, chroń ich, aby się nie pochorowali.
Z dworca co chwilę odjeżdżają zatłoczone pociągi w różne strony Polski. Odjeżdża i nasz.

