Na dzień drugiej pielgrzymki apostolskiej Ojca Świętego do Ojczyzny czekałem z niecierpliwością. Jednak nie przypuszczałem, aby mnie, więźniowi obozu koncentracyjnego, było dane spotkać się z nim w Niepokalanowie.
Dnia 18 czerwca br. wraz z tysiącami pielgrzymów spoglądałem co chwila w pokryte chmurami niebo, czy nie nadlatuje helikopter z oczekiwanym Gościem. Najmocniej jednak przeżyłem te chwile, gdy wraz z Franciszkiem Gajowniczkiem oraz Nicetem Włodarskim wziąłem udział w procesji ofiarniczej. Do oczu cisnęły się łzy, serce biło coraz mocniej, gdy poruszając się na kulach, wspierany przez kleryka z krakowskiego seminarium, zbliżałem się do ołtarza, by stanąć przed obliczem dobrotliwego Pasterza. Zadawałem sobie pytania, co usłyszę od Ojca Świętego i co ja mu odpowiem?
A gdy już przyszło do tego, usłyszałem spokojne, ale mocne słowa:
- Modlitwa cierpiącego i chorego więźnia, oświęcimiaka, bywa bardziej skuteczna. Módl się za Papieża, za mnie, Drogie Dziecko!
- Ojcze Święty - odpowiedziałem modlę się za Ciebie, a moim cierpieniem coraz bardziej utwierdzam się w Bogu. Bardzo proszę o łaskę błogosławieństwa!
W tym momencie Ojciec Święty uczynił znak krzyża św. i z uśmiechem wręczył mi różaniec.
Stałem jak urzeczony. Z trudem odpowiedziałem cicho "Bóg zapłać". Gdy odchodziłem, nie zdawałem sobie jeszcze w pełni sprawy z wagi wydarzenia. Dopiero na wózku inwalidzkim trochę ochłonąłem i wtedy rozpłakałem się jak dziecko. Zrozumiałem, że to był najpiękniejszy dzień mego życia.
Kiedy tam, w Oświęcimiu, na tej nowoczesnej Golgocie, spotkałem o. Maksymiliana, współwięźnia i kolegę, czy mogłem przypuszczać, że kiedyś spotkam się w Niepokalanowie z Namiestnikiem Chrystusa na uroczystości zorganizowanej ku jego czci Świętego - Męczennika?
Tam, w Oświęcimiu, wobec dymiących krematoriów i ciągłego zagrożenia, mimo odarcia nas ze wszystkich ludzkich cech, mimo strachu i rozpaczy wciskającej się do duszy, Święty pomógł nam swoją ofiarą uświadomić sobie naszą godność człowieczą i uratować to, co w nas najistotniejsze. Dziś, tu, w Niepokalanowie, z jego powodu znalazłem się oko w oko z Apostołem Dobrej Nowiny i otrzymałem z jego ręki błogosławieństwo dla siebie, dla moich najbliższych, dla całej rodziny.
Do smutnych i okrutnych wspomnień nie należy wracać. Nie wiem, dlaczego one przyszły na ziemi niepokalanowskiej, tam gdzie żył, pracował i modlił się św. Męczennik miłości. Niech ten niezapomniany dzień spotkania z Ojcem Świętym w Niepokalanowie pozostanie symbolem nadziei i miłości!
