Moje spotkanie z Janem Pawłem II

RYCERZ NIEPOKALANEJ (4)

A, b, c o sobie: Jestem alumnem Niższego Seminarium Duchownego dzięki spotkaniu z Ojcem Świętym.

Chciałbym podzielić się z Wami wspomnieniami z drugiej pielgrzymki Jana Pawła II do ojczyzny.

Od paru lat moje postępowanie i wiara toczyły się zupełnie różnymi drogami. Wiara, Bóg i wszystko, co się z tym wiązało, wydawało mi się odlegle, wątpliwe. Ów świat zadrżał w posadach 16 X 1978 r., gdy Polak został Namiestnikiem Chrystusowym. Wcześniej Go nie znałem, a już od tego momentu poczułem do Niego wielką sympatię. Dlaczego właśnie On? Dlaczego? Nie wiem.

Na szlak Jego drugiej wędrówki trafiłem dość przypadkowo. Jeszcze 16 VI 1983 r. oglądałem Go w TVP, a 22 czerwca jechałem już pociągiem do Krakowa. Trudno mi powiedzieć, co mnie do tego skłoniło. Faktem jest, że w tę pamiętną środę dołączyłem do licznie zgromadzonego tłumu przed Kurią Metropolitalną w Krakowie.

Około godziny 21:40 na balkonie ukazał się Papież. Był taki jak zawsze, z placu św. Piotra. A... jednak nie taki. Był jakiś inny, uszlachetniony dziwną siłą emanującą Mu z twarzy. Była to siła mi nie znana i coraz mocniej atakowała sztuczną powłokę, w której się krylem. Działo się ze mną coś niezwykłego. Podniosła atmosfera niecodziennego spotkania, dziwna moc papieskich słów i ogarniające mnie uczucie wprawiały mnie w jakiś nieziemski nastrój. Niezgłębiony niepokój opanował moje znękane serce. Serdeczny żal ściskał moje wnętrze. Twarda dusza topniała w płomieniach, które nie niszczą, ale oczyszczają. Dławiło mnie to uczucie. Nie byłem w stanie wydusić ze siebie słowa. Wszystko grzęzło gdzieś w gardle. Nie wytrzymałem. Uczucie, tłumione wewnątrz, wybuchło jak nawałnica. Runęło z szybkością gromu i zsunęło się jak lawina. Rozgorzał wielki bój: "Czy to Ty, Panie? Nie, ja nie chcę Ciebie... proszę, nie burz mego świata. To jest mój świat i Ty nie masz do niego prawa. Nie potrzeba mi pana. Nie, nie zbliżaj się do mnie... ja nie chcę Twego miłosierdzia, nie chcę Twojej łaski!!!!! Nie, nie myśl sobie, że będę jedną z Twych owieczek! Nic z tego! Nie masz prawa tego ode mnie żądać... nie, zostaw mnie w spokoju... nie... ja...".

Nagle histeria przeobraziła się w spokój. Odczuwałem coraz przyjemniejsze i spokojniejsze falowanie myśli. Czułem Jego obecność. Już [114]się nie broniłem. Byłem Jego więźniem. Ja tak walczyłem, a On zwyciężył. Pokonał mnie. Usidlił oporną duszę. Oczy zaszkliły się gorzkimi Izami. Tak, to były ostatnie łzy mej "wolności". Powoli zsunęły się po policzku i odleciały gdzieś w przeszłość. Mój życiorys zaczął się od nowej kartki. W mojej jaźni zatarła się granica między rzeczywistością a marzeniem... Gdy ochłonąłem, dobiegły do moich uszu słowa piosenki. To była Barka. A ja chwaliłem Boga. Dziękowałem za cud przemiany. Nie wiem, skąd brały się słowa. Czułem tylko, jak wielką treść poddaje mi Barka:

"Panie, ja wiem, że Ty potrzebujesz mych dłoni. Wiem, że potrzebne jest Ci me młode serce wrażliwe na drugiego człowieka. Człowieka, który oczekuje pomocy. Pragnie choć krzty miłości, zrozumienia u innych. Takich ludzi czeka setki, tysiące, miliony... A Ty czekasz na ludzi młodych, ludzi napełnionych Duchem św., którzy pójdą, jak Apostołowie, na morza serc ludzkich. Pójdą, aby łowić. Bo Twoje sieci muszą być pełne. Trzeba ciągle zaczynać od nowa. Ciągle je napełniać. Czy ja temu podołam?". Ja, człowiek o technicznej mentalności, rozmawiałem z czymś, czego jeszcze parę chwil wstecz nie było w moim świecie. Wszystko, co mogło się odbić w moich oczach, nabierało nowego blasku. Było nowe. Zobaczyłem potęgę Mocarza, którzy zgniótł mą nikczemną pychę. Zdeptał domek z klocków, który uważałem za swój świat.

- A Papież?

- Stał na balkonie, jak Christ the Teacher. Na jego bardzo prostych i przekonywających argumentach budowałem swój nowy świat. To był nowy dom położony na Boskim fundamencie. Dom spotkania: Bóg, bliźni i ja. Ja stałem i przytakiwałem każdemu jego słowu. Niczego nie brałem już na rozum. Niczego nie kwestionowałem. Dziękowałem mu za to, że pomógł mi odnaleźć Boga.

Ta fala, którą on wywołał, porwała mnie i uniosła ze sobą. W starciach z brzegami rzeki - którą płynęła owa fala - prysł, jak mydlana bańka, mój świat. Jeszcze parę chwil temu powiedziałbym, że wszystko straciłem. Jednak teraz dopiero zdaję sobie sprawę z tego, co zyskałem. To, co zgubiłem, było niczym w porównaniu z tym, co znalazłem.

Istota tego wieczoru pozostała we mnie. To było ziarno, którego zadaniem było kiełkować. Miało być "Bożym Robakiem", który miał trawić moje wnętrze. Doprowadzić mnie do Chrystusa. Kierować ku doskonałości. Do świętości.

Chrystus nie szedł na żaden kompromis. Chciał, żądał ode mnie oddania Mu się bez reszty. I oddałem Mu się. Wszedłem na drogę, która prowadzi do Niego.

Moje wspomnienie o Ojcu Św[iętym] może wydaje się prozaiczne, ale dla mnie jest i pozostanie bardzo ważne. Umyślnie nie cytowałem jego wspaniałych homilii, nie relacjonowałem jego pielgrzymki. To znamy. Zapisały to taśmy magnetofonowe, kamery telewizyjne, nasze mózgi.

Ale właśnie ten późny czerwcowy wieczór utkwił mi w pamięci. Dlaczego?

Dlatego, że to był punkt zwrotny, wielki zakręt na drodze mojego życia. A wszystko zawdzięczam jemu - Janowi Pawłowi od Boga. Piotrowi naszych czasów. Jest dla nas, jak:

- Chrystus, sam w udręczeniu, a pociesza,

- Paweł Apostoł, niesie "radosną nowinę" całemu światu,

Tak, On idzie naprzeciw nowym czasom, wychodzi na spotkanie Chrystusowi.

- Maryja, jednoczy i kocha nad wszystko.

Grafika tytułowa