Moje doświadczenie miłości

Zawsze ciekawiła mnie śmierć i umieranie. Chyba każdy człowiek wybiega myślą w eschatologię, w sferę spraw ostatecznych, pragnie przeniknąć granicę śmierci i samą śmierć niejako "chwycić za nogi". Przeżyłem jednak coś zupełnie nieoczekiwanego, bo oto doświadczenie śmierci stało się dla mnie doświadczeniem MIŁOŚCI. Zdarzyło się to wówczas, gdy umierała najdroższa mi osoba... matka... mamusia...

Konała, a właściwie cicho gasła... Pamiętam doskonale jej ostatnie słowa, gesty... Chwytałem jej każde poruszenie, szept warg... Starałem się być tak blisko, by nic nie uronić. Śmierci jednak nie zobaczyłem i właściwie nie doświadczyłem nic poza bólem. Każdy umiera sam, samotnie, i nikt z ludzi nie może w niczym pomóc i zmienić.

Doświadczyłem tego... Wzrok umierającej mamy nieruchomo wpatrzony w krzyż, trzymany mocno w dłoniach. Usłyszałem wypowiadane z miłością słowa: "Jezu, Jezu..." Nikt nie istniał poza umierającą i Ukrzyżowanym. Nikt i nic.

Tylko na chwilę przerwałem ich dialog, kiedy głęboko pochylony nad mamusią, poczułem jej słabnącą rękę na mojej głowie. Przytuliła mnie ostatni raz i cicho wyszeptała: "Synuniu, czy nie jesteś zmęczony?" To był dla mnie szczególny moment, doznałem miłości przesłaniającej śmierć. Miłość matki trwa do końca... więcej: miłość nie ma końca.

Teraz, gdy patrzę na obraz Serca Jezusowego, na nowo jakbym widział miłość matczyną i łatwiej mi zrozumieć MIŁOŚĆ SERCA JEZUSOWEGO.