Mój Przyjaciel

RYCERZ NIEPOKALANEJ (1)

Jak poznałem Chrystusa? Pytania tego nigdy bym sobie nie postawił bez pomocy moich braci i sióstr z ruchu Światło-Życie. Nie myślałem, że kiedykolwiek będą mógł powiedzieć zgodnie z prawdą: "Kocham Chrystusa i wszystkich ludzi".

Skończywszy szkołę podstawową poszedłem do szkoły zawodowej. Zamieszkałem w internacie. Przez pierwszy rok byłem uczniem zdyscyplinowanym, ale w drugiej klasie zaczęło się wszystko zmieniać. Aby nie pozostawać sam ze sobą, zacząłem przebywać w złym towarzystwie. Czas wolny spędzaliśmy na piciu wódki w lesie lub w rowie. Na początku trochę się wstydziłem, potem już nie. Był czas, że upijałem się do nieprzytomności, gdyż był to warunek pozostania członkiem szajki. Wtedy zaczęły się oczywiście różne kłopoty. Kilka razy "wpadłem" w internacie, a nawet wydalono mnie z niego na pewien czas. Nie zmieniło to jednak mojego postępowania. Szkołę jakoś wreszcie skończyłem. Do pracy nie poszedłem od razu. Każdego tygodnia czekałem niecierpliwie soboty, bo wówczas mogłem brać udział w "zabawie". Pierwsze kroki kierowałem oczywiście do bufetu, a potem - wiadomo jak - bawiłem się. Na te "zabawy" chodziłem z kuzynem Marianem. W takim stanie wydawało mi się, że jestem królem: mam alkohol, mam dziewczyny, czegoż mi jeszcze potrzeba. A jednak nie wystarczało mi to, choć nie wiedziałem, czego mi brakuje.

Marian pod wpływem miejscowej wspólnoty oazowej pojechał na zorganizowane przez nią rekolekcje. Po powrocie powiedział, że podpisał Krucjatę Wyzwolenia Człowieka, co i mnie zaproponował. Zaszokował mnie, bo jak tu wyrzec się alkoholu i dziewcząt. Ale choć z ociąganiem się podpisałem. Do czego się zobowiązałem, uświadomiłem sobie później, gdy brałem udział w wiejskich weselach. Jak tu nie wypić i nie "zabawić się". Ilekroć brałem kieliszek na pierwszym weselu, tyle razy coś wołało w mojej duszy: "podpisałeś". Z wielkim trudem wytrzymałem, ale straciłem dotychczasowych kolegów. Został mi tylko kuzyn. Wkrótce i on wyjechał. Zostałem sam. Ciężko mi było, ale jakoś się pogodziłem z tym stanem.

W sąsiedniej parafii odbywały się rekolekcje ewangelizacyjne. Z siłą przemówiły do mnie słowa: "Samo chodzenie do kościoła, to nie wszystko. Bądź zimny albo gorący". Uświadomiłem sobie, że jestem letnim człowiekiem, a więc najgorszym. Postanowiłem zmienić się. Włączyłem się do wspólnoty oazowej i pojechałem z nią na wakacje. Tam Chrystus powrócił do mojego serca. Ale wiedziałem, że i szatan nie zostawi mnie w spokoju. Wówczas na modlitwie usłyszałem: "Bądź wierny!" Staram się odtąd być nim i wiem, że mój największy Przyjaciel - Jezus jest zawsze ze mną.