Misyjne wezwanie

Nie stanął przede mną Chrystus w szacie białej,
Nie wziął mnie za rękę, by zaprowadzić do klasztornej bramy,
Nie słyszałam dźwięku Jego słów.
A jednak - na pewno wiedziałam, że mam być tu,
I... nie poszłam wskutek życiowego zawodu,
Jakiegoś nieszczęścia, rozpaczy;
Nie, to było zupełnie inaczej.
Po prostu widziałam jasno, jak na dłoni,
Że mam wszystko rzucić i pójść
Pomimo wielu trudnych przeszkód...
A przecież byłam taka, jak moje koleżanki;
Bardzo lubiłam muzykę, piosenki, wycieczki, gry w piłkę
I telewizji srebrny ekran.
Owszem, to wszystko bardzo przyjemne,
Ale to było dla mnie za mało.
Coś we mnie wciąż mówiło, wołało,
Coś stale pytało: Co więcej? Co potem? Co dalej?
Nienasyconą mą duszę
Ciągnęło coś jak magnes,
Czułam, że iść muszę, że trzeba rzucić swe życie młode
W tę najcudowniejszą przygodę.

A potem...

Potem trzeba przebrnąć jeszcze przez pożegnania;
Spłakane oczy mamy i
Ojca bolesne spojrzenie,
Uściski koleżanek, przyjaciółek, sąsiadek...
Nie było to takie proste.

A teraz, to już tylko ulga
I radość, że się wie, po co się żyje
I ciekawość, że się coś zaczyna,
Że się wchodzi na tajemniczą drogę,
Która wiedzie na pewno do Boga.

Co będzie dalej...?

Wiem, że tyle zadań przede mną, tyle pięknej pracy,
Życie twórcze, piękne i bogate.
Tyle ludzi czeka, by im czynić dobrze:
Dzieci, chorzy, biedacy...
A w tym życiu wszystko ważne i święte,
Nawet smutki i bóle...
Wszystko przydać się może.