Pisać o miłości rodzicielskiej - czyli miłości rodziców do dzieci - to zadanie niełatwe, którego trudności dostrzega się dopiero, gdy przyjdzie zabrać się do tego. Bo i jakiż to rodzaj miłości? Czy uczuciowa miłość pożądania i upodobania, a więc miłość-potrzeba, miłość-pragnienie? Czy też rozumowa miłość dobrej woli, miłość-dar? Wydawać by się mogło, że i jedno, i drugie - a przecież każdemu "tak" może odpowiadać tu jakieś "nie", jakieś zaprzeczenie, często bardzo tragiczne.
Ileż wspaniałych hymnów wyśpiewała literatura i sztuka na cześć miłości macierzyńskiej, którą uważa się powszechnie za najpiękniejszą i najsilniejszą wśród naszych miłości ziemskich. Miłość ta jest też najbardziej zdolna do poświęceń dla dobra dziecka, gotowa wszystko oddać. A więc wspaniała miłość dobrej woli, miłość-dar...
Ma objąć każde dziecko
Lecz przyjrzyjmy się bliżej tej sprawie. Instynkt macierzyński i wywodzący się z niego instynkt opiekuńczy to ważny element kobiecej psychiki. W odpowiednich warunkach, a więc w małżeństwie, normalna kobieta chce mieć dziecko i cieszy się na nie, a po urodzeniu kocha je miłością skłonną do poświęceń. Jest to miłość-potrzeba, uczuciowa miłość pożądania i upodobania. Dziecko nie jest tu tylko biorcą - jest i dawcą, daje swej matce wiele satysfakcji płynącej z zaspokojenia silnego instynktu. Lecz jak wygląda sytuacja, gdy instynkt ten jest już zaspokojony, a zjawia się nowa, nieplanowana ciąża? Trudno powiedzieć, w jakim odsetku przypadków dziecku takiemu darowuje się życie i nie chciana ciąża zostaje donoszona, ale sądząc po liczebności rodzin z trojgiem czy czworgiem dzieci nie musi tych przypadków być zbyt dużo. Natomiast wiemy mniej więcej - choć też niedokładnie - ile jest decyzji przeciwnych - w ilu przypadkach takie nie chciane dziecko usuwa się z łona matki zabijając je przez rozszarpanie na kawałki bez żadnego znieczulenia. Tak przecież wyglądają realia zabiegu "przerwania ciąży".
Czymże więc w rezultacie jest - i na jaką ocenę zasługuje - ta miłość macierzyńska, która jedno dziecko pieści, a drugie zabija? I często zabija po to, by te, które wcześniej przyszły na świat, miały "lepiej" - oczywiście w sensie materialnym, w sensie tzw. stopy życiowej.
A przecież nie tylko religia poucza, że człowiek jest od poczęcia człowiekiem, a przerwanie ciąży jest zabójstwem własnego dziecka. Pouczają o tym również nauki biologiczne, a także prawo, które dziecku poczętemu, lecz jeszcze nie urodzonemu przyznaje (niezależnie od okresu ciąży) takie same przywileje, jakie ma dziecko kilkuletnie (prawo do dziedziczenia, do ubezpieczenia i inne) - pozostaje więc tylko podziwiać, że nie przyznaje mu prawa do życia uzależniając to od kaprysu matki.
Niemałą rolę odgrywają tu również względy demograficzne i patriotyczne. Kraj nasz pilnie potrzebuje znacznie większej liczby obywateli niż ma obecnie, a dzieci już poczęte, lecz jeszcze nie narodzone, to również członkowie społeczeństwa jego najmłodsza warstwa, z którą wiąże się narodowa przyszłość i jej perspektywy. Brak miłości dobrej woli w stosunku do tych najmłodszych, odmawianie im prawa do życia, to podcinanie tej przyszłości, osłabianie i niszczenie własnego narodu.
Bardzo chcemy "liczyć się" na świecie, a przecież w naszej sytuacji liczyć się będziemy tylko wtedy, gdy będziemy dostatecznie silni swą liczebnością, moralnością i pracowitością. Nie grozi nam głód - przeciwnie, za dużo mamy chorób z przekarmienia - a nasza polska ziemia mogłaby wyżywić wielokrotnie więcej ludności niż dziś, zwłaszcza gdyby przyjął się racjonalny, prawdziwie zdrowotny sposób żywienia. Ci, którzy boją się dla Polski przeludnienia, powinni uświadomić sobie, że człowiek to nie tylko żołądek, który domaga się jedzenia, ale to również ręce, które pracują i wytwarzają, i mózg, który przez swe pomysły i wynalazki ulepsza rzeczywistość. Ogólnie biorąc przeciętny pracownik więcej w ciągu życia produkuje niż może zużyć dla siebie i swej rodziny.
Rodzicielstwo jest niewąt[p]liwie najważniejszym źródłem siły i znaczenia narodu - musi to być jednak źródło nie tylko obfite, ale i czyste, nie zatrute, prawdziwie życiodajne. A tą życiodajną siłą jest właśnie miłość nie tylko instynktowna, uczuciowa, lecz mądra, prawidłowa miłość dobrej woli, która jest gwarantem dobrego wychowania potomstwa.
Warunkiem - miłość między rodzicami
Zapytajmy z kolei, jak jest z miłością rodzicielską do dzieci już urodzonych - już może kilku - czy kilkunastoletnich? W ilu rodzinach ta sprawa ma istotnie ważne znaczenie? Bardzo trudno ocenić lecz w pewnym sensie odpowiedź na to daje liczba rozwodów oraz małżeństw, w których pożycie i atmosfera domowa balansują na krawędzi rozwodu. Wszędzie tam, gdzie rodzice nienawidzą się nawzajem i zatruwają sobie życie przez ciągłe konflikty i awantury, tam dzieci są nie tylko głównymi ofiarami takiej sytuacji, lecz i często przeszkodami na drodze do innego, nowego "szczęścia". Przecież ogromna ilość rozwodów ma za przyczynę zdradę [135]małżeńską - związanie się jednego z rodziców z inną osobą. Tam, gdzie rewolucja seksualna święci tryumfy, gdzie na najwyższym piedestale stawia się seks i prawo do erotycznego "szczęścia", tam miłość do dzieci schodzi oczywiście na daleki plan jeśli w ogóle jeszcze odgrywa rolę. Może utrzymywać się jakieś uczuciowe "przywiązanie", ale nie sposób tu mówić o miłości dobrej woli, mającej na celu dobro i pomyślny rozwój dziecka. Trzeba pamiętać, że dziecko jest niejako "połączeniem" ojca i matki - biblijne słowa "dwoje w jednym ciele" do niego pasują najtrafniej, a ścisła duchowa więź i miłość między rodzicami jest dla niego tym, czym dla rośliny słońce - pierwszorzędnym warunkiem prawidłowego rozwoju. Narastająca między rodzicami nienawiść i ich rozwód to dla dziecka ciężka duchowa trucizna, często powodująca wykrzywienie charakteru, a nawet wykolejenie życia. W latach 1950-1980 w miarę rozwoju rewolucji seksualnej i erotycznej swobody obyczajów w kraju naszym kilkakrotnie wzrosła roczna liczba rozwodów a równolegle do tego liczba dzieci porzuconych (tzw. sierot społecznych) oraz liczba samobójstw i przestępstw u nieletnich.
10-12% rodzin stanowią matki samotne, 1 % samotni ojcowie. Widać z tego, że i kobiety porzucają rodziny, jednak znacznie rzadziej niż mężczyźni. Miłość macierzyńska jest więc ogólnie biorąc znacznie silniejsza niż ojcowska. Ten ogólnie znany fakt znajduje pełne potwierdzenie w dziedzinie macierzyństwa i ojcostwa nieślubnego. Nie chcąc czy nie mogąc się żenić, ojciec taki niemal z reguły nie troszczy się o spłodzone przez siebie dziecko, nawet alimenty trudno nieraz od niego wydobyć. Rocznie rodzi się w Polsce około 30 tysięcy dzieci nieślubnych, ale przecież nieślubnie spłodzonych jest wielokrotnie więcej, jeśli przyjąć, że około 50-60% ślubów odbywa się już "w ciąży". A w ilu przypadkach śluby takie są odbywane pod presją "przymusu" i tylko przez ciążę złączeni małżonkowie szybko zmierzają potem do rozwodu. To również owoce rewolucji seksualnej, która głosząc hasło: "nie ślub, a miłość upoważnia do pożycia", miłością i kochaniem nazywa... sam akt seksualny.
Nawet gdy dziecko "nieudane"
Przedślubne pożycie i jego skutki to odrębny temat, którego tu rozwijać nie będę. Wróćmy do pytania: jak wygląda miłość do dzieci, które rodzą się i wzrastają w normalnym, przeciętnym małżeństwie. Mierząc tę miłość sumą świadczeń materialnych i duchowych, różnorodnych wysiłków, starań i poświęceń można by powiedzieć, że jest to zarówno wysokiego stopnia miłość dobrej woli, jak uczucie - miłość pożądania i upodobania. Z drugiej strony dziecko jest też "dawcą", zaspokaja instynkt rodzicielski i ma być dla rodziców "pociechą", a na starość podporą i pomocą.
Uczucie rodzicielskie w niemałej mierze żywi się ową "pociechą" z dziecka i nadzieją z nią związaną. Miłość rodzicielska kwitnie i napawa szczęściem, gdy dziecko jest "udane", ładne, zdolne, uczy się dobrze i rokuje świetne nadzieje. Ale jeśli dzieje się wręcz odwrotnie? Jeśli dziecko przysparza tylko zmartwień i kłopotów, a dorastając przynosi zamiast chluby nieszczęście - poczucie hańby? Jeśli syn dostanie się do więzienia? córka zajdzie w nieślubną ciążę? Jak reaguje wtedy miłość rodzicielska? Niestety - bywa, że gaśnie, gorzknieje, a nawet zamienia się w nienawiść, która odżegnuje się od własnego dziecka, wyklina je, wyrzuca z domu itp. Zanika miłość uczuciowa, która żądała pociechy i chluby, żądała dla siebie rodzicielskiego szczęścia. W takich przypadkach uwydatnia się w całej pełni brak miłości dobrej woli, tej miłości, która niezależnie od uczuć kieruje się rozumem, obowiązkiem i moralnym prawem.
A przecież nie kto inny, lecz właśnie ci rodzice odpowiedzialni są za wychowanie tego dziecka na nich też spada niemała część winy za jego błędy i moralne upadki. I nawet jeśli miłość uczuciowa zanika, nadal istnieje obowiązek dobrej woli, pomocy, opieki i wszelkich starań, by zbłąkane dziecko sprowadzić z powrotem na dobrą drogę. Miłość dobrej woli nigdy nie ma prawa zanikać. I gdyby stała ona na straży wychowania dzieci od ich najmłodszych lat, nie byłoby tylu trudnych sytuacji w rodzinach. Tak często zdarzający się dziś rozłam między rodzicami a dziećmi, niezrozumienia, konflikty, a nawet wrogość, korzeniami swymi sięgają bardzo głęboko do zasadniczych błędów popełnianych już w najwcześniejszej fazie życia dziecka. Niestety, tzw. miłość rodzicielska często bywa samolubna, egoistyczna i krańcowo nierozsądna. Bardzo istotną jest tu kwestia, jak patrzy się na rodzicielstwo, czy widzi się w nim bezcenną wartość powoływania do życia i kształtowania nowych ludzi, czy też dostrzega się przede wszystkim, a nawet prawie wyłącznie ciężary, koszty, obniżenie stopy życiowej i ograniczenie osobistej swobody.
Poświęcenie, karność, dobry przykład
Ludzie widzący w rodzicielstwie wielką wartość planują w sposób odpowiedzialny na ogół kilkoro dzieci - tyle, ile mogą porządnie wychować. Dzieci są dla nich największym skarbem, nadzieją na przyszłość i przedłużeniem własnej egzystencji. Jest to słuszne nawet z biologicznego punktu widzenia: w dzieciach żyją przecież nadal chromosomy i geny rodziców, ich cechy, zdolności i możliwości. Nie tylko więc cieleśnie, ale i psychicznie dzieci są poszerzeniem i utrwaleniem bytu ich życio[136]dawców na nieskończony łańcuch pokoleń. Wychowanie każdego dziecka wymaga oczywiście wielu wysiłków, ofiar i wyrzeczeń, ale te rodzicielskie trudy podejmowane są chętnie, gdyż cel, jaki im przyświeca jest uznany za piękny i godny pożądania.
Jeżeli większa liczba dzieci pojawia się w rodzinie nie dlatego, że wszystkie były planowane, lecz dlatego, że poczucie świętości życia i posłuszeństwo dla przykazań religijnych nie pozwalają na przerwanie zaistniałej ciąży, to taka rodzicielska ofiarność ze względu na swoją motywację nabiera również cech ascezy religijnej. Zresztą każde rodzicielstwo - również planowane - staje się ważnym elementem służby religijnej, jeżeli dzieci wychowuje się nie tylko dla siebie i społeczeństwa, ale przede wszystkim dla Boga.
Ludzie, którzy w rodzicielstwie upatrują głównie ciężary, zwykle ograniczają liczbę dzieci do jednego, co zarazem bardzo pogarsza warunki wychowania. Dziecko takie często wyrasta na bezwzględnego, nieczułego egoistę, któremu się wszystko "należy" i który sam nie poczuwa się do żadnych obowiązków. Taki jedynak przysparza rodzicom nieraz więcej zmartwień i kłopotów niż trójka czy czwórka dzieci w innej rodzinie i w zdrowej atmosferze wychowawczej.
Psychologia twierdzi, że decydujące dla wychowania i charakteru są pierwsze trzy lata dziecka. To, co się w tym okresie ukształtuje, można później zmieniać już tylko z wielkim trudem. Ale co się kształtuje w tym tak wczesnym okresie? Można powiedzieć, że jest to pewien ogólny "pogląd na świat". Albo dziecko dostrzeże, że w tym świecie panuje pewien porządek, pewne prawo i ustalona hierarchia wartości i tego nie wolno zmieniać, a rodzice, choć kochają i pieszczą, są zarazem surowymi stróżami tych praw - albo też dziecko nie dostrzega żadnego porządku dochodząc do przekonania, że jedynym prawem, które musi być respektowane, są jego własne zachcianki, a rodzice są po to, by je natychmiast spełniali. Takie dziecko nieraz wyrasta na domowego tyrana, który terroryzując otoczenie staje się dla swych bezwolnych rodziców takim ciężarem, że za nic nie chcą już drugiego dziecka.
We wczesnym dzieciństwie wychowanie dokonuje się nie przez słowa, których niemowlę jeszcze nie rozumie, lecz przez rozsądne i konsekwentne postępowanie rodziców, w którym już są zawarte "nagrody i kary", wskazujące kierunek panującego w otoczeniu porządku. Im bardziej wychowanie we wczesnym wieku zdoła zbliżyć dziecko do tej postawy "porządku i prawa", tym większy będzie później autorytet rodziców, tym łatwiejsze wychowanie i lepsze jego rezultaty. Gdyby rodzice częściej usiłowali wyobrazić sobie swe niemowlę czy kilkulatka jako dorosłego, gdyby częściej zadawali sobie pytanie, jaki człowiek wyrośnie z tak chowanego i tak traktowanego dziecka, jaki będzie w przyszłości jego charakter i stosunek do ludzi i świata, dużo łatwiej uniknęliby błędów, które tak często popełniają w wychowaniu małego jeszcze, a później i starszego dziecka.
W krótkim artykule nie sposób dokładniej analizować tych błędów. Wiele z nich ma swe źródło w egoizmie rodziców, w samolubnej miłości, która małe dziecko nieraz traktuje jak "zabawkę" pieszczoną i strojoną na pokaz, a od dziecka starszego żąda - również dla własnej satysfakcji - by realizowało wolę rodziców, ich zamierzenia i cele, których oni sami zrealizować nie mogli.
Samolubna miłość rodzicielska to zarówno ta, która "dla świętego spokoju" spełnia wszelkie zachcianki dziecka, jak i ta, która dla jego "dobra" gniecie jego indywidualność ciężarem twardych rozkazów i strachem przed karą, nie szanując jego sekretów, nie przyznając mu prawa do własnej decyzji i własnego życia. A przecież istotą wychowania nie są twarde a często niezrozumiałe rozkazy rodzące bunt i wrogość, lecz polecenia wyjaśniane, tłumaczone, odwołujące się do moralnego porządku i prawa.
Św. Paweł pisze: "Ojcowie, nie pobudzajcie do gniewu waszych dzieci, lecz wychowujcie je w karności i w nauce Pańskiej" (Ef 6,4).
Pogodna atmosfera w domu
Jak już podkreślałam, niezwykle ważnym czynnikiem jest wzajemna miłość rodziców i ich absolutna zgoda i solidarność w stosunku do dzieci i w przyjętym systemie wychowawczym. Trzeba dołożyć wszelkich starań, by dom byt oazą spokoju i ładu, wzajemnej miłości i zaufania. Właśnie to zaufanie, głęboka przyjaźń i więź duchowa między rodzicami i dziećmi jest tak ogromnie ważnym czynnikiem w prawidłowym wychowaniu.
Narzekając na swe dzieci i martwiąc się nimi rodzice przede wszystkim powinni bezstronnie i krytycznie spojrzeć na siebie samych i na dom, który stworzyli, ocenić własne postępowanie i przykład, który dają.
Pewien wychowawca zadał swym uczniom z klas IX i X wypracowanie na temat: "Jak wychowywałbym własne dzieci?" Wyniki tej oryginalnej ankiety były godne uwagi. W 80% odpowiedzi na pierwszym miejscu wymieniano stworzenie w domu pogodnej atmosfery, połączonej z wzajemnym zaufaniem, zrozumieniem i przyjaźnią. Na drugim miejscu znalazły się sprawy ściśle wychowawcze, a tzw. sprawy bytowe zajęły miejsce ostatnie. W żadnej wypowiedzi nie było pretensji do rodziców o brak komfortu i w ogóle o sprawy materialne. [137]Autor ankiety stwierdza, że dzieci bardziej cenią dobry humor domowników niż dobry obiad.
Prawdziwa i świadoma swego powołania miłość rodzicielska zawsze znajdzie czas na rozmowy z dziećmi, na przekazywanie im istotnych wartości, piętnowanie zła, kształtowanie ich charakterów przez stawianie wymagań i karcenie, gdy jest to konieczne - zawsze jednak zgodnie z wymaganiami sprawiedliwości i rozsądku.
Streszczając to wszystko można stwierdzić, że prawidłowo pojęte rodzicielstwo to nie tylko budowanie własnego rodzinnego szczęścia. Dla człowieka wierzącego to wspaniała współpraca z Bogiem - powoływanie i kształtowanie nowych ludzi dzieci Bożych. A dla każdego, kto kocha swą ojczyznę, to również cenna działalność patriotyczna. Dobro naszego kraju wymaga wielkiej liczby zdrowych i prawidłowo wychowanych dzieci są one największym skarbem i nadzieją pomyślnej przyszłości naszego narodu.
