Właściwie może należałoby napisać w tytule - "miłość narzeczeńska", gdyż chodzi tu o młode pary, które twierdzą, że się kochają i może już planują ślub. Ale czy istnieje dziś jeszcze instytucja narzeczeństwa? Dawniej różne sytuacje bywały ściśle określane - o dziewczynie mówiło się: sympatia, ukochana, narzeczona, kochanka, a każdy z tych wyrazów znaczył co innego. To samo w stosunku do mężczyzny. Dziś mówi się: "jej chłopiec", "jego dziewczyna", ale co oznaczają te słowa? Są one jak parawan, za którym nie wiadomo, co się dzieje, ale za którym najczęściej szybko przechodzi się do seksu. Czy zawsze z uczuciowej miłości, którą bardzo łatwo pomylić ze zwykłym rozbudzonym popędem? Czy w tej fazie są tylko kochankami? Czy może już postanowili małżeństwo i jako narzeczeni ocenili, że mają prawo do pożycia?
Przyjrzyjmy się bliżej tej miłości, która ich do przedślubnego pożycia doprowadziła. Warto się przyjrzeć, bo, niestety, wiele młodych par tak zaczyna i często bierze się ślub już z powodu ciąży. Szczególne następstwa ma to u jeszcze niepełnoletnich nastolatek. W 1986 r. ponad 28 tysięcy nieletnich par ubiegało się o pozwolenia na ślub właśnie z powodu ciąży. A statystyki wykazują, że co drugie małżeństwo takich nastolatków później rozpada się zostawiając nieszczęsne dziecko na opiece dziadków.
Zwodnicze "argumenty"
Czy to, co ich do pożycia skłania, to miłość, głębokie uczucie? Czy po prostu rozbudzony popęd, ciekawość, chęć "sprawdzenia się"? Czy po prostu moda na seks, konformistyczne hasło: "tak robią wszyscy" (nie można więc "odstawać")? Inicjatywa do pożycia wychodzi zwykle od mężczyzny, który w różny sposób może dążyć do celu. Rozpatrzmy tu dwa najczęstsze "argumenty".
1) Dziewczyna ma mu dać "dowód miłości i zaufania" przez seksualne oddanie się. A czego on jej daje dowód przez takie żądanie? Przede wszystkim tego, że nie umie panować nad swym popędem. Że dąży tylko do własnej egoistycznej przyjemności. I że jej wcale nie kocha.
Nietrudno to udowodnić. Przecież gdyby miał dla niej choć najprostszą życzliwość, nie narażałby jej na ryzyko ciąży, które spada tylko na nią - nie na niego. A termin poczęcia zawsze wyjdzie na jaw, nawet po najszybszym ślubie, wywołując niemiłe - zwłaszcza dla niej - komentarze. Toteż nawet gdyby ona sama chcąc mu sprawić "przyjemność" dążyła do pożycia, właśnie miłość i wzgląd na jej dobro kazałyby mu odmówić, poczekać z tym do ślubu. Zapewne - może on obiecywać, że w razie ciąży zaraz wezmą ślub. Ale czy może być pewny, że nie wystąpią jakieś nieprzewidziane przeszkody? albo nawet, że sam dnia ślubu dożyje? Przecież może ulec wypadkowi, stracić życie, a ją pozostawić w ciąży. Zresztą jeśli tak pragnie seksu, czemu od razu nie przyśpiesza ślubu, który rzekomo może tak przyspieszyć w razie ciąży? Gdyby tę dziewczynę naprawdę kochał, chciałby ją przede wszystkim związać przez ślub, a jeśli dąży tylko do seksu, można podejrzewać, że chce sobie zostawić jeszcze wolną rękę co do wyboru żony.
Dla dziewczyny krzywdą będzie również przedślubne pozbawienie dziewictwa. Zostaje tu odebrane coś, czego odzyskać nie można. Ślubu jeszcze nie ma, a gdyby nastąpiło zerwanie, w przyszłości inny narzeczony może przywiązywać wagę do tej sprawy.
2) Drugi bardzo pospolity "argument" to konieczność seksualnego wypróbowania się. "Czy będziemy do siebie pod tym względem pasować?" Jest to już zupełnie wyraźne oświadczenie braku miłości. -"Nie ty sama jako osoba jesteś dla mnie ważna, lecz właśnie «te rzeczy». I jeśli coś będzie «nie tak», to się rozejdziemy" - przecież właśnie to daje do zrozumienia mężczyzna, który żąda takiej próby. I jeśli sam nie zdaje sobie sprawy z istotnej treści tego żądania, świadczy to źle o jego inteligencji. Widać też, że nie rozumie on różnic, jakie zachodzą między kobiecym a męskim erotyzmem. Różnice te powodują, że są oni z natury seksualnie "niedobrani" i muszą się do siebie dopiero "dopasować", czego terenem ma być właśnie małżeństwo. On musi "douczyć się" ofiarnej miłości, ona reakcji cielesnych, a to udaje się najlepiej w atmosferze małżeńskiej stabilizacji, miłości i zaufania. Jeśli na etapie przedmałżeńskim szybko przechodzi się do seksu, budzi to namiętności, zaślepia i stwarza silny węzeł biologiczny w okresie, gdy trzeba właśnie bystro i beznamiętnie obserwo[138]wać danego kandydata czy kandydatkę do małżeństwa, a więź duchowa i uczuciowa między nimi nie jest jeszcze umocniona. A gdy przyjdzie ciąża, szybko bierze się ślub i potem... tragedia. "Przecież myśmy się nie znali... on był zupełnie inny... ona inna itd." Tak właśnie często bywa. Poznali się, owszem, ale od strony seksu, a człowiek to nie tylko sfera seksualna. To przede wszystkim psychika, charakter, wychowanie, światopogląd. A w małżeństwie nie seks jest najważniejszy, lecz współżycie dwóch różnych sfer psychicznych, i od tego współżycia wszystko zależy - również seks. Przedślubne seksualne "próby" właśnie jako próby nie mają sensu, gdyż nie dają żadnej rękojmi na przyszłość. Jeśli w małżeństwie zabraknie więzi duchowej, głębokiej przyjaźni i miłości dobrej woli, udany przedślubny seks psuje się i nie ratuje przed rozwodem. Przecież wśród tych, którzy się rozwodzą, na pewno. znaczna większość dokonywała przedślubnych "prób". I czy im to pomogło do małżeńskiego szczęścia? Czy ocaliło przed rozwodem?
Wręcz przeciwnie. Przedślubne pożycie ma tu szkodliwy wpływ, świadczy o braku moralnych zasad i braku prawdziwej miłości, zwłaszcza po stronie mężczyzny. Brak tu szacunku dla ludzkiej godności partnera, dla siebie samego i dla swego małżeństwa. W ten sposób bardzo osłabia się fundament przyszłego szczęścia. I cóż dziwnego, że ten fundament tak często się rozpada. Im więcej "przedślubnych prób" i "dowodów miłości", tym więcej rozwodów. Zależność psychologiczna jest tu oczywista.
Więcej troski o przyszłe szczęście małżeńskie.
Zauważmy, że podejmując przedślubne pożycie, przekonując się nawzajem, że "miłość jest ważna, a nie ślub", że bez ślubu "też można", ci młodzi ludzie degradują i dewaluują swe małżeństwo kładąc znak zapytania na jego przyszłości i torując drogę dla przyszłych zdrad. Dlaczego? Bo i później - gdy będą już małżonkami - każda nowa, z boku przychodząca "miłość" będzie miała wyższą rangę niż ich małżeństwo. Można więc powiedzieć, że decydując się na przedślubne pożycie ta młoda para jakby podcina gałąź, na której chce budować swe gniazdo.
Gdyby zachowali przedślubną powściągliwość, małżeństwo otworzyłoby przed nimi krainę nowych doznań, nowych pięknych wartości, przez co stałoby się czymś ważnym i cennym. Jeśli jednak te doznania i wartości zostały "skonsumowane" już przed ślubem, małżeństwo może łatwo przedstawić się już tylko jako niezbyt ciekawy, szary i trudny okres różnych kłopotów i obciążeń.
Nie zawsze inicjatorem przedślubnego pożycia jest mężczyzna. Bywa, że dziewczyna prowokuje to chcąc wybranego chłopca związać ze sobą i, choćby przez ciążę, umiejętną psychiczną presją zaprowadzić do ślubu. Ale czy w ten sposób szykuje sobie szczęście? Młoda dziewczyna powinna pamiętać o tej psychologicznej prawdzie, że nie uległość czy narzucanie się, lecz właśnie powściągliwość i opór z jej strony wzmagać będzie miłość mężczyzny. Im bardziej jest męski, tym bardziej ceni to, co trudne, co wymaga wysiłku i walki, a dla dziewczyny łatwej może poczuć mniej lub bardziej skrytą pogardę, która w małżeństwie szybko wyjdzie na jaw. Natomiast im bardziej będzie musiał walczyć o swą żonę, im bardziej się "napracuje" nad jej zdobyciem, tym więcej będzie ją później szanował.
Dziewczęta wcale nie rzadko słyszą lub czytają, że kobiet jest więcej, trzeba więc spieszyć się ze "zdobywaniem" męża. Ale rzecz przedstawia się odwrotnie. Rodzi się przeciętnie 106 chłopców na 100 dziewczynek i w pierwszej połowie życia występuje pewna liczebna przewaga płci męskiej. Dopiero po czterdziestce wskutek szybszego wymierania mężczyzn zaznacza się stopniowo postępująca przewaga kobiet, która w starości jest już ogromna. To stare wdowy tworzą tę globalną liczebną większość kobiet, ale dla młodych panien nie są już one rywalkami.
Tak więc to właśnie dziewczęta powinny bardziej cenić się i stawiać swe warunki. Tym bardziej, że w małżeństwie są one dziś stroną bardziej obciążoną pracując już nie tylko zawodowo, ale i na "etacie domowym" - małżeńsko-macierzyńskim. Tym ważniejsze jest "wychowanie" narzeczonego na męża - przyjaciela, który będzie w swej żonie widział i kochał równorzędnego mu człowieka podejmując wspólnie z nią małżeńskie i rodzicielskie zadania.
Ale wychowanie polega zawsze na stawianiu wymagań, na wdrażaniu szacunku dla moralnych zasad, na uczeniu opanowania. Przedślubna powściągliwość - jej wymagania i zachowanie - to dobre ćwiczenie i zarazem rodzaj egzaminu z tej umiejętności opanowania popędu, która jest tak ważna dla małżeńskiego szczęścia.
Tych bezcennych wartości nie wyrobi w swym narzeczonym dziewczyna, która w obawie, by go nie utracić, ślepo mu ulega spełniając wszelkie jego zachcianki, również seksualne. W ten sposób rozwinie w nim tylko egoizm i pogardę dla kobiet skazując samą siebie na ciężki los w małżeństwie.
Przez taką seksualną uległość dziewczyna utrwala "miłość" swego wybranego na poziomie prymitywnego popędu. I nawet jeśli ów "narzeczony" da się zaprowadzić do ołtarza, istnieje duże ryzyko, że i w przyszłości każde pożądanie skierowane do innej kobiety nazwie on też miłością wcale nie gorszą od tej, która zadecydowała o jego małżeństwie. Bo innej miłości nie zna. Bo narzeczona nie nauczyła go, że miłość musi łączyć się z szacunkiem.
Młody mężczyzna powinien w swej narzeczonej szanować człowieka i kobietę - trzeba tego szacunku wymagać, nauczyć. A jeśli się nie nauczy - rozstać się z nim, i to bez żalu, bo nie ma czego żałować.
