Część II Psychologia na co dzień
Troska o miłą atmosferę w domu
Dobra, spokojna, mila atmosfera w domu to bardzo istotny warunek małżeńskiego szczęścia i ważne zadanie dla "miłości dobrej woli", która przez rozumne i wytrwale starania ma to szczęście budować. W tym "budowaniu" kobieta ma ważniejszą rolę, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, jako istota bardziej domowa jest ona w znacznie większym stopniu odpowiedzialna za to "gniazdo", które powinna uczynić miłym i przytulnym. Jeśli to się nie uda, a dom będzie raził i odpychał, to mąż pierwszy będzie z niego uciekał - do kolegów, do knajpy czy do innej kobiety. A potem będą uciekać i dzieci, co fatalnie odbije się na ich wychowaniu.
Po wtóre, kobieta ze swą przysłowiową intuicją i uczuciową wrażliwością łatwiej potrafi odgadnąć czy przeczuć potrzeby drugiego człowieka i wyjść mu naprzeciw, jeśli ma po temu dobrą wolę. Mężczyzna jest raczej niedomyślny, mniej wczuwa się w te sprawy, choć różne braki i nieporządki będzie dotkliwie odczuwał i reagował irytacją. Trzeba mu pewne rzeczy uprzytomnić, wyraźnie powiedzieć, uporządkować. Oczywiście w odpowiedni sposób. W swych rozmowach i naradach małżonkowie stale muszą pamiętać, że dom i rodzina stanowią wspólne dobro, wymagają wspólnych, sprawiedliwie rozłożonych starań i wysiłków. Naczelny cel to pomyślny rozwój rodziny i dobre wychowanie dzieci.
Ale oprócz tego zarówno mąż, jak żona mogą mieć też swoje osobiste idee i cele. Jeśli są one zbieżne, to doskonale - to bardzo silny węzeł. Ale mogą przecież być zupełnie inne, związane np. z pracą zawodową - jednak wtedy każde z tych dążeń i działań musi być też w jakimś stopniu "wspólną własnością", napotykać u drugiej strony na odzew w postaci zain[105]teresowania, zachęty, podpory i pociechy w niepowodzeniu, radości z sukcesu, dobrej rady w potrzebie itp. Słowem współmałżonek i tu musi być w pewnej mierze "wspólnikiem". Zarówno mąż dla żony, jak żona dla męża. Oczywiście, ta pozadomowa działalność musi być zgodna z prawem moralnym i skierowana ku dobru społeczeństwa, ojczyzny, ludzkości itp. A wtedy ma również swój aspekt wychowawczy - stanowi dobro i dla rodziny. Dzieci są dumne z takich osiągnięć rodziców i starają się ich w tym naśladować.
Dla małżeńskiej przyjaźni i współpracy ważne jest, by często stawiać się "na miejscu partnera" - chodzi tu o wczuwanie się w jego psychikę, jego uczucia, potrzeby i pragnienia i o dołożenie starań, by te potrzeby były zaspokojone. Trzeba z całą szczerością zadać sobie pytanie, czy współmałżonek czuje się dobrze i co możnaby zrobić, by czuł się bardziej zadowolony.
Chodzi tu zarówno o zastanowienie się nad partnerem, jak i nad sobą samym. Każde z małżonków powinno od czasu do czasu spojrzeć na siebie "oczyma drugiego" i pomyśleć: czy taki (taka), jak jestem, mogę się jej (czy jemu) podobać - z postępowania, z powierzchowności?
Sprawy higieny osobistej, urody, zdrowia są tu ogromnie ważne. Brud, niechlujstwo, zaniedbanie zewnętrzne to ciężki grzech przeciw małżeńskiemu szczęściu, a zachowanie zdrowia i urody jest ważnym obowiązkiem. Choroby są zawsze nieszczęściem, a co do urody to wiadomo, że w małżeństwie nie potrzebna jest jakaś specjalna piękność, ale konieczne jest usilne staranie, by zachować lub nawet poprawić ten poziom urody, który miało się przed ślubem. Aby nie zbrzydnąć, nie zaniedbać się. Bo też czy można się dziwić, że uczucia męża znikają, gdy zamiast smukłej i zgrabnej młodej dziewczyny, którą poślubił, ma po kilkunastu latach otyłą, zniekształconą matronę albo pomarszczoną, zwiędłą, przedwcześnie zestarzałą kobietę, ciągle kwękającą, ciągle na coś się skarżącą i skrzywioną. Główne szkodliwości to przekarmienie i palenie papierosów... Niestety, samo rozpowszechnienie palenia świadczy, jak bardzo młodzi ludzie tych spraw nie rozumieją.
W sytuacjach konfliktowych
Wróćmy do psychologicznej strony wspólnego życia. Nie ma ludzi bez wad i błędów ani też małżeństwa bez konfliktów, bez takich czy innych różnic w poglądach i wymaganiach. Ale w tych sprawach konieczne jest trafne rozeznanie i właściwa "hierarchia wartości". Wiele jest spraw drobnych, nieistotnych, mało ważnych, o które zupełnie nie warto "kruszyć kopii". I tu potrzebny będzie kompromis, ustępstwo, tolerancja. Nie warto szarpać się i walczyć o drobnostki - więcej się na tym traci niż korzysta. Lecz są i sprawy ważne, w których ustępstwo byłoby złem moralnym - pociągałoby za sobą fatalne skutki. Tu nie wolno iść na kompromis ani tolerować zła. Trzeba perswadować, argumentować, udowadniać i stać przy swoim. Słowem walczyć aż do zwycięstwa. Ale zawsze w sposób kulturalny i uczciwy.
I dlatego tak ważne jest poznanie charakteru i poglądów przyszłego małżonka już przed ślubem. Chodzi właśnie o to, by później decyzje w ważnych sprawach były zgodne.
Bardzo istotne jest, by już od samego początku wytworzyć w młodym małżeństwie atmosferę uprzejmości i grzeczności w rozmowach - we wszelkim porozumieniu się ze sobą. To, co mówimy i jak mówimy, nie jest obojętne. "Słowo leczy i słowo zabija" - mówił słynny fizjolog Pawłow i to twierdzenie powinni dobrze przemyśleć ci wszyscy, którzy uważają, że słowa to wiatr i można je rozrzucać bez zastanowienia i opanowania.
To, co się mówi do człowieka, działa na niego w różny sposób. Wywiera wpływ na psychikę a przez nią i na ciało. Są słowa, które koją, leczą, napełniają szczęściem i uszlachetniają, a są i takie, które gryzą i kłują, parzą jak pokrzywa i ranią jak nóż, cuchną jak kloaka i porażają jak trucizna. Takimi okrutnymi słowami można człowieka doprowadzić do ciężkiej choroby i nawet zabić.
Niektórzy ludzie uważają za swą szczytną misję tzw. "mówienie prawdy w oczy". Często przy tym chodzi o prawdę, którą sami za taką uważają, nie troszcząc się zbytnio o jej zbadanie. Inni znów bardzo cenią swój "autentyzm", polegający na odrzuceniu wszelkich hamulców i względów w doborze słów i w wylewaniu na otoczenie swych nastrojów.
Zdarza się, że w imię tej rzekomej prawdy i autentyzmu ludzie ci brutalnie ranią i depczą psychikę swych bliźnich, nieraz najbliższych, i nie rozumiejąc tego okrucieństwa potrafią nawet chwalić się swą szczerością.
Wcale nierzadko można takie wzajemne maltretowanie obserwować w małżeństwach, gdzie nie chodzi o żadne ciężkie grzechy, a kolejne awantury zaczynają się od błahostek, braku opanowania i od nieprzemyślanych, złych słów, które rujnują szczęście.
Cennym "lekiem" na różnego rodzaju złe nastroje, zdenerwowanie, gniew, przygnębienie, jest uśmiech i "dobre słowo" w postaci jakiejś pochwały, wyrazów uznania, zachęty itp. Nie chodzi tu wcale o fałszywe komplementy. Nikt przecież nie składa się z samych wad - można więc i trzeba znaleźć w danym człowieku to, co w nim jest dobrego, i powiedzieć mu to, zwrócić na to jego uwagę, choćby to były sprawy drobne i pochwały drobne. Każdy człowiek - zwłaszcza w stanach depresji i załamania duchowego - spragniony jest dobrego słowa, pochwały, duchowego wsparcia, a otrzymując je odczuwa sympatię i wdzięczność dla tego, kto mu ten cenny "lek" podał. W ten sposób rozładowują się złe nastroje, konflikty, pretensje, złości i rozgoryczenia. A przecież to cudowne lekarstwo nic nie "kosztuje", trzeba do tego tylko odrobiny dobrej woli.
Już sam uśmiech może działać cuda jako znak sympatii, pojednania, wyjścia naprzeciw. W swej książce na temat uszczęśliwiania i zyskiwania przyjaciół amerykański psycholog D. Carnegie tak o tym pisze:
"Uśmiech nic nie kosztuje, a wiele może zbudować... wzbogaca tego, który go odbiera, nie zubożając tego, który go daje... Nie ma nikogo tak bogatego, by mógł się obejść bez uśmiechu, i nikogo tak ubogiego, by go nie mógł podarować. Uśmiech stwarza szczęście w rodzinie i jest znakiem porozumiewawczym pomiędzy przyjaciółmi... Jest wypoczynkiem dla znużonych, światłem dla zniechęconych i smutnych i najlepszą odtrutką, jaką natura wymyśliła przeciwko nieszczęściu".
Te uwagi przywodzą na myśl uroczą powieść dla młodzieży: Pollyanna czyli gra w zadowolenie. Mała Pollyanna chciała zawsze być zadowolona. Ile razy spotkało ją coś złego, zaraz wyobrażała sobie coś jeszcze gorszego i cieszyła się, że jej to nie spotkało.
Wróćmy do Carnegiego. Aby zdobywać ludzką przyjaźń, trzeba według tego autora być też dobrym słuchaczem (bardzo rzadka zaleta) - nie przerywać, zachęcać innych, by mówili o sobie. "Największy choleryk - pisze autor-najostrzejszy chroniczny krytyk nie oprze się sympatyzującemu z nim słuchaczowi. Dajcie tym ludziom wygadać się, a potem zło ich opuści i zmiękną w oczach...".
Carnegie jest też wielkim wrogiem ostrych "dyskusji" czyli sporów. Jeśli chodzi o sprawy drobne, nieistotne - trzeba ustępować. Gdy sprawy są ważne, trzeba podejść bardzo dyplomatycznie do oponenta, aby nie urazić poczucia jego własnej wartości i godności jego "ja".
Sporu w sensie ostrej dyskusji nie wygrywa się, a to dlatego, że albo się jest "pobitym", albo "bije się" przeciwnika, a wtedy strata jest jeszcze większa, gdyż staje się on wrogiem. "Powiedz sam, co wolisz - pyta Carnegie sztuczny tryumf czy ludzką przychylność? Bo obu razem zdobyć nie zdołasz...".
Autor mocno poleca zasadę wysokiego cenienia bliźnich. "Po co masz szukać daleko - pisze - wypróbuj ją w domu na żonie, która dalibóg musiała mieć kiedyś jakieś zalety, skoroś się z nią ożenił. Ile czasu upłynęło, drogi czytelniku, odkądeś ją za co pochwalił? Ile? No powiedz!... Bądźmy, na miłość Boską, uprzejmi także po ślubie, nie tylko przed. Niegrzeczność jest postrachem miłości... Kurtuazja to zaleta serca, na mocy której nie zauważamy - nadłamanej bramy, lecz widzimy poza nią kwiaty na trawniku. Właśnie kurtuazja jest w małżeństwie czymś tak wielce ważnym, jak dla motoru oliwa. A tymczasem... Coś się w biurze nie udało... dostałeś naganę od szefa, masz ból głowy czy spóźniłeś się na pociąg - już ci pilno do domu, żeby tam dać upust złemu humorowi. Niejeden człowiek, który by nigdy w życiu nie potrafił być nieuprzejmy dla klienta lub partnera w interesie, bez żadnych skrupułów krzyczy na żonę. A przecież szczęście w małżeństwie jest stokroć ważniejsze od szczęścia w businessie".
Te wyżej cytowane zdania amerykańskiego autora warte są przemyślenia i zapamiętania.
Walka z nudą i ochłodzeniem serca
Na zakończenie jeszcze parę uwag na temat "małżeńskiej psychologii".
Wielkim wrogiem małżeńskiego szczęścia jest nuda. Jeśli w domu ma być dobrze i miło, nie może tam być ponuro, smutno ani nudno. Dla ludzi wyżej umysłowo stojących główną przyczyną znudzenia i zobojętnienia jest w małżeństwie brak atrakcyjności intelektualnej partnera. Toteż ważną zasadą jest rozwijać umysł i zainteresowania różnymi problemami natury "ogólnej". Trzeba czytać wartościowe książki, oglądać ciekawe filmy, umieć je zreferować, nawiązać dyskusję (nawet starsze dzieci mogą brać w niej udział). Stawiać pytania, słuchać odpowiedzi, interesować się tym, co drugą stronę interesuje, ale wyrażać i swoje, może odmienne zdanie, co pobudzi rozmowę, zmusi do rozważań. I myśleć... W małżeństwie myślenie ma istotnie wielką przyszłość - jest nią dożywotne szczęście.
Dla tego małżeńskiego i rodzinnego szczęścia bardzo ważna jest też sprawiedliwość w rozdzielaniu uczuć i zainteresowań między wszystkich członków rodziny. Bywa, że gdy urodzi się dziecko, mąż dla żony jakby "przestaje istnieć", jej czas, myśli i uczucia pochłania dziecko, które staje się w sercu matki groźnym rywalem swego ojca, zabiera to serce dla siebie. Cóż dziwnego, że rozgoryczony mąż może w tych warunkach zacząć szukać pociechy i uznania poza domem. A przecież powinno być wręcz odwrotnie. Dziecko to nowy węzeł między małżonkami, wspólne "dzieło", wspólna radość i troska. W tej nowej sytuacji mąż i żona tym bardziej potrzebują siebie nawzajem.
Bywa też, że po urodzeniu nowego dziecka starsze dzieci "idą w kąt". Najmłodsze ogniskuje na sobie całą czułość i starania matki a nieraz i ojca. W takich warunkach starsze dziecko, które może z radością oczekiwało brata lub siostry, czuje się pokrzywdzone i może nabrać niechęci do nowego członka rodziny. Dużym błędem jest też faworyzowanie jednego dziecka na niekorzyść innych. Wszystkie dzieci muszą czuć się jednakowo kochane i otoczone troską.
