Miłość do Boga

Ludzkie wyobrażenia i nauki o Bogu bywają różne, trzeba więc zaznaczyć, że przedmiotem rozważań będzie tu miłość do Boga osobowego, takiego, jakim przedstawia Go rzymsko-katolicki katechizm. Co do samej miłości przypomnę, że filozofia rozróżnia trzy jej rodzaje: 1) miłość pożądania, 2) miłość upodobania i 3) miłość dobrej woli. Pierwsze dwa rodzaje (pożądanie i upodobanie) to. stany uczuciowe łączące się z pragnieniem jakiegoś dobra, którego źródłem jest istota kochana. Natomiast miłość dobrej woli to niezależne od uczuć świadczenie dobra; taką miłością chrześcijanie mają kochać wszystkich ludzi nie wyłączając nieprzyjaciół.

Angielski myśliciel C. S. Lewis określa te trzy rodzaje jako: miłość - potrzeba, miłość - upodobanie i miłość - dar. W stosunku ludzi do Boga można wyróżnić tu cały szeroki wachlarz postaw duchowych - od płomiennej miłości gotowej na męczeństwo za wiarę aż do zupełnej obojętności, niewiary, a nawet wrogości. Weźmy jednak pod uwagę tylko tych ludzi, którzy sami określają się jako wierzący i przyjmują przykazanie miłości Boga i bliźniego. Zapytajmy, ilu spośród nich ma poczucie, że istotnie Boga "kocha" i jaka to jest miłość.

Czy kochamy naprawdę Boga?

Pewnej wskazówki dostarczają nam tu nasze myśli o Bogu i modlitwy - nie te "obowiązkowe", programowane z zewnątrz, lecz własne, spontaniczne, najściślej prywatne. Mogą one być wielbiące, dziękczynne lub błagalne, niewątpliwie najczęściej występuje ten ostatni typ. Wciąż Boga o coś prosimy; a najżywiej odczuwamy naszą miłość do Niego, gdy dziękujemy Mu za spełnienie naszych próśb, za te pożądane i otrzymane dobra. Nawet ludzie niewierzący czy religijnie obojętni nieraz chwytają się modlitwy, gdy czegoś gorąco pragną czy też znajdą się w groźnej sytuacji. "Kiedy trwoga - to do Boga". Ogólnie można więc powiedzieć, że nasza miłość do Boga to przede wszystkim i najczęściej miłość pożądania, miłość - potrzeba. Nic w tym zresztą dziwnego - wszystko przecież mamy od Boga i wszystko Mu zawdzięczamy, nawet samo życie, które w każdej chwili możemy utracić.

Ale tu wyłania się pytanie zasadnicze: czego dotyczy ta miłość - potrzeba? Co tu jest kochane i pożądane? Czy sam Bóg - jako najwyższe dobro? Czy też różne doczesne dobra, których Bóg jest tylko dostarczycielem? I tylko jako ich "dostawca" zyskuje naszą wdzięczność, uznanie, jakąś naszą "miłość"? A gdybyśmy byli pewni trwałego posiadania tych ziemskich dóbr, może w ogóle zapomnielibyśmy o Bogu? Nie byłby nam potrzebny? Służyć Bogu a posługiwać się Nim to dwie zupełnie różne postawy. Jeśli istotnym pożądaniem i potrzebą człowieka jest sam Bóg, łączy się to najściślej z uwielbieniem, a więc z miłością upodobania z tego zaś rodzi się pragnienie ofiary i służby, a więc miłość dobrej woli, miłość - dar. Życie ukierunkowuje się na służbę Bogu, na pracę dla realizacji królestwa Bożego. Człowiek przybiera postawę żołnierza, który wie, że świat jest terenem walki, bezwzględnie ufa swemu Dowódcy, a dobre czy złe zdarzenia swego życia traktuje jako Jego rozkazy. Nieszczęścia i cierpienia nie mogą·go złamać i nie zmienią jego stosunku do Boga.

Ale jeśli najgłębsza potrzeba i miłość pożądania kierują się ku ziemskiemu szczęściu i do{10-}brom doczesnym, a człowiek na drodze do ich uzyskania "posługuje się" Bogiem traktując religię i modlitwę jak potężne "narzędzie" i sposób realizacji tego szczęścia, wtedy stosunek do Boga w wysokim stopniu zależy od pomyślnego osiągnięcia tych wymarzonych dóbr, od wysłuchania modlitw, słowem od tzw. błogosławieństwa Bożego. Przy takim nastawieniu na ziemskie szczęście, które się człowiekowi "należy", łatwo można dojść do wniosku, że Bóg, który "nie błogosławi", dopuszcza cierpienia, "obojętnie" patrzy na ciężkie zło i krzywdy, nie jest Bogiem dobrym i sprawiedliwym. A może w ogóle nie istnieje? Wielu ludzi "obraża się" na Boga, odchodzi od Niego i przestaje w Niego wierzyć właśnie z takich życiowych powodów.

Te pełne buntu zwątpienia, "obrażania się" i odejścia świadczą o braku miłości dobrej woli. W chwili próby miłość "pożądania i upodobania" załamuje się, wykazuje swą słabość, zresztą nie jest tu ona istotnie nakierowana na Boga, lecz świeci tylko blaskiem "pożyczonym" podobnie jak księżyc pożyczający swe światło od słońca. Prawdziwym "słońcem" jest tu świat, życie, ziemskie szczęście.

Zauważmy, że od takich pytań i zwątpień nie byli wolni nawet najwięksi święci. Oni też przechodzili różne "ciemne noce". I nawet ich uczuciowa miłość do Boga załamywała się wtedy, przestawała być źródłem pociechy. Bóg zakrywał się, znikał, a dusza pogrążała się w mroku. Lecz nadal trwała miłość dobrej woli, wierność i służba - w niczym nie zmieniał się stosunek do Boga. Jak poucza religia, właśnie takie zwycięskie przetrwanie ciężkiej próby ma największą w oczach Bożych wartość.

W próbie cierpienia

Na tym świecie często "nie rozumiemy", widzimy jak przez mgłę, ogarnia nas mrok. Ale właśnie wiara i zaufanie oraz miłość dobrej woli mają nam być drogowskazem.

W arcyciekawych Listach starego diabla do młodego (The screwtape letters) C. S. Lewisa stary diabeł Krętacz tak m.in. pisze do swego bratanka, młodego diabła - kusiciela: "Zabawne jest, jak śmiertelnicy stale wyobrażają nas sobie jako tych, którzy wtłaczają im coś w głowę, w rzeczywistości najlepszą robotę wykonujemy wtedy, gdy pewnych rzeczy nie dopuszczamy do ich świadomości".

Ciekawa ta uwaga ma duży związek z naszą tematyką.

Jak twierdzą teologowie, problem zła i cierpienia w świecie, zwłaszcza cierpienia niewinnych, jest dziś jedną z podstawowych przyczyn niewiary w Boga, przede wszystkim niewiary w Boską sprawiedliwość. I - oczywiście - w Boską miłość do świata.

A jednak, gdy się nad tym oskarżaniem i negowaniem Boga zastanowić, można dojść do wniosku, że jakaś bardzo ważna i istotna sprawa została tu właśnie "nie dopuszczona do świadomości", w dziwny sposób zasłonięta, w ogóle nie wzięta w rachubę. Tą sprawą jest świat nadprzyrodzony i życie przyszłe, tzw. pozagrobowe, którego w żaden sposób nie można oddzielić od pojęcia Boga i tego, co o Bogu mówi nam religia. Przecież mówi ona wyraźnie, że ten materialny świat, który poznajemy naszymi ograniczonymi zmysłami, i nasze życie w tym świecie to tylko ciasne i ciemne, niewygodne i uciążliwe przejście do rzeczywistości zupełnie innej, w której wszelka łza zostanie otarta i wszelkie cierpienie stokrotnie wynagrodzone. A w takim razie cierpienia doczesne nie tylko tracą swą gorycz, ale byłyby nawet pożądane, bo tym większą zyskiwałyby zapłatę. Można nie wierzyć w tę zapłatę - można negować i odrzucać tę inną rzeczywistość, ale wtedy zarazem trzeba odrzucić i Boga. Nie można oceniać Go i wydawać na Niego wyroków w oderwaniu od świata nadprzyrodzonego, tak jak gdyby był On niewidzialnym twórcą i władcą tylko ziemskiego świata.

Druga sprawa ściśle z tamtą związana, a również często nie uświadamiana, to ograniczoność naszego umysłu, jego skłonność do błędów, czasem wręcz niezdolność do rozpoznawania tego, co dla nas dobre, a co złe. Często wystarczyłoby, aby Bóg wysłuchał i spełnił nasze namiętne błagalne prośby, byśmy szybko zorientowali się, jak były błędne i zaślepione. I to w wymiarze ziemskim - w zakresie naszego doczesnego szczęścia. A cóż dopiero mówić o świecie nadprzyrodzonym, o którym tak często zapominamy, a który jest właściwym terenem realizacji Boskiej sprawiedliwości i naszego istotnego dobra czy zła.

Trzecią wreszcie sprawą, tak często zasłoniętą i "nie dopuszczaną do świadomości", jest odpowiedzialność samego człowieka za zło i cierpienia na ziemi. Czy oskarżając Boga jesteśmy wobec Niego sprawiedliwi, my, istoty, które stworzył On "na swój obraz i podobieństwo" obdarzając je wolną wolą, możliwością wyboru i celowego działania? Tak namiętnie potrafimy żądać sprawiedliwości od Boga, a jak wy[11]gląda nasza sprawiedliwość w stosunku do Niego i do nas samych?

Człowiek danym mu przez Boga rozumem poznaje prawa otaczającej go natury oraz natury ludzkiej. Różne traktujące o człowieku nauki badają te ustanowione przez Stwórcę prawa i wiele już mogą nam powiedzieć o tym, jak powinniśmy żyć, postępować, odżywiać się, pracować, wypoczywać itp., by zachować zdrowie i osiągnąć to szczęście, które Bóg zaprojektował dla nas już tu na ziemi. A przy tym Stwórca dał nam swoje wyraźne przykazania, które mają służyć nam jako drogowskazy chroniące przed katastrofami. I w Piśmie Świętym wyraźnie powiedziano, że mamy je respektować, abyśmy mogli "długo i szczęśliwie żyć na ziemi".

Czy respektujemy je i sza9ujemy? Czy żyjemy według tych praw i przykazań? Czy też przeciwnie - nader często odrzucamy je z pogardą, odwracając się od Boga i ciężko Go obrażając. Każdy grzech jest przecież taką obrazą, odmową należnego Bogu szacunku, posłuszeństwa i służby. A jak to się odbija na naszym życiowym szczęściu, o tym już nie potrzeba się rozwodzić.

"Wola Boska" - jakże często używamy tego terminu przy okazji różnych nieszczęść i tragedii, wcale nie myśląc o tym, że przecież w ogromnej większości przypadków te cierpienia spadają na nas nie dlatego, że tak chciał Bóg, lecz dlatego, że sprzeciwiliśmy się Jego woli lekceważąc i łamiąc Jego przykazania i prawa stworzonej przez Niego natury. To nie wola Boża, lecz ludzka pycha, nienawiść, chciwość, żądza użycia, rozpusta, szkodliwe nałogi, bezmyślność, lenistwo, kłamstwo i liczne inne grzechy leżą najczęściej u podłoża naszych nieszczęść i cierpień. Z winy ludzkiej powstają wojny z całym potwornym brzemieniem ich skutków, z winy ludzkiej rodzi się nienawiść rasowa, bandytyzm, terroryzm i różnorodne prześladowania. Z winy ludzkiej wywodzi się patologia rodziny, a także ogromna większość cielesnych chorób i przedwczesnych zgonów. Można by długo wyliczać te przyczynowe związki. Oczywiście ta "ludzka wina" może być nieuświadomiona, ale wtedy obarcza sumienie tych, którzy wiedzą i których obowiązkiem jest uświadamiać. Najczęściej jednak te związki między pewnym rodzajem postępowania a wynikającym z tego ludzkim cierpieniem są dobrze znane, tylko lekceważone, pomijane milczeniem, spychane w niepamięć. A wynikające z nich prawa i obowiązki moralne łamane i odrzucane dla takich czy innych egoistycznych pożądań.

Oczywiście nie wszystkie choroby i tragedie są w ten czy inny sposób "zawinione". Zdarzają się przecież klęski żywiołowe, powodzie, lawiny, trzęsienia ziemi i inne katastrofy, a winy grzeszników nader często spadają ciężkim brzemieniem cierpienia na niewinnych. Ziemia nie jest i nie będzie rajem i choć mamy obowiązek walki ze złem, nie unikniemy cierpień, których przyczyny są liczne i skomplikowane. Ale te cierpienia mogą być i są - zależnie od sytuacji i od tego, jak zostaną przyjęte - zarówno otrzeźwiającą karą, jak zbawienną pokutą, próbą i osobistą zasługą, a także ofiarą za grzechy świata. Temat to bardzo rozległy, którego nie mogę tu szerzej rozwijać.

Jak Bóg chce być kochany?

Wracając do sprawy zasadniczej, a więc miłości do Boga, zapytajmy, jak On sam chce być kochany. Dekalog mówi o tym wyraźnie: z całego serca, z całej duszy, ze wszystkich sił i myśli. - Bóg chce więc być kochany wszystkimi władzami duszy - nie tylko uczuciem, ale i rozumem, i wolą - chce być dla nas wszystkim - głównym sensem, celem i dążeniem naszego życia. Bóg sam jest miłością i stworzył nas z miłości. Z miłości też odkupił nas przez śmierć krzyżową Chrystusa. Z nieskończoną cierpliwością czeka na nasze z nim pojednanie, na naszą miłość. I gdybyśmy choćby tylko starali się o tę miłość, wykazywali w tym kierunku dobrą wolę, ziemia już stałaby się przedsionkiem raju.

No cóż - nietrudno nam kochać Boga w kościele, podczas nabożeństwa, gdy rozpamiętujemy Jego przymioty, Jego dla nas miłość i nadzieję wiecznego z Nim szczęścia w przyszłym życiu. Ale to tylko nasze uczucia, przelotny zachwyt i radość. A musi tu dojść miłość dobrej woli, mocna chęć podobania się Bogu, wypełniania Jego woli. Jeśli wychodząc z kościoła chcemy zabrać tę miłość w codzienne, twarde, szare, uciążliwe życie, okaże się, że nie jest to wcale łatwe i proste. Bo miłość do Boga to uzgodnienie z Jego przykazaniami i prawami wszystkich odcinków naszego życia, to nieraz ciężka walka, cierpienie, wyrzeczenie. To również pełne włączenie się w sprawy świata przy uczynnej, życzliwej postawie wobec ludzi. To służba, która nie tylko wymaga zaangażowania i duchowych wysiłków, ale też napełnia głębokim i prawdziwym szczęściem, którego świat odebrać ani zniszczyć nie może.