Zagrożenia duchowe
W ostatnich czasach w naszych praktykach religijnych, w naszej liturgii, w nauczaniu religijnym, jakby coś ubyło z tajemniczości. Tacy jesteśmy mądrzy, że wszystko, czego Kościół naucza, rozumiemy, znamy, jest powszednie. Tymczasem człowiek spragniony jest tajemniczości, tego, co w Kościele określa się jako misterium (tajemnica) albo sacrum (święte).
Proces laicyzacji (zeświecczenia) w Kościele szczególnie daleko posunął się w bogatych krajach Zachodu. Reakcją na to jest fascynacja (urzeczenie) tajemniczością religii Dalekiego Wschodu, a jak każda moda zachodnia i ta do nas dotarła.
Coraz to słyszymy o jakichś lekcjach jogi, o kursach wiedzy wedyjskiej, o seansach medytacji transcendentalnej, o fascynacji hinduizmem w ramach ruchu Maitri itp. Wielu naiwnych poddaje się tym praktykom, często traktując je jako niewinną rozrywkę, jako okazję do poznania mądrości Wschodu lub jako lekarstwo na dręczące rozterki duchowe. Mało kto zdaje sobie z tego sprawę, jak wielkie kryją się tu niebezpieczeństwa.
Joga to system koordynacji ciała, umysłu i ducha. Jest to metoda opanowywania woli przez wysiłek fizyczny, jaki sprawia bezruch, trwanie w niewygodnej pozycji. Jest to metoda obca naszej cywilizacji, gdzie ideałem jest czyn, aktywność, osiąganie postępu pracą, sprawności fizycznej gimnastyką, mądrości nauką. Hinduizm jak i buddyzm głoszą karmę, uzależnienie jednego wcielenia od poprzedniego, czyli predeterminację. Na obecne życie nie mamy wpływu. Co będzie, to będzie! Ta filozofia bierności to koniec czynu, koniec postępu. Dzisiejszy postęp Indii, to owoc twórczości zeuropeizowanej inteligencji, a nie gloryfikujących zastój i medytację jogów i guru.
Wiedzieć należy, że w hinduizmie, zanim ktoś przystąpi do praktyk medytacyjnych, oczyścić musi duszę przez usunięcie, opanowanie rozterek. Właśnie pozycje jogi mają służyć owemu oczyszczeniu. Tymczasem modne jest dziś praktykowanie medytacji transcendentalnej, przed oczyszczeniem duszy, jako rzekome lekarstwo na wszelkie rozterki wewnętrzne.
Medytacja jako droga do poznania jest stara jak świat. We wszystkich cywilizacjach stosowana jest w celu osiągnięcia postępu, w celu wyjaśnienia praw Bożych, praw natury, w celu ćwiczenia umysłu. Niczego nie wymyśli się bez odpowiedniego namysłu. Każda dydaktyka uczy myślenia, medytowania. Tak więc nie medytacja jest tu nowością, lecz jej hinduistyczny podkład.
Medytacja transcendentalna reklamowana jest jako system twórczej naukowej mądrości, jako panaceum (uniwersalny środek leczniczy) na wszelkie duchowe czy psychologiczne rozterki, na różne nałogi, jak alkoholizm czy narkomania itd.
Polega to na dążeniu do osiągnięcia stanu "mantra" poprzez powtarzanie tajemniczego słowa, podanego każdemu adeptowi (zwolennikowi) zależnie od jego wieku, stanu itd. Ma on codziennie przez dwadzieścia minut to słowo powtarzać i cały czas koncentrować się na nim nie rozumiejąc go. Oczywiście nie ma to nic wspólnego z namysłem, z twórczym myśleniem czy medytacją nad prawdami wiary. Nie ma też wiele wspólnego z prawdziwym hinduizmem, który nie zna sekretów i tajemnych słów. Jedynym celem jest osiągnięcie "mantry", czyli wypełnienie umysłu chwilowym, sztucznym spokojem. Mało kto wie, że przekroczenie pewnej granicy czasowej takiej medytacji prowadzi do zupełnej pustki w głowie, wyjaławia i destabilizuje. Bez ascetycznego przygotowania, u ludzi wychowanych w cywilizacji Zachodu, taka medytacja często prowadzi do fizycznej lub umysłowej choroby.
Prawdziwi jogowie przestrzegają przed tą praktyką, ale moda szerzy się dalej, a różni "guru" robią na tym krociowe interesy. Bananowa młodzież bogatego świata, żądna fizycznego spokoju, leci na płytkie wrażenia zatapiając się w medytacje, a kończąc w zakładach psychiatrycznych albo samobójstwami, nawet morderstwami. Na Zachodzie coraz więcej jest sygnałów ostrzegających przed tą modą. Do nas ona dopiero dociera. Ważne, by odrzucić ją jak najszybciej, nim poczyni spustoszenia w duszach naiwnych.
Warto też wiedzieć, że nie jest to tylko sport, gimnastyka umysłowa, praktyka halucynogenna (wywołująca halucynacje, przywidzenia), ale apostazja. Kryje się tu przemycanie obcej nam religii, hinduizmu.
Seanse zwykle zaczynają się od wezwań [148]w rodzaju: "Guru w chwale Brahmy, guru w chwale Wisznu, guru w chwale Wielkiego Pana Sziwy, guru w chwale uczłowieczonej transcendentalnej pełności Brahmy, jemu guru (tu nazwisko prowadzącego), pełnemu chwały, kłaniam się, składam dary" itd. Zasadą nauki wedyjskiej jest mówienie każdemu, że jest boski. Hare Kriszna zajmuje się transmigracją dusz, reinkarnacją, ubóstwieniem człowieka. Każdy może być bogiem, byleby się włączył w boskie sprawy przez zalecane praktyki. Niejeden guru robi siebie bogiem.
Dla nas Bóg to Stwórca. Pan. W hinduizmie każdy może wtopić się w uniwersalną duszę, jeżeli będzie żył po bożemu. Stan bóstwa jest więc osiągalny dla każdego, mogę więc być nim i ja, gdy tylko opanuję przestrzeń i czas. Włączenie się w taki nurt religijny to grzech przeciwko pierwszemu przykazaniu dekalogu. Więcej, to zaniechanie największego przykazania, miłości Boga nade wszystko. Rzekomo ma to być w imię miłości bliźniego, a w rzeczywistości w imię miłości własnej, jako ucieczka przed obowiązkami wobec Boga, wobec siebie i bliźnich.
