Przedmurze chrześcijaństwa
Przywdziawszy strój swój biskupi apostoł i dwaj towarzysze - Radzym, Bogusza - podeszli do mieszkań człowieczych. Lecz skoro zakołatali we wrota osiedla, mieszkańcy tłumem wielkim wybiegli i wśród krzyku dzikiego precz ich popędzili od progu. Jeden z nich, pogański ofiarnik, uderzył biskupa w plecy wiosłem i powalił na ziemię. Odszedłszy tedy z tej niegościnnej osady, przeprawili się na drugi brzeg rzeki i weszli na targowisko zwane Cholin. Tam jeden z mieszkańców zaprosił ich i do domu swego wprowadził. Na wieść o tym zgromadziła się wielka liczba ludu pruskiego natarczywie pytając:
- Kim byli? Skąd przyszli? Dlaczego wylądowali w tej stronie?
Apostoł przemawiał, a Bogusza tłumaczył na mowę tameczną, iż są Słowianami, z ziemi Polan przychodzą, którą Bolesław dla Chrystusa pozyskał. Biskup jest sługą tego, który ziemię i niebo utworzył. Przychodzi zaś, ażeby ich wyrwać z rąk szatana.
Na te słowa tłum podniósł wielki krzyk, pełen zniewag i bluźnierstw. Wywijano maczugami ponad głową przychodniów, tupano nogami, bito pałkami w ziemię grożąc śmiercią, jeśli natychmiast tam, skąd przyszli nie wrócą. Kunigas Cholina przez usta Boguszy - oświadczył:
- My i cały nasz kraj mamy swoje prawo i jednym obyczajem żyjemy. Jeśli z pośpiechem nie opuścicie tej ziemi, zginiecie jutro, bo wy według innego prawa żyjecie. Przynagleni rozkazem wodza i groźbami tłuszczy weszli do łodzi i wrócili na Brzeg Świeżej Mierzei. W ciągu pięciu dni przebywali w pewnej okolicy, a na szósty dzień wczesnym rankiem odeszli stamtąd, dążąc ku Gdańskowi, w stronę południowo-zachodnią. Około południa wybrnęli z gęstego lasu i na polanie stanęli. Tam Radzym przede wszystkim odprawił nabożeństwo, a biskup Wojciech przyjął komunię.
Z głęboką wewnętrzną radością przeżywał wieczne mszy misterium. Zagłębiał się w cud wyrazów nigdy nie gasnących, które obejmując - niby ramy, okowy i zawiasy -życie i śmierć, a między życiem i śmiercią okazują przeczysty, biały chleb miłości. Tylekroć przeżyty obrzęd mszy stał się dlań nowiną widzianą pierwszy raz, zasłyszaną teraz dopiero. Jakże mu było w sercu radośnie widzieć oczyma ścieżeczkę między życiem i śmiercią, szlak między tym i tamtym światem, który się we mszy pośród mroków rysuje!
Jakże niebiańską była pogoda roztoczona nad wszymi słowy, nad wewnętrzną zawartością słów, nad spokojną wiedzą w nich o śmierci! Każdy dźwięk wezwań z wyższa, który w stadach wilków, zbójców, zdrajców, tępicieli, oszustów i zbrodniarzy odnajduje tylko synów Bożych i braci anielskich, a w ciałach zmazanych krwią i brudem odnajduje dusze, trafiał na miejsce przeznaczone i budził w sercu uczucie anielskie. Rozkaz podniesienia serc w górę zaiste podnosił serce do Boga. Rozkaz zapalenia w sobie płomyka modlitwy, rozniecał, tak żarliwą i płomienną, iż ciało odpadało - z ducha na wzór szaty znoszonej i ciężkiej od brudu.
Duch sam znajdował miejsce swe przedobliczem Boga, głosząc ze drżeniem z rozkoszą wiecznie nową i zachwycającą:
Święty, Święty, Święty! (...)
Pośrodku polany na wzniesieniu łagodnym stały dęby olbrzymie. Tysiącletnie ich pnie pokryte bulwami narośli, grubymi warstwy zestarzałej kory o barwie śniedzi i sczerniałego brązu, głębokimi pęknięciami, którędy przez stulecia wody niebieskie spływały ku ziemi, i zygzakami strzeleń ogni piorunu. Wysoko, w górze te niepomierne światy rozpadały się w las wideł, ogromnych konarów, gałęzi i niezliczonych wici. Wici te nie były jeszcze liśćmi okryte.
Nogi cudzoziemców brodziły w głębokiej pościeli takrocznego ulistowienia, w szelestnym puchu barwy pozłocistej, przetykanym mnóstwem żołędzi i drewnianych dębianek.
Nie wiedzieli Wysłannicy Kościoła, iż miejsce to, na którym mszę odprawili, było uroczyskiem poświęconym bogom tego kraju. Na wzgórze to pod cieniem dębów świętych nie wolno było nikomu, a zwłaszcza cudzoziemcowi, nogi postawić.
Po ukończeniu nabożeństwa znużeni wielce posilali się bulwiastymi korzeniami roślin niektórych, przez wiosnę zbudzonych do życia i smolnym pąkowiem drzew rozkwitających. Potem w strudzeniu swym do snu się kładli. (...)
Z upadku krzyk ludzki apostoła ocucił.
Zaiste - radosne obudził w piersiach echo.
Nadbiegał wielki tłum niosąc oszczepy, koły i kamienie. Otoczyli ze snu zbudzonych wielkim koliskiem. Kapłan pogański, którego brata zabili byli - na wojnie Polacy, nadbiegł pierwszy i stanął na czele pościgu. Na jego skinienie tłum związał apostoła i jego towarzyszów. Poprowadzono ich na przyległe wzgórze.
W chwili tej spokój głęboki wrócił się do duszy. Wielkie męstwo, owoc dojrzały cnót uprawianych w ciągu życia długiego, ocknęło się z omdlenia. Uspokoiło się serce. Radość prosta, mocna i górna roześmiała się w piersiach, a uniesienie nieopisane zamieszkało w ciele. Gdyż w ciało postronkami związane wstępował Chrystus Pan krocząc na górę śmierci. Słowo pozdrowienia, politowania i pocieszenia, słowo modlitwy do Jedynego Współbrata w przestrzeniach i w wieczności wypełzło na wargi.
Rzeczywistością stał się sen życia całego.
Wojciech stał się Chrystusem wiszącym na krzyżu.
Usłyszał głos:
- Nie bój się!
- Daj mi być Tobą samym, a Ty bądź samym mną.
Ozwie się echo:
- Amen.
W tłumie miotającym grudy ziemi i piasek apostoł dojrzał oczy smętka przewoźnika.
Zrozumiał. Oczy tamtego napełniła niepewność, rozczarowanie, smęt, albowiem nie było to jego zwycięstwo.
Krzyk ludzki stawał się coraz bardziej nienawistny. Twarze były zziajane, żądne zemsty. Byli to może potomkowie tych Jutów, co, na łodziach, beusekierów przybywszy w te strony, spalili swe statki, ażeby nie było na czym w strony dzikie powracać. Byli może przechodniami z puszcz wschodu...
Kapłan pogański pierwszy zaciosanym oszczepem uderzył. Za ofiarnikiem inni cisnęli ciężkie włócznie, żerdzie przywleczone z daleka.
Siedem ran straszliwych poniósłszy, apostoł śmiertelny sen przyjął pod ciosami. Tłum porąbał na części Jego ciało. Części rzucił do wody. Głowę odrąbaną na żerdzi zatknięto.

