Krucjata modlitwy w obronie poczętych dzieci
Niekiedy uda mi się kupić "Rycerz Niepokalanej" i wtedy czytam go jednym tchem. Wpoiła to we mnie moja matka. Temat: Krucjata modlitwy w obronie poczętych dzieci jest dla mnie szczególnie interesujący. Chcę dziś z własnych przeżyć powiedzieć matkom: nie lękajcie się.
Do dokonania zbrodni dzieciobójstwa przez matkę - bo ostatnie słowo należy do niej - przyczynia się otoczenie, najbliżsi, a jakże dalecy. Trzeba tu mieć siłę do walki z tymi kusicielami, aby pozostać wierną przykazaniu Bożemu: "Nie zabijaj!".
W moim przypadku Są nimi: teściowa, mąż (ojciec dziecka) i lekarz.
Teściowa moja uważa mnie niemal za ladacznicę, niegodną żonę jej syna; dzieci nasze są dla niej tylko moimi dziećmi; jej celem było, a może i jest, rozwieść nas.
Kiedy pragnęłam mieć drugie dziecko, zaszłam w ciążę. Byłam szczęśliwa. Mąż jednak tego dziecka nie chciał. W trzecim tygodniu ciąży zachorowałam (wysoka gorączka). Mąż wezwał do domu lekarza ze Spółdzielni Lekarskiej. Zwróciłam uwagę lekarce, że jestem w cięży, aby miała to na uwadze stosując mi leczenie. Ta podniesionym głosem powiedziała: "Pani chce urodzić dziecko przy takiej anginie, urodzi pani kalekę". Mąż to podchwycił - jemu w to graj, miał pretekst do dalszych rozgrywek.
Leków żadnych nie brałam poza płukaniem gardła. Po trzech - czterech dniach angina minęła. Mąż często mi przypominał słowa lekarki dodając, że dziecko komplikuje mu osobiste dążenia do niby kariery itd. Starałam się nie zwracać na to uwagi, milczałam. Kiedy byłam w ósmym tygodniu ciąży, znosiłam ten stan bardzo źle. Byłam na zwolnieniu lekarskim, leżałam w łóżku, a ból głowy, zawroty, nudności, wymioty nie pozwalały mi nawet zejść z łóżka. Mąż musiał się zająć dzieckiem odprowadzając je i przyprowadzając z przedszkola oraz nieco domem. Po dwóch trzech dniach tych obowiązków wybuchł: stanął nad moim łóżkiem jak kat - jego wyraz twarzy pamiętam do dziś: wytrzeszcz oczu, zacięte szczęki, usta pełne piany, pięści zaciśnięte wyciągnięte nade mną. Wykrzyknął: "Daję ci ostatni termin, abyś usunęła tę ciążę. Inaczej urodzisz kalekę, a ja odejdę, rozwiodę się z tobą". Boże!!! pomyślałam sobie, coś zacisnęło mi gardło, nie mogłam słowa wyrzec, łzy cisnęły się do oczu i spływały ciurkiem po policzkach. Zwróciłam oczy na krzyż wiszący obok. Mąż trzaskając drzwiami opuścił dom i poszedł do pracy.
Leżę i myślę: Nie będę mogła wydusić słowa z siebie do niego, napiszę mu na kartce: "Nie zabiję". Tak się źle czułam, że przyszła mi myśl: pewnie umrę i problem z głowy męża zejdzie. Dni leciały, sceny się powtarzały może mniej burzliwe, bo były następne - i przyzwyczaiłam się chyba. Po kilku dniach poczułam się lepiej. Wtedy to mąż szalał, pod byle pretekstem bił mnie po twarzy, wyłamywał spracowane ręce. Działo się to najczęściej w kuchni, kiedy dziecko nie widziało. Potem wychodził z domu, a ja padałam na kolana przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej w kuchni i zalewałam się łzami. Mówiłam Jej może grzesząc w rozpaczy: "Jak Ty, Matko Boska, możesz patrzeć na to, co on robi ze mną, kobietą ciężarną," - a kiedy wypłakałam się, wychodziłam do dziecka rozpogodzona. Mąż coraz większą złością pałał widząc mnie jeszcze roześmianą, radosną, nie pomagał mi w domu. Sama wykonywałam obowiązki domowe i zawodowe z ciężarem na sercu. Tak było przez całą ciążę.
Będąc w ósmym miesiącu zabrałam dziecko i bagaż - mąż wtedy leżał na tapczanie po obiedzie, który mu przyszykowałam - i wyjechałam do rodziców na urlop. Wychodząc z domu liczyłam się z tym, że może do tego domu nie wrócę, może mnie nie wpuści, ponieważ robił kroki ku temu, aby się ze mną rozwieść. Był zdolny do wszystkiego. Rodzicom nic nie wspomniałam o swojej tragedii. Ulgę sprawiało mi, gdy szłam na spacer wśród pól i łąk sierpniowych. Wpatrzona w niebo, rozmawiałam z Bożą Matką, bo nie mogłam powiedzieć niczego matce ziemskiej, by jej starych lat nie zasmucać swoim nieszczęściem. Wracałam uśmiechnięta, radosna, lżejsza.
Wróciłam do domu, ponieważ mąż przyjechał, zabrał dziecko i pojechał na wczasy. Po kilkumiesięcznej przerwie w spowiedzi, poszłam do konfesjonału. Serce mi zatelepało na tyle zła w moim domu. Mówię księdzu: "Nie wiem, co wybrałam lepsze: kłótnie, awantury, piekło w domu czy dziecko, które noszę w sobie, które, jak mówią, będzie kaleką; zresztą i te moje przeżycia nie są obojętne dla dziecka". Ksiądz wstrząśnięty tym, [237]co mówiłam, powiedział: "Nie płacz, córko, Pan Bóg jest miłosierny. Jesteś bohaterką naszych czasów". Inny duch we mnie wstąpił, uwierzyłam w to, co ksiądz powiedział: byłam pewna, że wszystko dobrze się ułoży.
Urodziłam zdrową, śliczną córkę. Mąż od nas nie odszedł, przyjechał po nas do szpitala, choć potem przez dwa miesiące nie interesował się dzieckiem. Kiedy raz przyszedł zobaczyć, jak ja kąpię małą w kuchni, patrząc w drzwiach na radosne, piękne dziecko, powiedział: "Widać, jak to dziecko rwie się do życia".
Odpowiedziałam: "Weź ją teraz i zabij, to chociaż krzyknie broniąc się". Mąż wyszedł ze łzami w oczach.
Po ochrzczeniu mojej córki w kościele udałam się przed obraz Matki Boskiej Nieustającej Pomocy i tam na wyciągniętych rękach trzymając moje dziecko oddałam je w opiekę Bożej Matce. Ze łzami w oczach powiedziałam:
"Matko Boska, urodziłam, przyniosłam i oddaję moje dziecko w Twoje ręce".
Nie lękajcie się, Matki, niczego, gdy znajdziecie się w podobnej sytuacji co ja.
Zwyciężycie, tylko nie zabijajcie swoich nienarodzonych dzieci.
Intencja Krucjaty Modlitwy na wrzesień:
Aby matki w okresie ciąży mogły liczyć na wsparcie otoczenia.
