Matka Boża w moim życiu

Wspomnienie najdawniejsze to dwa obrazy Matki Bożej w naszym domu rodzinnym - Częstochowskiej i Ostrobramskiej. Zupełnie nie mogłam zrozumieć, dlaczego są dwie, i zupełnie identycznie w mojej pamięci brzmiały nazwy "Jasnogórska" i "Ostrobramska". Nie kojarzyło mi się to jeszcze ani z górą, ani z bramą. Z czasem się u Mamy dopytałam, co znaczą te nazwy i te obrazy. Ale wtedy, w najdawniejszych wspomnieniach nie było mi to potrzebne. Wiedziałam dobrze, że Matka Boska to Mama Dzieciątka w żłobku, a potem, że to Ona w Kanie Galilejskiej zatroszczyła się o to, aby wina nie zabrakło na weselu. Byliśmy Jej bardzo wdzięczni, że z takiego kłopotu wybawiła państwa młodych. Jej osoba należała do całości prawd wiary, których się uczyliśmy w miarę podrastania.

Osobiście związałam się z Matką Bożą najpierw poprzez pielgrzymkę na Jasną Górę w 1936 r., gdy miałam lat dwanaście. Wydawało mi się wtedy, że to musi być wielkie szczęście mieszkać tu zawsze, jak ci ludzie, których widziałam na ulicach Częstochowy. Potem, w 1938 r. złożyłam przyrzeczenia sodalicyjne. Składałam je najszczerzej, ale gdy mówiłam słowa o obronie czci Maryi i o apostołowaniu, trochę byłam przerażona, jak ja to wykonam. Jednocześnie ogarnęła mnie ufność, że "jakoś to będzie", bo przecież Matka Najświętsza stała się "Panią moją i Matką moją", a ja chętnie Jej to przypominałam: "pomnij, żem Twoja, strzeż mnie i broń jako rzecz i własność swoją". Nie wiedziałam, jak bardzo mnie dla siebie zagarnie.

Powołanie do Instytutu Prymasowskiego (wtedy była to jeszcze mała grupka dziewcząt, zwana Ósemką) stało się w szczególnych okolicznościach, gdy znalazłam się na Jasnej Górze po dwutygodniowej pieszej tułaczce, tuż za frontem, w styczniu 1945 roku. Od razu tę wędrówkę określiłam sobie jako pieszą pielgrzymkę na Jasną Górę i to właśnie "po powołanie życiowe". Byłam świeżo po maturze, zdanej już po Powstaniu, jeszcze w warunkach okupacyjnych, w Krakowie, i był czas, aby coś zdecydować o sobie.

Na Jasnej Górze spotkałam się z Ósemką, która wyszła z Powstania Warszawskiego, modliła się żarliwie godzinami w Kaplicy Matki Bożej i godzinami szeptała o bardzo ważnych sprawach związanych z Matką Bożą: o "Mieście Dziewcząt", o Matce Bożej Jasnogórskiej, do której ciągnie cały Naród, a Ona wskazuje na Syna. Wydawało mi się, że te sprawy, które dochodziły czasem do moich uszu, i mnie bardzo osobiście dotyczą. Wtedy zrodziło się pytanie, jakby skierowane do mnie od Maryi Jasnogórskiej: "A co by było, gdybyś ty też, tak jak one... ?" Wiedziałam, że muszę odpowiedzieć "tak", choć lęk mnie ogarnął. Mam się przyłączyć do grupki kilku bardzo młodych dziewcząt (sama miałam 21 lat), które mają jakieś plany, ale na razie tylko plany? Ale miały też niezwykły żar i zapal do podjęcia tych zadań, jakie widziały przed sobą. Instynktem wiary wyczuwałam, że jest to sprawa od Boga i że mam za tym pójść. Przystałam do nich bardzo szybko, bo już po pół roku zostałam przyjęta do Ósemki jako kandydatka, wtedy też poznałam naszego Ojca, Księdza Stefana Wyszyńskiego, który zajmował się i duchowo prowadził Ósemkę.

Gdy wróciłyśmy do Warszawy, poszłyśmy na studia i w Warszawie, i w Lublinie. Ja przeszłam ciężką chorobę płuc i otrzymałam łaskę uzdrowienia, wymodloną przez Instytut za przyczyną Ojca Maksymiliana Kolbego. Mogłam ukończyć studia i rozpocząć pracę.

Praca ta okazała się bardzo szybko służbą Matce Bożej na samej Jasnej Górze wokół Jubileuszu 300-lecia Ślubów Jana Kazimierza i przygotowania Polski na Tysiąclecie Chrześcijaństwa. Nasz Ojciec, już wtedy Prymas Polski, był w więzieniu, ale gdy wrócił, "załoga jasnogórska" nabrała rozmachu. Służyłyśmy sprawie Wielkiej Nowenny i przygotowaniu na Tysiąclecie chrześcijaństwa w Polsce z tym najważniejszym momentem uroczystości milenijnych - Aktem oddania Polski w macierzyńską niewolę Maryi za wolność Kościoła w Polsce i w świecie. Mogłam przyłożyć rękę i służyć pomocą w Maryjnych dziełach Prymasa Tysiąclecia, razem z [okł. s. 3]innymi członkami Instytutu. Mogłam się z tym wielkim dziełem dzielić z pielgrzymami, przybywającymi na Jasną Górę, poprzez pogadanki i prelekcje, co było moim zadaniem.

Matka Boża zagarnęła mnie do swojej służby i to właśnie, jak sobie kiedyś wymarzyłam, właśnie na Jasnej Górze, na samej Jasnej Górze. Zagarnęła mnie bardziej, niż mogłam to przewidzieć składając przyrzeczenia sodalicyjne. A gdy brakowało mi sił, ratowała mnie i wspomagała w sposób zadziwiający i sobie tylko właściwy.

Wydaje mi się też, że w szczególny sposób zagarnął mnie dla sprawy maryjnej św. Maksymilian Maria Kolbe, wypraszając mi uratowanie życia i zdrowia, ale tylko na tyle, aby niemożliwa stała się dla mnie, planowana przeze mnie, praca naukowa. Pozostał mi ból głowy, który nie przeszkadzał w pracy na Jasnej Górze, ale uniemożliwiał dłuższe studia. Uczynił tak, abym wszystkie siły oddała sprawie ratowania Kościoła w Polsce mocami Maryi - jak to nieraz sobie określałyśmy.

Najbardziej wstrząsającym Aktem, któremu służyłyśmy na Jasnej Górze, był wspomniany już Milenijny Akt Oddania Polski w macierzyńską niewolę Maryi za wolność Kościoła. Ten Akt to jakby szczyt obchodów milenijnych w Polsce. Nie tylko wspomnienie dziesięciu wieków życia Narodu Polskiego w Kościele, ale Akt ku przyszłości, Akt najwyższej wdzięczności za otrzymane łaski przez ubiegłe Tysiąclecie, wyrażony czynem i zbiorowym postanowieniem - niesienia pomocy Kościołowi. Polegał on na zawierzeniu Maryi naszych narodowych udręk i cierpień z błaganiem, aby Matka Kościoła wypraszała nam wolność od rozlicznych niewoli zewnętrznych i wewnętrznych. Jednocześnie, by te wszystkie cierpienia stawały się w Jej dłoniach ofiarą za wolność Kościoła, by złączone z Ofiarą Chrystusa otrzymały nową treść i nową wartość - nadprzyrodzoną.

Akt Milenijny wyzwalał nowe siły w Narodzie. Potwierdzały to pielgrzymki z krajów naszego bloku, które przybywały na Jasną Górę, aby dziękować Królowej Polski i Polakom za wymodlone ulgi dla Kościoła u nich. Niestety, przyszły potem nowe doświadczenia i zatarła się widoczność otrzymywanych łask w połączeniu z heroicznym zawierzeniem Polaków, choć na pewno jest ono wciąż owocne. Ale takie zawierzenie nie może być jednorazowe, musi być stale wspierane świadomymi ofiarami tych, którzy chcą razem z Maryją Matką Kościoła pomagać Kościołowi.

Teraz Ojciec Święty zawierza wszystko Matce Bożej i często odwołuje się do Milenijnego Aktu Oddania; liczy na pomoc rodaków w posłudze Papieża Polaka. Wydaje się, że jeżeli kiedy mamy pomagać Kościołowi, to przede wszystkim teraz, gdy na jego czele stoi Polak i tak bardzo prosi nas o pomoc, gdy jego posługa jest naszą wspólną sprawą.

Dlatego teraz, po latach, gdy już mniej mogę oddawać się pracy dla Matki Bożej, gdy moje lata czynne przemijają, pozostało tylko jedno pragnienie - bardzo Maksymilianowe: aby jak najwięcej osób nawiązywało swoje oddanie Matce Bożej do Aktu Milenijnego, abyśmy składali w dłonie Maryi cierpienia naszej Ojczyzny, a w tym nasze własne cierpienia, i byśmy jako Naród zdobywali wraz z Ojcem Świętym świat dla Niepokalanej, a przez Nią dla Boga. Bo tylko Bóg Wszechmogący może nasz świat uratować od tych zagrożeń, które nas wiodą ku przepaści, niemal do unicestwienia. Doświadczywszy Jej pomocy i obrony w czasach posługiwania Kardynała Wyszyńskiego, umiejmy teraz mocami Maryi ratować cały świat.

Podsumowując muszę powiedzieć, że Maryja w moim życiu stała się moim wszystkim: moją pracą, moim "zawodem", moją specjalnością i życiem, angażując mnie tak bardzo, że wszystkie inne zainteresowania musiały tej jednej sprawie ustąpić. Matka Boża zagarnęła mnie dla swojej sprawy całkowicie i na całe życie. Myślę, że nic lepszego nie mogłam uczynić, jak poddać się temu, właśnie teraz, gdy Maryja z woli Boga w naszych czasach "gra pierwsze skrzypce", dana przez Chrystusa jako pomoc ku obronie Polski i Kościoła, a wreszcie i świata.

Ona wzywa poszczególnych ludzi do pomocy. Wierzę, że i ja służąc Matce Bożej przyłożyłam rękę do najważniejszej na czasy dzisiejsze sprawy. Jest to wielka łaska mojego życia. Wielkie jest i to, że mogłam być tej łasce wierna, na miarę możliwości słabego człowieka.


Na okładce: Statua Matki Bożej od Cudownego Medalika w bazylice św. Antoniego w Padwie (Włochy). Rzeźbił w drzewie art. Adolf Insam.

[okł s. 2]

Na odwrocie: Przed kościołem św. Maksymiliana w Valparaizo II (Brazylia) - franciszkanie polscy, budowniczy kościoła i duszpasterze tamtejszej parafii, z bp. Manoel Pestana Filho, ordynariuszem diecezji Anàpolis.

[okł. s. 3]

Grafika okładkowa

[Fot. okł. s. 4: Pzed kościołem św. Maksymiliana w Valparaizo II (Brazylia).]