Pamiętam, że od lat dziecięcych matka zawsze uczyła mnie, trzech braci i moją siostrę modlić się do Najświętszej Maryi Panny. Swoim słowem i przykładem mamusia rozbudziła we mnie wielkie umiłowanie rzeczy świętych. Jako kilkuletnie dziecko lubiłem często przebywać w pobliskim kościele. Modliłem się tam najwięcej do Czarnej Matki Boskiej z wielkiego ołtarza. Zauważyłem blizny na twarzy Madonny. Pytałem mamusię, skąd się one wzięły. Mamusia wyjaśniła, że od szabli szwedzkiego żołnierza, który ciął dwa razy nie ten obraz, lecz - częstochowski [1]. Odtąd wszystkie obrazy Czarnej Madonny maluje się z tymi bliznami.
Pragnąłem bardzo służyć do Mszy św., lecz nie umiałem ministrantury po łacinie. Ksiądz proboszcz nie mógł mnie - nauczyć, bo sam jeden obsługiwał całą parafię. Pewien pan, inwalida, za nauczenie służenia żądał 3 ruble. Na to nie stać nas było, bo mamusia za cały tydzień pracy w fabryce włókienniczej zarabiała 3 ruble i tyle samo wynosił miesięczny czynsz za wynajmowany pokój. Tatuś, który wyjechał do Ameryki na zarobek, przysyłał pomoc nieregularnie. Gdy wybuchła pierwsza wojna światowa, sytuacja się pogorszyła. Przestały przychodzić i te drobne zapomogi, a w końcu tatuś zmarł w 1919 roku.
Najciężej było w czasie wojny. Gdyśmy trochę podrośli, podejmowaliśmy różne prace: na szosie, w lesie, gdzie tylko było jakieś zajęcie. Pracowaliśmy o głodzie, chłodzie, obdarci i bosi. Gdy pracy nie było, szliśmy po prośbie po wioskach. Wojnie towarzyszą epidemie. Nie ominęły i naszego domu. Wszyscy, cała rodzina, chorowaliśmy na tyfus. W gorączce, trzymając się ściany, usługiwałem ciężej choremu rodzeństwu i mamusi. Podawałem im najczęściej tylko wodę, bo nic innego nie było. Czasem udało mi się zdobyć parę kartofli. Tarłem je na tarce, gotowałem na wodzie i tak sporządzony krochmal dzieliłem między wszystkich. Było to nasze całodzienne pożywienie. Ludzie umierali masowo z głodu i chorób. Gorąco modliłem się do Matki Bożej o życie dla całej rodziny, ale szczególniej dla mamusi. Uważam, że tylko dzięki opiece Niepokalanej przeżyliśmy wszyscy mimo braku jakiejkolwiek pomocy lekarskiej.
Po wojnie bardzo pragnąłem zostać księdzem, ale nie pozwoliły na to warunki. W odpowiednim czasie musiałem pójść do służby wojskowej. Był to bardzo ciężki okres w moim życiu. Nie umiałem sobie dać rady z tęsknotą za rodziną i narzeczoną, którą już wtedy miałem. Nosiłem się nawet z zamiarem popełnienia samobójstwa. Stale miałem przy sobie truciznę. Jednocześnie gorąco się modliłem do Matki Boskiej Częstochowskiej o pomoc w pokusie. Tylko Ona to sprawiła, że zapomniałem w końcu o tej truciźnie.
Po wojsku ożeniłem się. Żona po urodzeniu syna zachorowała na gruźlicę. Leczyła się w przychodni przeciwgruźliczej. Ja natomiast udałem się z prośbą do niezawodnej Lekarki, do Niepokalanej. Po dwu latach żona wyleczyła się. Do końca życia miała słabe zdrowie, ale urodziła jeszcze drugiego syna i prowadziła dom i dzieci wychowała bardzo dobrze.
W roku 1939 zostałem powołany do wojska. Ile przeżyłem i jakie przechodziłem niebezpieczeństwa na froncie, a potem w niemieckich stalagach, trzeba by długo opowiadać. - Powróciłem jednak do domu zdrowy i cały. Znalazłem też całą swoją rodzinę. We wszystkich trudnościach modliłem się zawsze do Matki Bożej i czynię to również dzisiaj. Ona mnie prowadziła przez całe życie. Przynajmniej pod jego koniec chciałbym się wpisać do Jej Rycerstwa. Proszę też uprzejmie o przysłanie mi Jej medalika.
[1] Obraz został uszkodzony dużo wcześniej przez husytów czeskich.
