Pod takim nagłówkiem w pierwszym tegorocznym numerze "Rycerza" zaprosiliśmy Was, Drodzy Czytelnicy, do wymiany przeżyć i refleksji na temat roli Matki Bożej w Waszym życiu osobistym. Do redakcji napłynęły już pierwsze echa. Jedno z nich zakwalifikowaliśmy do druku, inne stopniowo ukażą się na naszych łamach. W dodatku informujemy, że końcowy termin nadsyłania opracowań odroczyliśmy do końca bieżącego roku. Sądzimy, że szersza wymiana takich przeżyć i refleksji ułatwi niejedno osobiste przemyślenie i ożywi cześć dla Matki Bożej Niepokalanej.
W moim pokoju na ścianie, przy której stoi biurko, wisi mały obraz, przedziwnie wykonany. Gdy patrzy się na niego wprost, można oglądać twarz Matki Bożej Częstochowskiej. Stając z boku, dostrzega się dodatkowo oblicze Bolesnej i Jezusa cierpiącego. Na odwrocie obrazu widnieje dedykacja: "Na pamiątkę synowi Romciowi od Tej, która ocaliła mu życie, gdy był dzieckiem. Matka".
Moja matka nie była literatką. Jej dedykacja jest więc mało klarowna. By uchwycić pełną treść, trzeba zapoznać się z podtekstem: historią dziecka, chorego na astmę. Matka woziła to dziecko od lekarza do lekarza. Ci ze współczuciem mówili: "Żal mi pani jako matki, ale - być może - nie będzie pani widziała nawet śmierci swego dziecka: atak astmy może je nagle w nocy zadusić".
Wreszcie matka zawiozła dziecko do Matki Bożej w Częstochowie. Stąd zabrała ze sobą ten dwudziestocentymetrowy obraz, wiszący od tamtej chwili nad moim biurkiem. Dzięki matce spotkałem się z Matką Bożą jeszcze przed rozbudzeniem mojej świadomości.
Potem nastąpiły bardziej świadome spotkania. Pamiętam z okresu dzieciństwa ciężki atak astmy. Mamusia wzięła mnie wówczas na ręce. W moje dłonie włożyła ten właśnie obraz, prosząc z ufnością o pomoc Jasnogórską Panią. Ten moment trwale wrył się w moją pamięć.
Pacierz na kolanach matki przy łóżku, nad którym wisiał obraz, nabożeństwa majowe i różańcowe dostarczały mi głębokich przeżyć religijnych w okresie dzieciństwa.
Z Matką Bożą Niepokalaną spotkałem się za pośrednictwem "Rycerza Niepokalanej". Walnie przyczynił się do tego dziadzio. "Wnusiu, «Rycerz» to jest pismo, ho ho!" - mawiał, cmokając przy tym z podziwu i zadowolenia. jakże nie mogłem sprawdzić sam, czy to jest pismo "ho ho"! Czytałem je od deski do deski i przekonałem się, że dziadzio miał rację. Przy okazji poznałem Niepokalaną, co decydująco zaważyło na moim życiu.
(lat 57)
